Hołownia jak Buzek

0
70

Porównanie wydać się może zaskakujące, ale obu polityków wiele łączy. Obaj nadali ludzką twarz pełnionym przez siebie funkcjom, w sytuacji, kiedy ich bezpośrednich poprzedników zapamiętali tylko zawodowi historycy. Możliwości każdego z nich ograniczył macierzysty obóz polityczny. Obaj mają swoje zasługi, których rozpropagowanie utrudniło własne, niefortunnie dobrane zaplecze medialne.

Za wcześnie być może na grzebanie kampanii prezydenckiej Szymona Hołowni, ale można zaryzykować już stwierdzenie, że nie stanie się on rewelacją tych wyborów, jak został nią przed pięciu laty, zapoczątkowując zarazem jedną z ciekawszych karier w polskiej polityce ostatnich lat. Zapewne nie uda się mu powtórnie zaszachować potentatów, pomimo otwarcia Sejmu dla wycieczek (tylko w ubiegłym roku gmach parlamentu odwiedziło 150 tys osób, czyli jakby całe wojewódzkie miasto), publicznego zdjęcia kotary, jaką oddzielali swój marszałkowski gabinet poprzednicy, a zwłaszcza nadania nudnym przecież w potocznym przeświadczeniu sejmowym procedurom zaskakującego formatu show za sprawą transmisji internetowych i własnych dobitnych komentarzy w trakcie prowadzenia obrad. 

Podsumować można, że swoją funkcję spopularyzował i uczłowieczył. Sejm ludziom przybliżył, z korzyścią dla demokracji.

Wreszcie każdy wie, kto jest marszałkiem. Ale to za mało, żeby zostać prezydentem

Za Hołowni każdy Polak wie, kto jest marszałkiem Sejmu, podczas gdy nazwiska jego poprzedników: Elżbiety Witek i Marka Kuchcińskiego niewiele znaczyły, gdy urząd pełnili, i już zostały całkiem słusznie zapomniane, pomimo, że oboje posłami pozostają. Nikt ich jednak na korytarzu o nic nie pyta. Za to trudno uwierzyć, żeby Hołownia nawet po latach przestał być za ciekawego człowieka uznawany i nie wynika to wcale z jego wcześniejszej roli gwiazdy programów telewizyjnych. Status celebryty nie chroni zresztą przed upadkiem, jak przekonaliśmy się na przykładach Tomasza Lisa i Kamila Durczoka. Jednak Lis póki był znany, to z tego, że jest znany. Za to Hołownia ma to, co da się nawet charyzmą nazwać, nawet jeśli w pracy ograniczają go bezbarwni koalicjanci i własna dyrektorka biura obsługi medialnej, jedna z takich podwładnych, co wizerunek szefa niszczą: w tym wypadku czyni ona z niego misia nie z Krupówek lecz z TVN-owskiego okienka.

Brutalnie wypada jednak stwierdzić, że nie znalazł Hołownia a pewnie nawet nie szukał mądrzejszych nie tylko od niej, o co nietrudno, bo specjalistów na rynku nie brak, ale także od samego siebie. I to jego wina, że nie stał się politykiem otoczonym zespołem kompetentnych doradców, w tym praktyków gospodarki i mediów. Chociaż funkcja marszałka stwarza takie możliwości. Maciej Płażyński miał przy sobie zarówno Grzegorza Miecugowa jak Irenę Popoff. Dlatego w dwóch kolejnych kadencjach był najpierw marszałkiem a potem szefem drugiego co do wielkości klubu, choć wokół zmieniało się niemal wszystko a nie tylko skrótowce nazw partii politycznych.      

Jak wyborcy poczekali, by premiera docenić

W odróżnieniu od Płażyńskiego w tym samym czasie nie potrafił skupić wokół siebie ekspertów, mających coś do powiedzenia Jerzy Buzek, chociaż z urzędem premiera udało mu się uczynić to samo, co teraz Hołowni z funkcją marszałka: przybliżyć do ludzi. Następca nadzwyczaj aroganckiego Włodzimierza Cimoszewicza (co ofiarom powodzi mówił,że trzeba się było ubezpieczyć), sam potrafił zeskoczyć z trybuny między zwolenników jak w trakcie obchodów rocznicowych na polu Bitwy Warszawskiej. Przede wszystkim jednak Buzek przeprowadził reformę samorządową, która po latach zaowocowała rozwojem a nierzadko i lokalnym dobrobytem tysięcy Małych Ojczyzn, a także ułatwiła im pozyskiwanie europejskich środków pomocowych, chociaż gdy ją przegłosowano, Polska jeszcze do Unii nie należała. Nie był przy tym – podobnie jak teraz Hołownia – faktycznym liderem obozu rządzącego, bo rolę tę jak obecnie Donald Tusk, zarezerwował dla siebie Marian Krzaklewski.

Również po latach doceniono Jerzego Buzka pomimo, że w 2001 r. wyborcy wraz z całą Akcją Wyborczą Solidarność nie wpuścili go do kolejnego Sejmu, co stanowiło efekt niefrasobliwego podejścia rządzących do majątku narodowego oraz licznych ponad miarę swarów wewnętrznych. Za to w trzy lata później w pierwszych wyborach polskiej załogi do Parlamentu Europejskiego właśnie Buzek uzyskał najlepszy w kraju wynik, co z czasem utorowało mu drogę do przywództwa tej Izby.

Deja vu

Jeśli Hołownia nie chce być w podobny sposób doceniony dopiero po latach, warto, by ten przypadek przeanalizował starannie. I najlepiej poszukał socjologa, z którym razem uda się wyciągnąć kompetentne wnioski. Na razie bowiem w prezydenckich sondażach ma 7 proc a to połowa zaledwie jego wyniku wyborczego sprzed pięciu lat, który stał się wtedy sensacją [1]. Hołownia zajął wówczas trzecie miejsce. Teraz wyprzedza go nie tylko Rafał Trzaskowski (30 proc), z którym wtedy przegrał. Przed nim znajdują się również Karol Nawrocki (25 proc) i Sławomir Mentzen (13 proc).

Przekaz Buzka, który sam doskonale nawiązywał kontakt z ludźmi pod warunkiem, że mu w tym nie przeszkadzano, tłumiony był przez urzędników, odgrywających własne partie (jak środowisko tzw. pampersów Wiesława Walendziaka). Albo wprost niekompetentnych do granic śmieszności (jak karykaturalny copy-writer premiera Jan Wróbel czy Andrzej Papierz). Pamiętam rozmowę z rzecznikiem Jarosławem Sellinem, który z całą powagą, a reprezentowałem wtedy ”Życie” Tomasza Wołka z pewnością Buzkowi nie wrogie, powiadomił mnie, że pierwszeństwo jeśli chodzi o wywiady z premierem ma ”Gazeta Wyborcza”. Obecnie jest jednym ze skrajnie prawicowych posłów PiS. Nie chodzi o to, że podobni biurokraci wtedy nie byli sobą, ale że premierowi na to nie pozwolili. 

Otoczenie Hołowni zraża nawet życzliwych, nadmiernie limitując do niego dostęp, wprowadzając absurdalne i uwłaczające restrykcje (ściąganie pasków na bramce, chociaż Sejm to nie więzienie) oraz na każdym kroku absurdalnie faworyzując zwalczającą ile wlezie marszałka stację TVN. Deja vu, po prostu. Tyle, że inaczej niż w filmie pod takim właśnie tytułem w reżyserii Tony’ego Scotta [2], podróży w czasie w przeszłość nie da się później odbyć, żeby popełnione błędy skorygować. I przyjdzie liczyć już tylko na docenienie po latach…   

[1] Opinia24 sondaż z 5-7 maja 2025    

[2] Deja Vu, reż. Tony Scott, film fab. z 2006, prod. USA

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 11

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here