Konieczność, krzywda i wstyd
Wszystkie Państwowe Gospodarstwa Rolne zlikwidowano po zmianie ustrojowej jedną decyzją, co już zawiera w sobie oczywisty paradoks: zapadła ona w imię odchodzenia od socjalizmu, ale podjęta była w socjalistycznym stylu. Gospodarstw, które sobie radziły, jak co szósty PGR, też nie oszczędzono. Przebieg tego procesu i jego następstwa oddaje skrupulatnie książka Ryszarda Ślązaka.
Zapewne żaden inny rozdział transformacji ustrojowej nie łączy się z tak wielkim zakresem wyrządzonych krzywd. Chociaż trudno sobie wyobrazić, by w kapitalizmie PGR-y pozostały.
Pod koniec lat 80. Państwowe Gospodarstwa Rolne pochłaniały 50 proc środków przeznaczanych na rolnictwo i wytwarzały 36 proc produkcji rolnej. Już z zestawienia tych liczb wynika, że nie mogły przetrwać w dotychczasowym kształcie. Kluczowa pozostaje jednak inna jeszcze liczba: PGR-y dawały wtedy zatrudnienie 490 tysiącom ludzi – tylu mniej więcej mieszkańców liczy Gdańsk, szóste co do wielkości miasto Polski. Z rodzinami daje to około 1,5 mln osób. Właśnie społeczność pegeerowska poniosła największe koszty transformacji ustrojowej, w praktyce pozostawiona samej sobie, kiedy nowa władza jednym ruchem w październiku 1991 r. przesądziła o likwidacji wszystkich 2,5 tys PGR-ów, nawet 17 procent z nich, które zachowały rentowność. Następstwem okazała się dewastacja mienia oraz liczne przykłady afer i niegospodarności.
Ryszard Ślązak (“Pośpieszna likwidacja Państwowych Gospodarstw Rolnych 1989-2020) nie jest jedynym autorem, który zwraca na to uwagę, ale pierwszym, który los PGR-ów ujmuje systemowo, w oparciu o dostępne dane. A przy tym ilustruje rzecz zdjęciami, obrazującymi destrukcję i marnotrawstwo, również dostarczonymi przez mieszkańców poszkodowanych w tym procesie terenów [1].
Byliśmy głupi – napisał bez pardonu w tytule głośnego szkicu o polskiej transformacji ustrojowej historyk idei Marcin Król, krzywdę wyrządzoną ludziom z terenów pegeerowskich uznający za jeden z najpoważniejszych jej błędów [2].
Tylko jedna z obecnych w kolejnych Sejmach partia, kierowany przez mec. Jana Olszewskiego Ruch Odbudowy Polski, gdzie głównym architektem programu gospodarczego był ekonomista i przedsiębiorca Dariusz Grabowski – opowiedziała się w swoim projekcie “Umowy z Polską” za nieodpłatnym przekazaniem chętnym rolnikom indywidualnym ziemi po dawnych PGR-ach [3].
Rolnikom indywidualnym sprzedano – a nie dano – 59 proc gruntów postpegeerowskich. Główny problem, jak pokazuje w swym opracowaniu Ryszard Ślązak, zasadza się na tym, co stało się z pozostałymi. A także z majątkiem trwałym, który nawet jeśli przestarzały i nie konserwowany, służył jednak mieszkańcom i gospodarce kraju.
Nowo powstała Agencja Własności Rolnej Skarbu Państwa restrukturyzowała PGR-y drogą sprzedaży lub dzierżawy, wnoszenia do spółek bądź przekazania w administrowanie. Polska dostała wtedy z Banku Światowego kredyt w wysokości 200 milionów dolarów na sfinansowanie przekształceń dotychczasowego sektora rolnictwa państwowego. Niewiele wskazuje na to, żeby te pieniądze wydano zapobiegliwie i roztropnie.
Skorzystali nieliczni, nie zawsze legalnie
W sumie – a w 2016 r. skończył się okres przejściowy i wraz z nim ograniczenia na nabywanie polskiej ziemi przez obywateli państw Unii Europejskiej – do 2023 r, jak podaje Ślązak, cudzoziemcy zakupili u nas 156 tys hektarów ziemi rolnej i lasów oraz prawie 28 tys. mieszkań. Radzili sobie i wcześniej.
Wiele przekształceń przebiegało nielegalnie: pod Koszalinem niemiecki obywatel poprzez podstawione osoby nabył w sumie 270 hektarów, w czterech kawałkach, gł. w okolicach Połczyna, a zapłacił za całość 13,3 tys zł.
Nie chodzi przy tym wyłącznie o ziemię, maszyny rolnicze, czy budynki gospodarskie. Ani nawet infrastrukturę, jak domy kultury, ośrodki zdrowia i żłobki, jaka im towarzyszyła.
Ozdobę dawnych majątków na Ziemiach Odzyskanych stanowią pałace z okalającymi je parkami. Ten w Karnitach na Mazurach pod Miłomłynem nabył od agencji parcelującej PGR-y mieszkaniec Warszawy i od razu wydzierżawił Niemcowi. Pałac w Sztynorcie przejął żonaty z Polką Austriak Dietrich Treitler, właściciel firmy, budującej w Warszawie Hotel Sobieski. W obce ręce poszedł również majątek w Nadrowie pod Olsztynkiem.
Nie da się pominąć wątku, że PGR-y stanowiły też główny rynek zbytu dla maszyn i sprzętu rolniczego, produkowanego w polskich fabrykach. Likwidacja sektora państwowego rolnictwa miała oczywisty wpływ na ich los, jak w wypadku wytwarzających traktory Zakładów Mechanicznych Ursus, których próbę ratowania pod dotychczasową marką ale już w Lublinie podjął Andrzej Zarajczyk, jednak jego wysiłki storpedowali urzędnicy.
Dla miejscowych likwidacja PGR stanowiła zwykle życiową katastrofę i oznaczała osunięcie się na drabinie społecznej do poziomu chronicznego bezrobocia i nędzy. Dla wielu jednak – znakomity interes, ale nic chodzi tu wcale o rzutkich przedsiębiorców, lecz beneficjentów co przeliczyli się z siłami lub działających z nieczystą intencją. Jak stwierdza Ryszard Ślązak: “Niekorzystna sytuacja w rolnictwie w latach dziewięćdziesiątych nastręczała wielu problemów z nabywcami, którzy na początku dekady kupili ziemię państwową w systemie ratalnym i nie wywiązywali się ze zobowiązań płatniczych. Byli też właściciele, którzy nabyli ziemię w celach spekulacyjnych albo jako lokatę kapitału. Odbieranie im niespłaconej ziemi było problematyczne z wielu względów, również prawnych, a w trakcie procesowania się o zwrot ziemia ugorowała, ku niezadowoleniu miejscowej społeczności” [4].
Przy czym: “Bywały przypadki, że przed zgłoszeniem się do przetargu na nabycie ziemi w danej gminie mieszkańcy meldowali takiego rolnika w gminie, po nabyciu ziemi w krótkim czasie był on wymeldowywany, a nabywcą ziemi pozostawał” [5].
Dodatkowy problem: “Ze sprzedaży majątku rolnego nie odprowadzono prawie żadnych środków finansowych do budżetu państwa i w budżecie nie zewidencjonowano żadnych wpływów finansowych z dziedziny rolnictwa państwowego. Publicznie pojawiały się zarzuty, że nie była to sprzedaż, a raczej rozdawnictwo” [6].
Mieszkańcy zapomnianej planety
Niebywale niszczący okazał się społeczny efekt przeprowadzanych naprędce i bez przemyślanego planu zmian likwidacyjnych.
Jak charakteryzuje Janusz Majcherek, PGR-y “w czasach PRL nie tylko dawały zatrudnienie, ale także udostępniały i kontrolowały wszystkie inne formy życia swoich pracowników, swoistej kategorii “komunistycznych parobków”. Mieszkali oni w PGR-owskich domach, posyłali dzieci do PGR-owskich przedszkoli, kupowali w PGR-owskich sklepach, dojeżdżali PGR-owskim transportem itd. Byli więc całkowicie uzależnieni od tych komunistycznych quasi-przedsiębiorstw i wraz z ich likwidacją utracili podstawę egzystencji, pogrążając się w marazmie i wegetacji, a często alkoholizmie i degeneracji” [7]. Przy czym ten sam autor za poważny problem współczesnej Polski uznaje istnienie kategorii, którą określa mianem “underclass” – czyli zdeklasowanej grupy osób niezdolnych do samodzielnego utrzymania się i trwale uzależnionych od pomocy społecznej. Na jej los wpłynęły inżynierie społeczne zarówno realnego socjalizmu jak kapitalistycznej transformacji.
Za to moje zawodowe dziennikarskie doświadczenie dostarcza przykładów, że słowa prof. Majcherka o komunistycznych parobkach oddają być może sposób postrzegania pegeerowskich społeczności ale nie ich rzeczywistą tożsamość. Kiedy w latach 90. pojechałem z ekipą Wiadomości TVP relacjonować protest dawnej załogi PGR Zegartowice pod Chełmżą przeciw bezdusznym działaniom decydentów, miejscowi z dumą opowiadali mi, że w ich wsi sprzedaje się dużo więcej gazet niż w sąsiedniej, którą zasiedlali indywidualni gospodarze. I przydźwigali mi wiekowy szyld “Gospodarstwo Rolne Skarbu Państwa”, pokazujący, że i przed wojną była to własność państwowa: jeden ze znacjonalizowanych po objęciu tych ziem przez Polskę w 1920 r. dawnych majątków junkrów pruskich.
Los ludności PGR przewija się w wielu ambitnych dziełach polskiej kultury, jak w filmie Andrzeja Jakimowskiego “Zmruż oczy” czy powieściach pochodzącego z warmińsko-mazurskiej Iławy Krzysztofa Beśki. Świetnie, że doczekaliśmy się teraz opracowania tak sążnistego i kompletnego jak najnowsza książka Ryszarda Ślązaka. Wcześniej ten sam autor stworzył swoistą czarną księgę przekształceń własnościowych w polskim przemyśle (“Samozagłada polskiej gospodarki…”) [8]. Walorem opracowań Ślązaka pozostaje sposób narracji, który nie skupia się na ocenach personalnych ani kwestiach indywidualnej odpowiedzialności decydentów, lecz co sprzyja wiarygodności ocen – zjawiskach systemowych. W wypadku likwidacji Państwowych Gospodarstw Rolnych – pewnie koniecznej, ale dokonanej tak samo, jak nimi w PRL zarządzano, czyli bez planu – mamy do czynienia ze zjawiskiem nieodwracalnym, którego skutki po dekadach da się tylko łagodzić. Co nie znaczy oczywiście, że nie powinniśmy się na błędach uczyć.
[1] Ryszard Ślązak. Pośpieszna likwidacja Państwowych Gospodarstw Rolnych 1989-2020. Wyd. Muzeum Historii Polskiego Ruchu Ludowego, Warszawa 2025
[2] por. Marcin Król. Byliśmy głupi. Wyd. Czerwone i Czarne, Warszawa 2015
[3] Umowa z Polską; druk ulotny, nakładem Ruchu Odbudowy Polski, Warszawa 1996
[4] Ryszard Ślązak. Pospieszna likwidacja… op. cit, s. 133
[5] Ślązak, op. cit, s. 134
[6] ibidem
[7] Janusz A. Majcherek. Pierwsza dekada III Rzeczypospolitej 1989-99. Presspublica, Warszawa 1999, s. 64
[8] por. Ryszard Ślązak. Samozagłada polskiej gospodarki 1988-2016, lektura dla każdego rodaka. Wyd. Muzeum Historii Polskiego Ruchu Ludowego, Warszawa 2021