Koalicja w mediach i w realu

0
292

Scenka wygląda pogodnie, a intencja okazuje się zacna: wszystko by grało, gdyby tylko… wyłączyć fonię. Brzmi to paradoksalnie, ale taka okazuje się rzeczywistość. Gmach parlamentu w walentynkowe południe. W sejmowym hallu głównym tańczą dziewczyny we wzorzystych, mających kojarzyć się optymistycznie strojach.

Cel zacny jak mało kiedy: walka z przemocą i promocja zdrowia kobiet. Wraz z zaproszonymi aktywistkami tańczą posłanki z Koalicji Obywatelskiej (m.in. Monika Rosa) oraz Nowej Lewicy (Wanda Nowicka). Akcji towarzyszy ogłuszająca muzyka, którą słychać aż po senackiej stronie, chociaż jak opowiadają wycieczkowiczom sejmowi przewodnicy, najdłuższy korytarz w gmachu liczy sobie dokładnie 600 metrów.

Narastające decybele wzbudzają panikę w mających nagrywać wypowiedzi umówionych polityków radiowcach i telewizyjnych operatorach dźwięku. Nawet przywykli do zgiełku fotoreporterzy chronią się w pokoju dziennikarskim zamykając za sobą drzwi. Ktoś rzuca uwagę, że nie chodzi o to, by podobne imprezy się nie odbywały, ale to jednak Sejm i pewna powaga w tym miejscu wydaje się nieodzowna.  

Swego czasu politycy obecnej większości utyskiwali w prywatnych rozmowach, że obozujące w Sejmie za czasów rządu Ewy Kopacz matki niepełnosprawnych dzieci domagające się godziwych na nie świadczeń po wielu dniach protestu chodzą boso po gmachu i w ten sposób tej powadze uchybiają. Później okupowały już parlament, gdy władzę sprawował PiS, więc ze strony demokratów mogły liczyć na więcej tolerancji, zwłaszcza gdy spotykały się z kolejnymi marszałkowskimi restrykcjami czasem wręcz perfidnymi, z utrudnianiem dostępu do łazienki włącznie.

Kakofonia, nie symfonia

Nie chodzi o to, żeby wybrzydzać, jednak porównywać warto. Rzuca ktoś trafną uwagę, że gdyby podobna impreza w Sejmie odbyła się za czasów pisowskiej większości – dziennikarze niezwłocznie zabraliby się do nagrywania wypowiedzi przedstawicieli Naczelnej Izby Lekarskiej, że nadmiar decybeli spowodowany przesadnym nagłośnieniem doprowadzić może pracowników Sejmu nawet do utraty słuchu.

Z drugiej strony nie warto żałować PiS, który w mediach – jeśli pominąć mu oddane, ale ich poziom sięga podłogi –  sobie nagrabił, jak podkreślają sami dziennikarze. Choćby niszcząc TVP i obsadzając ją propagandystami i kameleonami, a także utrudniając ludziom mediów pracę na co dzień w instytucjach publicznych. Wiele restrykcji wprowadzonych w Sejmie już poznosił nowy marszałek Sejmu Szymon Hołownia, zyskując poklask dziennikarzy, w tym wypadku zasłużony. Jednak nie o takie oklaski chodzi, lecz o nadmiar tych, co pochodzą od klakierów. Nie tylko zwolennikom obecnej władzy zagłuszają i zakłócają odbiór życia publicznego.  Utrudniają jego ocenę.  

Koalicja 15 października okazuje się pierwszą ekipą rządzącą od czasów Tadeusza Mazowieckiego mającą tak ogromne poparcie mediów: nawet w czasach poprzedniego rządu Donalda Tuska demonstrowały czasem swój sceptycyzm, jak w kwestii odbierania laptopa w tygodniku “Wprost” czy nagrań podsłuchów z restauracji Sowa, dziś zupełnie tego brakuje. Teraz środki masowego przekazu okazują się czasem bardziej entuzjastyczne wobec nowej rzeczywistości niż ministrowie obecnej ekipy.

Dodatkowym wskaźnikiem trawiących media procesów okazuje się transfer żurnalistów do struktur rządowych: czołowy analityk “Gazety Wyborczej” Paweł Wroński został rzecznikiem w resorcie dyplomacji. Pracę w Ministerstwie Sprawiedliwości podjęła Karolina Wasilewska. Dziś zarabiają na życie u tych, których jeszcze wczoraj oceniali.

Entuzjazm mediów okazuje się pozornym tylko atutem. A stać się może nawet pocałunkiem śmierci.

Autobus czerwony przez ulice miasta mknie

Z podobną psychozą nie mieliśmy do czynienia od czasów, kiedy to Anna Bikont dzieliła się z masowym czytelnikiem odczuciami, że dotychczas nigdy nie kasowała biletu w autobusie, ale teraz kiedy jesteśmy za rządów Mazowieckiego we własnym domu zaczęła to robić. Jako ówczesny jej kolega z “Gazety Wyborczej” zapamiętałem, że Bikontowie jeździli na co dzień mercedesem, więc fragment o komunikacji miejskiej stanowił raczej strawę duchową dla ubogich. Czy powiedzmy jeszcze bardziej elegancko, że była to licentia poetica. Z  kolei gdy dobiegał końca rok 1989, inna publicystka tego samego dziennika Joanna Szczęsna żaliła się na łamach, że rozstrzelanie Nicolae Ceausescu, rumuńskiego dyktatora komunistycznego, zepsuło jej radość z poprzedzających je pięknych wydarzeń. Zachwytu publikatorów nad pierwszym niekomunistycznym premierem nie podzielali jednak ich odbiorcy, skoro po półtora roku rządów nie wpuścili Tadeusza Mazowieckiego do drugiej tury wyborów prezydenckich: przeszedł za to do niej, by ostatecznie przegrać z Lechem Wałęsą, zagadkowy reemigrant z Kanady Stanisław Tymiński.    

Teraz jedna z anten prywatnej przecież telewizji TVN relacjonowała na żywo przejazd autokaru z ministrami rządu Donalda Tuska przez Warszawę. To pierwszy taki wypadek od czasu wizyty Leonida Breżniewa w stolicy, kiedy w fotelu I sekretarza zasiadał u nas Edward Gierek, stacji prywatnych jeszcze nie było, za to wydarzenie transmitowała Telewizja Polska, w której złote czasy miał pomysłodawca Studia 2 Mariusz Walter, przyszły założyciel TVN. Wyzłośliwiać się długo można, ale jeśli funkcja kontroli władzy ze strony mediów ma być rzeczowo realizowana, krytycyzm powinien dotyczyć wszystkich.

Na razie “koalicja 15 października” może czuć się z niego wyłączona. A to w nieuchronny sposób działa demoralizująco. Mediów pisowskich nikt nie traktuje poważnie a teraz zdyskredytowały się dodatkowo, przytulając dawnych propagandystów pogonionych przez ministra kultury Bartłomieja Sienkiewicza z telewizji państwowej. Zaś główny nurt środków przekazu nie tyle nawet sprzyja rządzącym co wprost tłumaczy ich błędy.

Widać to najlepiej po sposobie prezentowania wątpliwości prawnych, związanych z przejmowaniem mediów państwowych (TVP, Polskiego Radia i PAP) oraz zmian w wymiarze sprawiedliwości. Łatwiej pójdzie z Trybunałem Konstytucyjnym, gdy władza podejmie wobec niego podobne działania, skoro to instytucja zdyskredytowana jak żadna inna za sprawą ekscesów Julii Przyłębskiej, Krystyny Pawłowicz i prokuratora stanu wojennego Stanisława Piotrowicza.

Nie zmienia to faktu, że dobrowolne przejmowanie przez media głównego nurtu roli transmisji do mas ogranicza ich możliwości monitorowania życia publicznego i osłabia wiarygodność. Przyjmowanie założenia, że rządzący zawsze mają rację prowadzi do konkluzji, że jeśli nawet jest inaczej – rządzeni i tak się o tym nie dowiedzą. 

Pilot od telewizora, niezawodna broń 

Jeśli zaś wolne media podążać będą drogą tych pisowskich może je z czasem spotkać podobny los. Nie chodzi o powrót “ancien regime’u” do władzy i ich eksmisję z redakcji, bo nie tylko sondaże ale i stan psychofizyczny Jarosława Kaczyńskiego czynią takie rozwiązanie, jeśli użyć jego własnego określenia, “skrajnie mało prawdopodobnym” (tak sam prezes PiS przed laty określał koalicję z Samoobroną zanim… ostatecznie ją zawarł). Tylko o masowe użycie przez odbiorców broni tak niezawodnej, jaką stanowi zwykły pilot od telewizora. Do tradycyjnego poczucia przekory, cechującego Polaków dołączyć się mogą względy estetyczne, opisane przed laty przez Zbigniewa Herberta  w jego “Potędze smaku”. Coraz częściej bowiem od niedawnych wyborców “koalicji 15 października” słyszy się w odniesieniu do schlebiających jej mediów: tego się nie da oglądać. Dokładnie to, co niedawno mówili o pisowskiej TVP za czasów prezesury nieudanego dziennikarza Jacka Kurskiego i jego następcy filozofa Mateusza Matyszkowicza.    

Pogłębianie się obecnej tendencji w postaci utrwalania jednokierunkowego przekazu ze strony głównych mediów sprawia, że w debacie publicznej nie pojawiają się tematy dla Polaków najistotniejsze a sprawę Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika trudno do nich zaliczyć: wielu obywateli, chociaż rzetelnie zagłosowali 15 października br. nie odróżnia bowiem Kamińskich, których mamy w polskiej polityce paru i nie za bardzo też wie, kim jest Wąsik. Nikt nie ma obowiązku stale kibicować życiu politycznemu.

Zwłaszcza, gdy środki masowego przekazu utrudniają to zamiast ułatwiać. Paradoksalnie sprzyja to właśnie PiS, którego narracja oparta jest na podsycaniu konfliktu oraz wzmacnianiu istniejących podziałów. Brak za to dyskusji, jaka ponad nimi mogłaby się toczyć. Dotyczącej strat, jakie ponieśli polscy przedsiębiorcy w wyniku pandemii oraz ośmiu lat nieprzyjaznej polityki państwa, wniosków wynikających z pochodu COVID-19 dla publicznego systemu ochrony zdrowia czy wreszcie bezpieczeństwa kraju w zmieniającej się sytuacji międzynarodowej (perspektywa zwycięstwa izolacjonizmu w USA). O tym na co dzień rozmawiają Polacy bez porównania częściej na pewno niż o przyszłości odwołanego pisowskiego prokuratora krajowego Dariusza Barskiego, a tym ostatnim tematem próbują ich na siłę karmić media.   

Jak dzieciom tłumaczą obywatelom publicyści głównego nurtu, że nowa ekipa przejęła władzę ledwie dwa miesiące temu, więc za wcześnie na efekty. Tyle, że kiedy Polacy przejęli władzę u siebie w 1918 roku – po ponad 120 latach zaborów a nie ośmiu tylko złych rządów – już w dwa i pół miesiąca później odbyły się pierwsze w historii kraju wybory demokratyczne i powszechne. A obywatele poszli na nie masowo, frekwencja wyniosła trzy czwarte uprawnionych. Całkiem jak teraz 15 października. O tym również warto pamiętać.    

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 6

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here