Mowa polityków

0
6

Główne partie zajmują się przeważnie utwardzaniem w wierze swoich najbardziej zadeklarowanych wyborców. Stąd nie kończące się ich opowieści o Trybunale Konstytucyjnym (bez którego długo nieźle sobie radziła Polska międzywojenna) czy prawie dostępu szefa prezydenckiej kancelarii Sławomira Cenckiewicza do tajnych dokumentów, niewiele obchodzące przeciętnego Polaka. 

Trudno się więc dziwić, że sporą popularność zachowuje prawie nieobecna w mediach głównego nurtu Konfederacja Sławomira Mentzena, która w sieciowych przekazach protestuje przeciwko dotkliwości systemu kaucyjnego: nie w trosce o obywateli, ale po to, by zabiegając o wyborcę “antysystemowego” odwołać się do jego złości na kolejki lumpów w marketach, ustawiające się tam z wielkimi worami pustych butelek, które kiedy zwykły obywatel chce oddać, odchodzi z kwitkiem, bo system akurat nie działa, a przeciętny Polak, skoro pracuje, czasu ma mniej niż bezdomny, więc nie przyjdzie drugi raz.

Chlubnym wyjątkiem dowodzącym, że i z istotnymi problemami zdarza się politykom zmagać, okazuje się jak dotychczas obniżenie akcyzy i VAT w reakcji na wzrost cen paliw, co udało się Koalicji 15 Października skutecznie przeprowadzić. 

Jeśli natomiast o przyczynę tej zwyżki chodzi – czyli kolejne wojny Donalda Trumpa – liderzy wbrew własnym apelom, by w polityce międzynarodowej reprezentować wspólnie polskie interesy ponad podziałami, kierują się wyłącznie kategoriami z krajowej międzypartyjnej młócki. Czegokolwiek nie zrobiłby prezydent USA, liczyć może na aprobatę Prawa i Sprawiedliwości. Co najwyżej, gdy czyni rzeczy trudne do wytłumaczenia, na przykład wyprowadza werbalne ataki na papieża Leona XIV – dowiadujemy się od polityków PiS, że w kwestiach szczegółowych interes największego sojusznika różnić się może od naszego, polskiego. Z kolei politycy koalicji rządzącej nie są w stanie pochwalić Trumpa nawet wtedy, gdy akurat, bo i to się zdarza – na to zasługuje. Jak w wypadku dokonanej bez strat własnych operacji uprowadzenia wenezuelskiego dyktatora Nicolasa Maduro czy likwidacji sponsora terroryzmu międzynarodowego irańskiego ajatollaha Alego Chamenei. Co nie musi od razu oznaczać entuzjazmu dla bomb, rzucanych na szkołę dla dziewcząt gdzieś daleko w perskim interiorze. Dogmatyzm tak PiS jak Koalicji Obywatelskiej sprawia, że z należytą reakcją nie spotkała się wizyta kurtuazyjna Grzegorza Brauna w gmachu irańskiej ambasady, trudna do zrozumienia zapewne dla znacznej części wcale nie topniejącego elektoratu Korony Polskiej.

Przy Putinie jeszcze zgoda, przy Orbanie już nie

Obie główne partie, KO i PiS zgadzają się – bo tu już wyboru nie ma, jeśli nie chcą się zbliżyć do usytuowanego “ubi leones”, jak miejsce to oznaczano na starych mapach, Brauna – w ocenie trwającej już piąty rok kremlowskiej agresji na Ukrainę i potrzeby wspierania napadniętych. Ale już wnioski z porażki najlepszego sojusznika Władimira Putina w Unii Europejskiej, Viktora Orbana w wyborach parlamentarnych na Węgrzech okazują się całkiem rozbieżne. I określane nie przez geopolitykę, lecz sytuację w kraju. Przekazy dnia PiS głoszą nagle, co w epoce internetu zakrawa na traktowanie odbiorcy jak osoby pozbawionej pamięci, że partia Jarosława Kaczyńskiego nigdy Orbana nie popierała, a jeśli już, to wcale nie za politykę międzynarodową. 

Brakowało podobnego sceptycyzmu, dopóki Orban kolejne wybory u siebie wygrywał. Z kolei Koalicja Obywatelska zwycięstwo Petera Magyara najchętniej porównuje do 15 października 2023 r. chociaż różnic da się tu znaleźć więcej niż podobieństw. Po pierwsze TISZA na Węgrzech wygrała mając jedną listę, a demokraci w Polsce wtedy – dzięki temu, że po nieudanych eksperymentach “jednościowych” (eurowybory 2019 r.) poszli roztropnie z aż trzema.  Po drugie – Magyar wywodzi się z Fideszu, jeszcze parę lat temu sam zaliczał się do beneficjentów Orbanowego układu władzy, a jego ówczesna żona Judith Varga zasiadała w rządzie jako minister sprawiedliwości.

W tym sensie Magyara – który wygrał bez porównania wyraźniej i w lepszym stylu niż dwa i pół roku temu u nas Donald Tusk – nie z obecnym polskim premierem da się zestawić, ale raczej, co za ironia losu, z poprzednim. Mateuszowi Morawieckiemu wiele jednak brakuje, żeby znalazły się podstawy, by porównania między nim a Magyarem czynić. Po pierwsze – na razie pozostaje tylko na pozycji dysydenta w PiS. Z partii Kaczyńskiego nie odszedł ani nie został przez niego wyrzucony. Gdy to nawet nastąpi, czekać wypadnie na najistotniejszy element, który porównanie z Magyarem uczyni zasadnym. Morawiecki musi nie tylko własną formację powołać, ale i wybory wygrać. Bagatela… 

Niska samoocena rządzących

Odłóżmy na razie żarty na bok. Politycy Koalicji Obywatelskiej, wypytywani o dalsze ruchy Morawieckiego, wypominają mu dawne pisowskie nieprawości. Co z perspektywy wyborcy wydaje się zrozumiałe, skoro dłużej od niego premierem dotychczas był w wolnej Polsce tylko sam Tusk. A Morawiecki na urzędzie przesadnie się Kaczyńskiemu nie stawiał. 

Tylko po co, z punktu widzenia KO, zasadnie nawet wypominając Morawieckiemu obłudę, dodatkowo tym samym teraz Kaczyńskiego wzmacniać. Nie jest to reakcja zbyt polityczna, chciałoby się podsumować. Bo jeśli partia uznana za wrogą się rozpada (do ruchu Rozwój Plus, jaki buduje Morawiecki, zapisało się 50 posłów PiS, ponad jedna czwarta klubu) – zdroworozsądkowo wypada raczej wypada temu kibicować, a nie głównego wroga, jakim pozostaje Kaczyński wzmacniać wydrwiwaniem tych, co chcą prezesowi zaszkodzić na razie pozostając w strukturach jego partii.

Chyba, że ludzie Tuska, którego doradcą był przed laty Morawiecki – obawiają się, że gdy były premier coś poważniejszego założy niż stowarzyszenie, odbierze głosy nie partii Kaczyńskiego, lecz ich własnej Koalicji Obywatelskiej. Jeśli tak jest rzeczywiście, dowodzi to niezwykle niskiej samooceny rządzących. To już nawet wyborcy, jak pokazują sondaże, są dla rządu Tuska i KO łaskawsi, chociaż znacząca ich większość obecnego gabinetu dobrze nie ocenia ani nie zamierza na Koalicję Obywatelską zagłosować za półtora roku, kiedy to już w Polsce, a nie na Węgrzech odbędą się wybory parlamentarne.                                

Ćwiczenia z liczenia czyli ile partii liczy koalicja rządowa

Na razie koalicja – ta rządząca, nie Obywatelska – znajduje sobie zadziwiający dylemat. Czy bronić własnego ministra czy nie, skoro PiS zgłasza votum nieufności.

Oczywiście zawiadująca resortem klimatu i środowiska Paulina Hennig-Kloska do najmocniejszych punktów nie gwiazdorskiej wcale przecież ekipy Donalda Tuska wcale się nie zalicza, jednak hamletyzowanie rządzących przy okazji pisowskiego wniosku o jej odwołanie nie wystawia im certyfikatu siły ani roztropności.

Przy okazji pojawił się problem, ile partii liczy obecna koalicja rządząca. To nie żart. Jej politycy spierają się o to z całą powagą, podobną, z jaką scholastycy w średniowiecznych klasztorach wiedli  dysputy, ile diabłów zmieści się na łebku od szpilki. Jakby nie znali powiedzenia: dłużej klasztora niż przeora.

Minister funduszy i polityki regionalnej Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz z całą powagą dowodzi, że partia Centrum, której przewodzi Paulina Hennig-Kloska, nie należy do rządowej koalicji, bo nie była sygnatariuszką umowy koalicyjnej. Trudno się temu dziwić, skoro powstała dopiero dwa lata później, po rozłamie w Polsce 2050, który nastąpił, gdy funkcję liderki tam objęła i teraz również partią zawiaduje… właśnie Pełczyńska-Nałęcz. 

W polityce, tej poważniej, obowiązuje zwykle zasada, że swoich się broni, chyba, że uprzednio pogwałcą wszelkie prawa boskie i ludzkie.

A zarzuty, stawiane teraz Hennig-Klosce, okazują się bez porównania łagodniejsze, niż te swego czasu związane z rozdysponowaniem środków z Krajowego Funduszu Odbudowy przez resort Pełczyńskiej-Nałęcz: część jak wiemy zamiast na likwidację gospodarczych następstw pandemii poszła na interesy… rodzin samych posłów. A także na jachty i ekspresy do kawy.       

Politycy mają więc od czego odwracać uwagę rządzonych, co jeszcze bardziej dotyczy tych, co uprzednio sprawowali władzę. TVP wprawdzie przejęła drogą likwidacji obecna koalicja rządowa, ale nie słychać pomimo upływu ponad dwóch lat o rozliczeniu nieprawości w publicznej w założeniu stacji. Nawet tych powszechnie znanych.

Trudno się więc dziwić, że nawet stali widzowie 24-godzinnych kanałów telewizyjnych zwyczajnie się w tym wszystkim gubią. Przekaz polityków nie ułatwia im zrozumienia mechanizmów, rządzących życiem publicznym. 

Mowa do chińskiego ludu przez zamknięty lufcik – tak znakomity socjolog Jakub Karpiński określał dyskurs propagandowy poprzedniego ustroju. Jeśli formuła ta pasuje również do przekazów, składających się na politykę już z demokratycznego mandatu uprawianą – powinno to stanowić sygnał alarmowy. Tyle, że gdy politycy mówią jeden przez drugiego i wzmaga się kakofonia – pojawia się ryzyko, że nawet alarmu nikt nie usłyszy.       


Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 1

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here