Najnowsze sondaże poparcia dla partii wskazują, że zaledwie nieco ponad połowa zwolenników Karola Nawrockiego z drugiej tury prezydenckiej (dokładnie 57 proc) gotowych jest zagłosować w wyborach parlamentarnych na Prawo i Sprawiedliwość. Zobaczymy jakie wnioski prezydent z tego wyciągnie. Z kolei z badań zaufania – wedle których 47 proc z nas obdarza nim Nawrockiego, co czyni go liderem w stawce wszystkich polityków – wynika, że niedawny zwycięzca nie znalazł się od razu na ścieżce trwonienia uzyskanej przewagi, jak zdarzyło się to w naszej najnowszej historii Lechowi Wałęsie i Bronisławowi Komorowskiemu.

Prezydent i premier ruszyli w Polskę. Osobno i z różnym skutkiem

Po zaprzysiężeniu Karol Nawrocki roztropnie ruszył w Polskę, był już w Kaliszu i Kolbuszowej, więc zapewne prowadzenia w rankingach zaufaia nie straci. Wiadomo, że bezpośrednie spotkania z wyborcami mają większy rezonans niż wizyty zagraniczne. Te ostatnie jeszcze go podbudują, skoro już we wrześniu ma być gościem w Białym Domu u Donalda Trumpa. Wprawdzie prezydent Stanów Zjednoczonych nie za bardzo pojmuje, co się dzieje we współczesnej Polsca, ale sam Nawrocki i jego najnbliższe otoczenie znają sposoby, jak deklaracje sympatii z jego strony również  w polityce krajowej wykorzystać.

W Polskę wyruszył także premier Donald Tusk ale jego rekonesans okazał się nieudany. Reklamował szybkie pociągi w południowej części kraju oraz farmy wiatrowe nad Bałtykiem póki szybko się nie okazało, że jeszcze w drodze stawić musi czoła aferze związanej z ośmieszającym rozdysponowaniem europejskich środków objętych Krajowym Planem Odbudowy. Służyć miały niwelowaniu skutków niedawnej pandemii koronawirusa dla przedsiębiorców, którzy ponieśli straty w związku z pochodem COVID-19.  Tymczasem dofinansowanie dostała m.in. sieć kawiarni goszcząca niedawno spotkanie z udziałem nadzorującej zagospodarowanie tych środków minister Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz. Dotacjami nagrodzono też pomysły tak egzotyczne jak uodparnianie ziemniaków na stresy, to nie żart, lecz wyimek z uznanego przez decydentów wniosku. Milion złotych pozyskała też na swój projekt żona Artura Łąckiego, jednego z najzamożniejszych posłów Koalicji Obywatelskiej.           

“Demagogiczne zarzuty, rozdmuchana pseudoafera” – obwieszcza już w tytule komentarza na drugiej stronie “Gazety Wyborczej” Wojciech Maziarski. Nie jest to z pewnością najroztropniejsza obrona obozu rządzącego przez sprzyjających mu publicystów [1]. W latach 2002/3 “Trybuna” utrzymywała, że nie było afery lwa Rywina. Teraz nie istnieje już ani ten dziennik ani pozostający wówczas u władzy Sojusz Lewicy Demokratycznej. Obecna lewicowa resztówka w Sejmie liczy 21 posłów i pozostaje najsłabszym ogniwem koalicji rządowej.   

Za to dalece poważniejsze zarzuty, postawione w kampanii Nawrockiemu – dotyczące m.in. rozdysponowania przez niego środków Instytutu Pamięci Narodowej, zakwestionowanego przez Najwyższą Izbę Kontroli – zdewaluowały się z chwilą jego zwycięstwa wyborczego, a zwłaszcza uznania wyniku przez Sąd Najwyższy. Próba oprotestowania decyzji tego ostatniego okazała się przeciwskuteczna. Co pokazały wyniki badań opinii publicznej. Co trzeci wyborca Rafała Trzaskowskiego odrzucał wersję, że wyniki drugiej tury mogły zostać sfałszowane. Teraz Tusk tłumaczy się z chybionych dotacji z KPO a nie Nawrocki z pozyskania kawalerki od seniora, który później wylądował w Domu Pomocy Społecznej ani ze szczegółów delegacji do Moskwy, po której nie pozostał ślad w dokumentach, chociaż była to podróż oficjalna.   

Koalicji Obywatelskiej ani nawet całemu sojuszowi 15 października trudno wyciągać optymistyczne wnioski z badań zaufania, w których awansowany niedawno na wicepremiera szef dyplomacji Radosław Sikorski (ufa mu 42 proc Polaków) ustępuje tylko Nawrockiemu (47 proc) [2]. Lansowanie gho teraz wyborca odbierze jako reakcję spóźnioną. I słusznie powie: zamiast zdawać się na werdykt aparatu partyjnego w prawyborach, trzeba było Sikorskiego a nie Trzaskowskiego wystawić przeciw Nawrockiemu w wyborach prezydenckich. Teraz KO nie potrafi nawet przegrywać, co potwierdzają ekscesy dawnego adwokata rodziny tuska, teraz ponownie posła w barwach KO (chociaż kiedyś był wicepremierem w rządzie Jarosława Kaczyńskiego) – Romana Giertycha.  

Do wyborów jeszcze dwa lata i tylko tym mogą się pocieszać demokraci. Im gorzej w sondażach wypadają, tym mniej realne wydaje się skrócenie kadencji obecnego parlamentu. Gdyby głosowanie odbyło się już teraz, przyniosłoby zwycięstwo Prawu i Sprawiedliwości a koalicjantów partii Tuska wymiotłoby z Sejmu z jednym tylko wyjątkiem Lewicy, której urobek byby jednak bez porównania mniejszy niż pamitnego 15 października 2023 r.  . 

PiS może liczyć na poparcie 29 proc z nas, podczas gdy Koalicja Obywatelska – 28 proc a Konfederacja – 14 proc. Do Sejmu weszłaby jeszcze druga Konfedaracja, Korony Polskiej Grzegorza Brauna oraz Lewica, każde z nich z poparciem 6 proc obywateli [3]. Zabrakłoby w następnej kadencji posłów Razem, bo na listę tej partii (w obecnej mającej koło) oddano by 4 proc głosów. Jeszcze mniej padłoby ich na obie formacje rozwiązanej już Trzeciej Drogi: na Polskę 2050 Szymona Hołowni – 3 proc, zaś na Polskie Stronnictwo Ludowe – niespełna półtora proc. Przy czym tylko ta ostatnia formacja pocieszać się może, że zwykle przed każdymi wyborami pozostaje niedoszacowana przez badaczy opinii, bo ankieterzy instytutów demoskopijnych nie docierają jak należy na wieś.     

                                                       Od zera do lidera   

Jeszcze pod koniec ubiegłego roku 61 proc Polaków nie wiedziało, kim jest Karol Nawrocki [4]. Teraz postać nowego prezydenta jak żadna inna polaryzuje i dzieli polską opinię publiczną, skoro ufa Nawrockiemu 47 proc a nieufność deklaruje wobec niego 46 proc. Stał się więc politykiem, wobec którego prawie nikt nie pozostaje obojętny.

Karol Nawrocki ma przed sobą co najmniej pięć lat prezydentury. To ponad dwa razy więcej czasu niż ten, którego pewni mogą  być rządzący. 

Sprzyjająca mu telewizja braci Karnowskich pokazuje Nawrockiego w oknie Belwederu, zupełnie jak kiedyś filmowano Jana Pawła II w kurii przy Franciszkańskiej w Krakowie.  Sześcioletnia córka prezydenta Kasia, jeszcze niedawno bezlitośnie hejtowana przez część internautów za nie tyle swobodne co po prostu właściwe swojemu wiekowi zachowanie w trakcie wieczoru wyborczego – teraz ciepło pokazywana jest przez bulwarówki i brukowce jak jeździ na hulajnodze po belwederskim tarasie, w przepisowym kasku na głowie. Polityk rozpoznawalny w listopadzie ub. r. przez zaledwie 39 proc rodaków stał się celebrytą, wraz z całą rodziną. Syn Daniel już prowadzi program telewizyjny. Oczywiście na antenie wPolsce24. Tytuł brzmi: “Nawrocki w Polsce”. Bo jakżeby inaczej.

Za to sam prezydent w filmowanych przez różne telewizje wystąpieniach nader starannie… wystrzega się konkretów. 

Najchętniej mówi o sprawach, w których liczyć może na bezdyskusyjne poparcie większości jak utrzymanie polskiej waluty i sprzeciw wobec wprowadzenia euro. Powtarza, że należymy do Unii Europejskiej i powinniśmy w niej pozostać, a zarazem podkreśla, że tu jest Polska a nie Unia Europejska. Sprzeciwia się fali nielegalnej imigracji, chociaż to w czasach, gdy pisowska formacja rządziła – w ramach najbardziej gorszącej z ówczesnych afer placówki dyplomatyczne zamieszane były w proceder sprzedawania wiz tym, którzy nie powinni ich otrzymać wedle legalnych kryteriów. 

Nawrocki niedawno wygrał większościowe wybory i stara się o to, żeby sympatię większości zachować. Na razie, niczym szlachcic Twardowski ze znanej ballady Adama Mickiewicza… śmieszy, tumani, przestrasza. Śmieszy elity akademickie i medialne, tumani wyborców uznających się za pokrzywdzonych, przestrasza demokratów. 

Konstrukcja jego kancelarii prezydenckiej nie wskazuje na zamiar odseparowania się czy nawet zdystansowania od PiS. Na jej czele stanął były poseł tej partii Zbigniew Bogucki, ministrem został tam inny parlamentarzysta PiS Marcin Przydacz. Biurem Bezpieczeństwa Narodowego kieruje skrętny wykonawca pisowskiej “polityki historycznej” Sławomir Cenckiewicz, zresztą bez dostępu do tajnych materiałów. Jego dorobek historyka sprowadza się do opluwania pokojowego noblisty Lecha Wałęsy i autorstwa hagiograficznej biografii Anny Walentynowicz, co poetyką przypomina szkolną “pierwszą czytankę” [5]. Nie wpuścił za to Nawrocki do swojej kancelarii Przemysława Czarnka. Domagał się od niego, by zrzekł się wiceprezesury PiS, na co ten nie przystał. Stanowić to może zarówno efekt różnic charakterologicznych jak wyraz potrzeby niezależności, która z czasem się ujawni. Podobnie jak fakt, że z dawnej załogi Andrzeja Dudy pozostał w kancelarii jeden jedyny Wojciech Kolarski.                  

Istotne okazać się przypomnienie, że po zwycięstwie w 1990 r. Lech Wałęsa zbudował swoją prezydencką kancelarię i BBN z polityków aktywnych wcześniej jego kampanii jak bracia Kaczyńscy i Jacek Merkel. A wkrótce ją z nich oczyścił. Po nieco ponad pół roku chorobliwie ambitny Jarosław Kaczyński przegrał rywalizację o rolę głównego kapciowego Wałęsy z wieloletnim kierowcą przewodniczącego Solidarności Mieczysławem Wachowskim.  W Warszawie inteligencja żartowała wtedy, że Wałęsa za pozbycie się braci Kaczyńskich ze swojej kancelarii dostać powinien po raz wtóry Pokojową Nagrodę Nobla. Ich miejsce zajęli intelektualiści: profesorowie Janusz Ziółkowski i Lech Falandysz oraz mądry minister od historii Andrzej Zakrzewski, późniejszy organizator imponujących obchodów 50-lecia Powstania Warszawskiego. To, że dawny elektromonter i strajkowy przywódca ma ich za podwładnych, z pewnością Wałęsę dowartościowało. A przy tym okazali się tak sprawni, że w toku sporów o Krajową radę Radiofonii i Telewizji (gdy prezydent sprzeciwił się przyznaniu Polsatowi Zygmunta Solorza ogólnopolskiej koncesji na telewizję prywatną) pojawił się nawet termin “falandyzacja prawa”, oznaczający jego karkołomną ale dla racji prezydenta korzystną interpretację. W tym sensie Falandysz pełnił przy Wałęsie rolę podobną, co w międzywojniu sanacyjny interpretator prawa Stanisław Car przy Marszałku Józefie Piłsudskim.

Wałęsę jednak zna od 1980 roku każde dziecko w Polsce, a jego wspomnienia już w 1987 r. znalazły się na pierwszym miejscu listy best-sellerów renomowanego francuskiego tygodnika “L’Express” chociaż ich autor sam przyznawał, że ani jednej książki nie przeczytał, zanim napisał własną. W porównaniu z nim Nawrocki, jeszcze jesienią ub. r. nieznany większości Polaków sytuuje się na antypodach. Prezesura Instytutu Pamięci Narodowej nie daje miejsca w czołówkach serwisów stacji telewizyjnych . Poprzedników Nawrockiego w IPN takich jak Janusz Kurtyka czy Waldemar Szarek mało kto kojarzył poza twardą sektą działaczy PiS. Na tym stanowisku chyba tylko Leon Kieres, postać spoza pisowskiego getta, dał się poznać i jakoś swoją osobowość zaznaczył a nie tylko miejsce w fotelu wygniatał.  

 Kocha sporty walki, ale na przegrane wojny nie pójdzie 

Od zawsze – tak w Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku jak w gabinecie prezesa IPN – Nawrocki pozostawał nominatem Prawa i Sprawiedliwości. 

Paradoksalnie jednak chociaż dzięki dziennikarzom śledczym czy denuncjującym go publicznie dawnym kolegom z pracy (jak Antoni Dudek)  wiele wiemy o jego ekscesach – to dużo mniej o poglądach, jakie wyznaje.

Zwykle zgodne są z tym, co głosi partia, która go poparła, ale bez nadskakującej ostentacji, jaka cechowała Andrzeja Dudę. Od tego ostatniego Nawrocki ma silniejszą osobowość. Dystansował się z lekka od “lex Przyłębska” czyli przeforsowanej przez ówczesną prezeskę Trybunału Konstytucyjnego przezywaną “kucharką Jarosława Kaczyńskiego” (bo rzeczywiście gotowała mu obiady) Julię Przyłębską regulacji, zmuszajcąej kobietry do rodzenia dzieci, niezdolnych do samodzielnego życia. Dawał raczej do zrozumienia, że ustawa antyaborcyjna z lat 90. bez zaostrzeń jako gwarancja ochrony życia poczętego wystarczy. 

To miara pragmatyzmu Nawrockiego: kocha sporty walki, ale na wojny, o których wie, że ich nie wygra wcale się nie wybiera. PiS mnóstwo głosów straciło w wyniku ulicznych protestów przeciwko określanej jako nieludzka wykładni trybunału Przyłębskiej oraz sposobu traktowania uczestniczących w ich kobiet przez policję i tajniaków.                

Poza samym zwycięstwem w wyborach prezydenckich oraz pozycją lidera w rankingu zaufania do polityków – najbardziej znaczącym dorobkiem Nawrockiego okazuje się fakt, eż chociaż głównym jego rywalem w tym pierwszym wyścigu pozostawał obok Rafała Trzaskowskiego kandydat Konfederacji Sławomir Mentzen – wygrany nie zraził do siebie elektoratu tej partii. W przenikliwej powyborczej analizie Piotr Śmiłowicz w “Tygodniku Powszechnym” wysnuł z tego tezę, że Nawrocki: “(..) co prawda był kandydatem PiS, ale w sporach obu formacji raczej będzie się wcielał w rolę arbitra – żeby w przyszłości postawić na to ugrupowanie, które da mu największą gwarancję reelekcji w 2030 r. Wcale nie jest powiedziane, że będzie to PiS” [6].    

Nawrocki wciąż pozostaje zagadką, a fakt ten sam w sobie stanowi znaczący polityczny kapitał. Pytanie, czy zechce go wykorzystać. Jego poprzednik Duda, chociaż pochodził z Krakowa a nie Zakopanego, przez dwie kadencje spał jak rycerze pod Giewontem i nie przebudził się ani razu. Ambicjom Nawrockiego podobny sen wydaje się nie odpowiadać. Chyba, że znowu okaże się, iż pozory mylą, a agresywność i chęć walki o swoje Nawrockiego okażą się równie fikcyjne jak grzeczność i układność Dudy.

Jarosław Kaczyński, promotor kariery Nawrockiego, pozostaje wprawdzie trzy lata młodszy od Donalda Trumpa rządzącego najpotężniejszym mocarstwem świata – ale wydaje się starszy od własnego życiorysu, mało zresztą bohaterskiego i niezbyt ciekawego. Nigdy nie był wysportowany, za granicę wyjechał po raz pierwszy w wieku 40 lat. Powiedzieć o nim, że jest przedwcześnie postarzały, to eufemizm. Z wolna traci kontakt z rzeczywistością, cechuje go abnegacja, której efektów nie zniwelują posłanki, usłużnie otrzepujące jego prezesowską marynarkę, jakby od tego awans w partii zależał. W 2027, roku wyborów do Sejmu, Kaczyński będzie miał 78 lat i pomimo kolejnego przypływu adrenaliny kondycję słabszą niż teraz, a Nawrocki – lat 44, a do dyspozycji sale treningowe w pałacach i prezydenckich ośrodkach wypoczynkowych. Obeznany z realiami boksu, nie stanie do tej walki, jeśli nie będzie miał pewności, że ją wygra. I raczej nie ulęknie się przyszłego premiera Przemysława Czarnka, skoro teraz nie dał mu nawet posady w swojej kancelarii.        

[1] “Gazeta Wyborcza” z 11 sierpnia 2025

[2] sondaż IBRIS z 25-27 lipca 2025

[3] Opinia 24, sondaż z 4-6 sierpnia 2025 

[4] Opinia 24, badanie dla Radia Zet z 13-18 listopada

[5] por. Sławomir Cenckiewicz. Anna Solidarność. Zysk, Poznań 2010

[6] Piotr Śmiłowicz. Bitwy prawicy. “Tygodnik Powszechny” nr 24 z 11-17 czerwca 2025 

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 4.9 / 5. ilość głosów 7

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here