Obserwator demokracji

0
1016

Dzieje Obserwatora, pierwszego i jak dotychczas – co za ironia losu – jedynego w Telewizji Polskiej dziennika bez komunistów, wydawały się przynależeć do annałów medioznawstwa albo jako przyczynek, do historii najnowszej. Tymczasem niedawne wydarzenia nadają im niespodziewaną aktualizację. Okazuje się, że po 33 latach zespół nowej “19,30” może się od nas, wtedy młodych dziennikarzy, uczyć jak robić program bez narzekań na brak archiwów i presję nieprzyjaznego otoczenia. Zaś pogrobowcy pisowskiego układu w TVP powinien przyjść na korepetycje, jak protestować w jej gmachu, żeby śmieszności to nie wzbudzało.

W sierpniu 1990 roku miałem doskonałą pracę, stanowiącą przedmiot zazdrości kolegów z dziennikarstwa podyplomowego na Uniwersytecie Warszawskim. Po pół roku działań w “Gazecie Wyborczej” jako 25-latek zdążyłem awansować na prowadzącego dział krajowy, wciąż też pisałem teksty, specjalizując się w mniejszych partiach politycznych. Pierwszy w Polsce powiadomiłem o rozłamie w Konfederacji Polski Niepodległej, gdzie ze źródłami informacji nie miałem kłopotu, bo wcześniej do niej należałem. W dowód uznania za obiektywizm tekstu o walce partyjnej szkoły PZPR, Akademii Nauk Społecznych, o przetrwanie w nowych warunkach, który zatytułowałem “Kominy czerwonego klasztoru”, co nawiązywało do sławetnej słów rektora Jaremy Maciszewskiego: “mamy swoje kominy osiągnięć, które jeszcze dymią” – otrzymałem od jej studentów wyszabrowaną z likwidowanej uczelnianej czytelni broszurkę o KPN, przeznaczoną kiedyś dla lektorów Komitetu Centralnego.

Cytowałem ją w napisanej dwadzieścia lat później wspólnie z Andrzejem Anuszem książce o Konfederacji Polski Niepodległej. Wtedy, w sierpniu 1990 odpowiadałem m.in. za relację z 10-lecia Solidarności na czołówce gazety, co wcale nie oznaczało oficjałki, bo do końca liczono na porozumienie “last minute” między przewodniczącym Związku Lechem Wałęsą a premierem Tadeuszem Mazowieckim zapobiegające bratobójczej walce o prezydenturę. 

Do ich ugody nie doszło, za to do mnie akurat wówczas zadzwoniła Katarzyna Król-Gruszczyńska, związana z zespołem “Res Publiki”, pierwszego między Łabą a Władywostokiem pisma, najpierw wydawanego w podziemiu, a potem zalegalizowanego. Rzuciła jedno hasło: nowy dziennik w Telewizji Polskiej. I wymieniła jako naczelnego Damiana Kalbarczyka, zastępcę Marcina Króla w “Res Publice”. Nazwy programu jeszcze nie było. Nie okazała się jeszcze wtedy potrzebna. Nie wiedziałem też, że zostanę wkrótce najmłodszym redaktorem wydania w TVP a moja rozmówczyni Gruszczyńska prezenterką. To, co usłyszałem, wystarczyło mi, żebym natychmiast złożył wymówienie w “Wyborczej”.  

– Straciliśmy Łukasza – oznajmił głośno na środku newsroomu kierownik działu Piotr Pacewicz, co do którego dotychczas byłem przekonany, że mnie serdecznie nie znosi, odkąd publicznie wyśmiałem jego pomysł, żebym pojechał na “gospodarską wizytę” z ówczesnym prezydentem Wojciechem Jaruzelskim do Piotrkowa i “ciepło” to opisał. Po moim niemal diabelskim chichocie w odpowiedzi na propozycję misji tej podjęła się Agnieszka Kublik, co stało się zaczątkiem jej trwającej do dziś kariery w “Wyborczej”.

Chłodne przywitanie w Telewizji Polskiej

Zaś ja 17 września wkraczałem – to chyba właściwe słowo – do siedziby TVP przy Woronicza. W studiu przywitało nas przenikliwe zimno. Nie był to sabotaż komunistów, raczej niedopatrzenie ich inżynierów, co nie zadbali o termoizolację gmachu. Dla innej mojej koleżanki Katarzyny Komosy, pięknej, wygadanej i obrotnej, oznaczało ono kres marzeń o prezenterskiej karierze. Dzwoniła przeraźliwie zębami w trakcie prób kamerowych, więc uznano, że ma szczękościsk i do prowadzenia studia się nie nadaje. Rola ta przypadła ostatecznie wspomnianej już Katarzynie Król-Gruszczyńskiej, aktorowi z wykształcenia (zagrał nawet u Krzysztofa Zanussiego) i późniejszemu rzecznikowi rządu Jerzego Buzka – Krzysztofowi Luftowi, zaangażowanemu również w obecne przemiany w TVP oraz Agacie Młynarskiej, córce Wojciecha i teraźniejszej celebrytce.

Wśród reżyserów projektujących założenie Obserwatora – bo wreszcie pojawiła się ta nazwa, trudno przecież w telewizyjne kwity produkcyjne wpisywać: pierwszy dziennik bez komunistów – znaleźli się późniejsi twórcy fabuł Andrzej Jakimowski (“Sztuczki” i “Zmruż oczy”) oraz Tomasz Drozdowicz a także dokumentalista Sławomir Koehler.

Wygrana Wałęsy na  jedynkę  pierwszego wydania 

Wspólnie ze Sławomirem Koehlerem zostaliśmy autorami materiału otwierającego pierwsze wydanie Obserwatora. Temat okazał się nie byle jaki: “Lech Wałęsa prezydentem”.

Zaczęliśmy tym, co w telewizyjnym slangu nazywa się “setką reporterską” czyli żywą wypowiedzią. Po ogłoszeniu zwycięstwa Wałęsa brał kieliszek z tacy.

– Zdrowie wasze w gardło nasze – mówił.

I wychylał go do dna.

Nie oglądaliśmy wtedy w ogóle konkurencyjnych Wiadomości redagowanych przez smętnych i zastrachanych żurnalistów postkomunistycznych. W naszym newsroomie monitory zastawione były zwykle na CNN albo którąś z europejskich stacji publicznych: BBC lub telewizję francuską.

W odróżnieniu jednak od obecnych podwładnych Pawła Płuski nikt od nas nie donosił na pozostałości ancien regime’u, bo w Obserwatorze ich nie było, a z Wiadomościami, Panoramą czy Teleexpressem nie utrzymywaliśmy w praktyce kontaktu. Zazdrościli nam honorariów, które też miały być europejskie i rynkowe, podobnie jak program.

Świetnie za to układała się współpraca z ekipami zdjęciowymi i montażystami. Oni i operatorzy cieszyli się, że wreszcie mają do czynienia z dziennikarzami trzeźwymi i takimi, co nie kablują. Od razu też wzbudziło uznanie, że pytam o to, czego nie wiem. I przyjmuję uwagi typu: tak się nie da zrobić. 

Pod Belwederem i radziecką ambasadą

Udawało się wiele. Gdy wojska sowieckie weszły na Litwę, a w obronie przed nimi wieży telewizyjnej w Wilnie zginęło kilkanaście osób, w ostatniej chwili dowiedzieliśmy się o zaimprowizowanej naprędce przed ambasadą radziecką na Belwederskiej pikiecie protestacyjnej. Zbiegłem do wydziału zdjęciowego. Wolny był akurat operator Stanisław Holnicki. Znałem wcześniej jego nazwisko ze skarg jednej z dziennikarek, którą zwymyślał, kiedy kazała mu robić jakąś ikonografię, którą uznał za pozbawioną sensu. Wtedy byłem redaktorem wydania, więc obiecałem interwencję przy okazji, ale powiedziałem też pokrzywdzonej, że warto zawsze określić, do czego zamawiane zdjęcia posłużą, żeby fachowcowi praca nie wydawała się syzyfowa. Teraz jednak nie było czasu na załatwianie starych spraw. Wiedziałem, że operator w słowach nie przebiera ale artystą kamery pozostaje znakomitym. A ja w pośpiechu nie zdążyłem nawet przewinąć kasety: graliśmy wtedy na Betach 20. Pokazałem ją tylko operatorowi.

– Czy jest jeszcze miejsce na nagranie?

– Tu jest od ch..ja miejsca – ocenił błyskawicznie w swoim stylu.

– To będziemy grali od ch..ja pikiety przed ambasadą radziecką – odpowiedziałem.

I tak złapaliśmy wspólny język. Na miejscu, zaś przed ambasadą ZSRR doceniłem walory profesjonalne mojego artysty. Wystarczyło parę słów zamienić.

Właśnie zapadał zmierzch. Wcześnie, jak to zimą. Od operatora Stanisława Holnickiego dowiedziałem się, jakie możliwości nam to daje.

Materiał zmontowałem z trzech długich ujęć: przy pierwszym światło było dzienne, drugie oddawało jak zapada zmierzch, trzecie zaś było już całkiem utrzymane w nocnej scenerii. Towarzyszył im tekst, zaczynający się od słów: “przez cały dzień przedstawiciele organizacji antykomunistycznych i mieszkańcy stolicy protestowali przed radziecką ambasadą w Warszawie w obronie suwerenności Litwy”. Koncept polegał na tym, że te trzy sekwencje nakręciliśmy w odstępie niewiele ponad kwadransa: sztuka telewizyjna daje takie możliwości. Następnego dnia byłem na zdjęciach w Sejmie, gdzie jeden z radiowców zagadał do mnie z podziwem:

– Że też ci się chciało w taki mróz wystawać cały dzień przed ruską ambasadą.

Iluzja okazała się więc w pełni skuteczna. I potwierdziła się opinia, że w telewizji z każdym można i trzeba się dogadać.

Koniec niedługo po premierze

Do zdjęcia Obserwatora z anteny przyczyniła się relacja z protestu górników przez Belwederem, gdzie wtedy siedzibę miał prezydent Lech Wałęsa. Autor tematu, reżyser Tomasz Drozdowicz, w zapowiedzi studyjnej (w telewizji nazywa się ją “białą” od koloru kartki leżącej przed prezenterem, “zielone” z kolei czyta się na żywo w trakcie materiału filmowego) przedstawił tło demonstracji, zaś całą relację zbudował z głosów i okrzyków demonstrantów oraz wypowiedzi urzędników, którzy do nich wyszli. Podobno likwidację Obserwatora podpowiadał prezydentowi, zamyślającemu już wtedy o “wzmacnianiu lewej nogi”, jego kancelista Jarosław Kaczyński. Zaś wykonawcami operacji stali się: ówczesny szef rządu Jan Krzysztof Bielecki oraz rzecznik Andrzej Zarębski. Premier powiedział nam rok później, w trakcie kameralnego spotkania w redakcji gazety, jaką założyliśmy po odejściu z telewizji, że on tak naprawdę wcale nie chciał zdejmować Obserwatora. Jednak decyzja zapadła.

Ściślej – rozłożono ją na etapy. Najpierw podporządkowano nasz dziennik Dyrekcji Programów Informacyjnych, kierowanej wprawdzie oficjalnie przez poetę z Poznania i dawnego członka władz Solidarności Lecha Dymarskiego, ale w praktyce całkiem zdominowanej przez postkomunistów. Gdy zaprotestowaliśmy przeciw temu, program zawieszono. W odpowiedzi zaczęliśmy strajk w pomieszczeniach redakcyjnych. Przez kilkanaście dni spaliśmy na podłodze. 

Wywiesiliśmy przez okno transparent “Obserwator Demokracji”. Naprzeciwko, po drugiej stronie Świętokrzyskiej, mieściły się jakieś państwowe biura. Ich pracownicy umieścili więc na przeciwległej ścianie transparent Solidarności, spoglądający na ten nasz, chociaż Związek formalnie wciąż popierał Wałęsę i jego politykę. Zaś związkowcy z samej telewizji przynieśli nam biało-czerwoną opaskę z czasów historycznej gotowości strajkowej w ich firmie w 1981 r.  

Wytrwaliśmy tak długo, jak okazało się to możliwe. Na rozmowy do nas przychodził prezes Radiokomitetu Marian Terlecki oraz jego zastępca Marek Markiewicz. Drugiego z nich przezwaliśmy “Makarenką” ze względu na zamiłowanie do długich, pedagogicznych wywodów. Pertraktacje efektu nie przyniosły.

Przeszliście do historii – powiedział mi napotkany w parę dni po zakończeniu naszego strajku dziennikarz “Gazety Wyborczej” Edward Krzemień.             

Ćwierćwiecze eksperymentu czyli telewizja publiczna jest w Polsce możliwa

Wartością Obserwatora okazało się to, że nie krzywdziliśmy nikogo. Żadnych poprzedników nie rugowaliśmy, bo ich nie było. Nie wkraczaliśmy w niczyje miejsce. 

Nie utyskiwaliśmy jak załoga obecnej “19,30” na brak archiwów, bo posługiwaliśmy się nakręconymi przez nasze ekipy materiałami oraz przekazami światowych stacji. Każdą okazję, żeby pokazać coś ciekawego, wykorzystaliśmy: jak wyjazd socjologa Ireneusza Krzemińskiego z operatorem do Albanii, wtedy zrzucającej gorset niezreformowanego komunizmu w wydaniu stalinowskim. Ale w programie znajdowało się też miejsce na impresję Tomasza Drozdowicza o czeskiej kulturze picia piwa i jej wpływie na życie codzienne sąsiadów jak również na filmową refleksję Sławomira Koehlera o architekturze Warszawy czasów przełomu ustrojowego. Nie pozostawaliśmy na pewno obsesjonatami jednego tematu jak barykadujące się dziś w gmachu dzienników przy placu Powstańców niedobitki pisowskiej ekipy. Dla nas pozostawało oczywiste, że gdy nagrywa się polityka, natychmiast szuka się dla jego wypowiedzi przeciwwagi. Staraliśmy się zaskarbić sobie szacunek widza.

Nasz redaktor naczelny Damian Kalbarczyk, z brodą w stylu paryskiej Dzielnicy Łacińskiej, autor doktoratu o czechosłowackim mężu stanu z międzywojnia Tomaszu Masaryku, pozostawał uosobieniem spokoju. Wspierał go zastępca Rafał Zakrzewski, wcześniej zajmujący to samo stanowisko, ale przy rzeczniku Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego Jacku Żakowskim, jednak w pracy dla telewizji trzymający się roli dziennikarza a nie politruka. Zespół tworzyli autorzy pisujący wcześniej do “Res Publiki”, dawni dziennikarze drugiego obiegu jak związana przedtem z Liberalno-Demokratyczną Partią Niepodległość Natasza Bryżko, później kongenialna tłumaczka ukraińskiego pisarza Oleksandra Irwanca, aktywna też w polskiej dyplomacji kulturalnej. Parę osób debiutowało w zawodzie, wytrawną reporterką polityczną okazała się – chociaż przyszła do nas z nastawieniem, że będzie robić prognozy pogody – absolwentka geologii Dorota Romanowska.     

To był początek budowania telewizji publicznej, chociaż z formalnego punktu widzenia zaczęła powstawać nieco później: po uchwaleniu ustawy o radiofonii i telewizji, wzorowanej na najlepszej w świecie francuskiej. Jej polska wersja uporządkowała również sprawy nadawania programu przez prywatne stacje. 

Zanim jeszcze to nastąpiło, w Wiadomościach TVP pojawił się jako dyrektor Karol Małcużyński, zamiast postkomunistycznej skamieliny stosujący standardy brytyjskiej BBC, dla której pracował wcześniej. Szło to może opornie, bo często nie mógł się nadziwić, dlaczego jego polecenia nie są wykonywane. 

– Jak to, przecież mówiłem, że ma być zrobione, więc dlaczego nie jest? – pytał retorycznie w trakcie kolegiów, służących planowaniu programu.

Gdy przygotowałem materiał, dotyczący zakusów ludzi Lecha Wałęsy, co w Belwederze utworzyli osobne centrum telewizyjne i planowali dostarczać do TVP gotowe materiały, które miały zastąpić reporterskie relacje – Małcużyński skinął na mnie. Poprowadził mnie do zamkniętego pomieszczenia, do którego klucz mieli tylko on i zaufany serwisant. Stała tam przeglądarka. W spokoju obejrzeliśmy to, co zmontowałem. Wspominałem w relacji o podobnych zamiarach wicemarszałka Sejmu Andrzeja Kerna, który też zamierzał stworzyć odrębną telewizyjną obsługę prac Izby. Po emisji mojego tematu, o której zdecydował osobiście zdecydował Małcużyński, nikt już do pomysłu nie wracał.

Karol Małcużyński przegrał wprawdzie walkę z pragnącymi zdominować telewizję politykami, ale w informacji pojawiali się kolejni szefowie nieskorzy do ustępstw. Zarówno dyrektor TAI Jacek Bochenek jak późniejsi szefowie Wiadomości Jarosław Grzelak i Piotr Sławiński dbali o wiarygodność programu i zarobki tych, co go przygotowali. O 19,30 widać było politykę stu kwiatów, wśród wydawców znaleźli się zarówno Grzegorz Miecugow jak senatorówna Agnieszka Romaszewska. Zajmowałem się relacjonowaniem działań Ruchu Odbudowy Polski mec. Jana Olszewskiego i Akcji Wyborczej Solidarność, zaś Katarzyna Kolenda-Zaleska sprawozdawała akcje Unii Wolności a nikt na nadmiar pluralizmu się nie skarżył. O jakość materiałów dbała szczególnie Renata Łęska, zawsze bezstronna i otwarta na tematy, przygotowane przez młodych dziennikarzy.

W badaniach zaufania TVP ustępowała wtedy tylko wojsku. Od tego czasu minęło ćwierć wieku, ale również później, w czasach wcale nie zamierzchłych, telewizja publiczna utrzymywała wysoki prestiż, a także i oglądalność, za sprawą fachowych i bezstronnych relacji Iwony Sulik i Danuty Ryszkowskiej z Sejmu czy reporterskich materiałów Justyny Dobrosz-Oracz, zawsze przykładnie dbającej o to, żeby przy okazji każdego sporu odnotować głosy czołowych polityków ze wszystkich partii.

Eksperyment z telewizją publiczną trwał w sumie 25 lat. Dopiero po podwójnym zwycięstwie Prawa i Sprawiedliwości w 2015 roku w stół kopnął nowy prezes Jacek Kurski, wcześniej nieudany dziennikarz (jego “Lewy czerwcowy” napisany wespół z Piotrem Semką nie odniósł sukcesu i w księgarniach zalegał w przecenach). Pozwalniał niemal wszystkich dziennikarzy i zastąpił ich oddanymi władzy propagandystami. A paski na ekranie TVP Info stały się symbolem prymitywnej agitacji w telewizyjnym przekazie. 

Po 33 latach Telewizja Polska wróciła do punktu wyjścia. Znów trzeba ją naprawiać i cywilizować. W dodatku jeszcze czyni się to nieudolnie i bez respektu.

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 26

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here