Jednodniowy bohater czyli Orwellowska Sprawiedliwość

U George’a Orwella hejtem zajmowało się Ministerstwo Miłości w Polsce Kaczyńskiego – Ministerstwo Sprawiedliwości.

Łukasz Perzyna

publicysta pnp24.pl

Dyspozytor internetowych ataków na sędziów Łukasz Piebiak złożył dymisję po jednym dniu ostrzału medialnego. Problem tkwi gdzie indziej: jak w ogóle tym wiceministrem mógł zostać.

Lista dialogowa dobrej zmiany nie jest lekką ani przyjemną lekturą. Zarówno w wymianie komunikatów między Piebiakiem a hejterką Emilią jak w korespondencji, którą z tą samą osobą prowadził jego podwładny Jakub Iwaniec próżno szukać błyskotliwości, jednej choćby własnej myśli, poczucia humoru nawet. Planowanie ataków internetowych na sędziego Krystiana Markiewicza odbywa się w języku raz biurokratycznym raz przypominającym poetykę gangsta rapu. Czasem przywodzi na myśl operatywkę służb specjalnych, niekiedy bardziej naradę zorganizowanej grupy przestępczej. Do historii przejdzie zapewne jeden tylko cytat, którym ówczesny wiceminister sprawiedliwości uspokaja stalkerkę:

– Za czynienie dobra nie wsadzamy.

Właśnie te słowa odtąd konkurować będą zapewne ze słynnym „te pieniądze się po prostu należały” Beaty Szydło, którymi była premier skwitowała nagrody dla ministrów przybierające bezprawnie postać drugich pensji – o miano werbalnego symbolu rządów PiS. Do tego miana pretendować mogą również wygłaszane z sejmowej trybuny bez żadnego trybu nocne bluzgi samego prezesa wszystkich prezesów z pamiętnym „nie wycierajcie sobie mord zdradzieckich mojej śp. bratem (..) jesteście kanaliami”. Czy wreszcie dialog, w którym Jarosław Kaczyński z Joachimem Brudzińskim dopowiadali sobie inwektywy pod adresem protestujących przeciw rządom PiS: „cała Polska z was się śmieje, komuniści i złodzieje”. Za tę ostatnią wymianę zdań prezes i jego główny kapciowy w bardziej rozwiniętych niż nasza demokracjach zostaliby skutecznie puszczeni z torbami w sądach w trybie cywilnym, aż na jedzenie dla kota by zabrakło.

Nie o sferze symbolicznej jednak rozmawiamy. Zanim Piebiak stał się dyżurnym czarnym charakterem nawet dla tych, co go na stanowisko powołali i jednodniowym bohaterem mediów – przez kilka lat pozostawał wykonawcą polityki, określanej przez propagandę PiS mianem reformy wymiaru sprawiedliwości. Stanowisko wiceministra w tym akurat resorcie powinno zakładać pewną stabilność psychologiczną. Tymczasem wiadomo, że Piebiak, który wcześniej miał postępowania korporacyjne o standardowe uchybienia (opóźnione uzasadnienia wyroków oraz brak powiadomienia przełożonych sądowych o prowadzonych za pieniądze wykładach) – pała żądzą rewanżu na kolegach, którzy go sekowali zamiast docenić.

To niemożliwe, aby małość miała tak wielką skalę – pisał Stanisław Barańczak w „Przywracaniu porządku”, ale słowa te dotyczyły bezpośrednich wykonawców stanu wojennego, a nie kadr państwowych po trzech dekadach nominalnej choćby demokracji.

Logika kampanii wyborczej okazała się nieubłagana. PiS pozwala sobie na lekceważenie demokratycznych procedur, ale nie samonapędzającego się mechanizmu sondaży. Premier Mateusz Morawiecki skorzystał z pierwszej okazji, żeby pozbyć się skompromitowanego urzędnika – bo to jego słowa o rychłym zbadaniu sprawy i nieuniknionych decyzjach przesądziły o dymisji Piebiaka. Zresztą nie on tego czarnego Piotrusia dobrej zmiany na jego posadę powoływał. Ogłaszanie happy endu okazuje się oczywiście przedwczesne. W Ministerstwie Sprawiedliwości – przynajmniej w chwili gdy piszę te słowa – pracuje wciąż Jakub Iwaniec, inny korespondent demonicznej Emilii, femme fatale ‘dobrej zmiany’.

Jak powiadał Nikołaj Gogol w „Martwych duszach”: – Jeden tam tylko jest porządny człowiek – prokurator. Ale i on prawdę mówiąc – świnia.

Resort zresztą na tle kadr pisowskich wcale nie wyróżniał się negatywnie, więcej personalnych aberracji zdarzało się w Ministerstwie Obrony Narodowej za rządów Antoniego Macierewicza, wystarczy przypomnieć Bartłomieja Misiewicza, rozdającego posady w nocnych klubach.

Urzędniczką państwową była też Dominika Arendt-Wittchen, która podczas oficjalnych uroczystości uderzyła w twarz starszą od siebie kobietę, bo ta wykrzykiwała brzydkie słowo „Konstytucja”. Rzecz zdarzyła się rok temu przy Grobie Nieznanego Żołnierza, miejscu świętym dla wszystkich Polaków przyzwoitszych od biurokratki Dominiki.

Państwo polskie – lud, co go prezes Kurski ciemnym nazywa, spytałby “za jakie grzechy?” – reprezentowała również inna urzędniczka, która na Westerplatte w trakcie uroczystości potraktowała polskiego harcerza tak, jak nikt się nie odważył przynajmniej od czasów ataku hitlerowców na wieżę spadochronową w Katowicach we wrześniu 1939 r.

Prezesem TVP pozostaje osobnik znany z zamiłowania do hejtu, bo Kaczyńskiemu imponuje tym, że jego rodzony brat jest zastępcą samego Adama Michnika w „Gazecie Wyborczej”. A z jego stacji niemal nie wychodzą celebrytki zasłużone w podawaniu prawdziwych nazwisk oponentów (jak Magdalena Ogórek, kandydatka SLD na prezydenta z 2015 znana też w mediach life-stylowych z mylenia sukienek z koszulą nocną) czy komentatorzy, którzy opiniotwórczą karierę zaczynali jako sekretarze KC PZPR (jak Marek Król coraz bardziej przypominający karykaturę komunisty z endeckiego pisemka sprzed wojny, co pisowcom nie przeszkadza, bo ich chwali).

Od całej tej menażerii Piebiak różni się tylko jednym: dał się złapać za rękę. Za to musiał odejść. Gdyby zapis niemoralnych konwersacji prowadzonych z Emilią, co nie dostała jeszcze podwyżki, ale i tak stać ją na pełnomocnika prawnego – trafił poufnie na biurko Morawieckiego, przyniesiony w teczce przez Mariusza Kamińskiego – żadnej dymisji by nie ogłaszano. Każdy, kto zna tę ekipę, wie o tym doskonale.

Obok happy-endu w stylu opery mydlanej – dymisja ogłoszona, sprawa zamknięta – który proponuje nam teraz Morawiecki, w sytuacji gdy mleko się rozlało, a przy tym okazało śmierdzące, niebezpieczna okazać się może jeszcze inna logika. Prezes Krystian Markiewicz zasługuje na współczucie w chwili, gdy ciemne typy od dobrej zmiany hejtują jego życie prywatne. Ale jeśli opozycja i wolne media wyprowadzą stąd wniosek, że sędziowie w Polsce nie popełniają błędów a wymiar sprawiedliwości działa idealnie – będziemy mieli do czynienia z wypędzaniem diabła Belzebubem.

I odwracaniem uwagi od problemu skuteczności sędziów równie istotnego jak sprawa ich godności i niezawisłości. Prawo Polaków do sądu bezstronnego i sprawnego pozostaje ważniejsze od radości ze skarcenia jednego nadgorliwego biurokraty, którego winą w oczach szefów pozostaje, że dał się złapać… Zresztą głowa Piebiaka – czego niezbicie dowodzą zapisy jego korespondencji – raczej nie jest wiele warta

Jak sądzisz?

Sprawa Pibiaka to
  • dodaj swoją odpowiedź

Czytaj o Prawie i Sprawiedliwości:

Czytaj Łukasza Perzynę:

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen / 5. ilość głosów

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Łukasz Perzyna
Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here