Niezwykła książka specjalisty od podatków zawstydza polityków za nadskakiwanie Niemcom i wysługiwanie się Amerykanom oraz podsycanie stereotypu wrogości wobec Rosji, najbardziej jednak dyplomatów i zawodowców od stosunków międzynarodowych za to, że… żaden z nich jej nie napisał. Witold Modzelewski prowokuje i szokuje, ale gdy biskupi ogłosili swój list do episkopatu Niemiec „przebaczamy i prosimy o wybaczenie” oburzenie także nie ograniczało się do kręgów władzy.  Autor proponuje reset i zdrowy rozsądek.

Erudycja profesora Modzelewskiego nie przeszkadza mu w budowaniu ironicznych porównań, odwołujących się do kultury masowej: Putin to wróg, ale swój wróg, jak w „Samych swoich”. Z perspektywy polskich polityków – to już mój greps a nie profesora – gdyby Władimir Putin nie istniał, należałoby go wymyślić, bo jego istnienie stanowi alibi dla ich bezradności.          

Witold Modzelewski kwestionuje dogmat nieuchronnej wrogości polsko – rosyjskiej. Wytrawny ekspert od gospodarki w ogóle nie wierzy w fatalizmy. Politykom służą one do tuszowania słabości i kaptowania wyborców poprzez zarządzanie strachem, który uprzednio… sami wywołali. Zwłaszcza, że siewcy polsko – rosyjskiej wrogości do odważnych nie należą: Antoni Macierewicz jak pamiętamy uciekł ze Smoleńska tak szybko, jak się dało. Entuzjasta wyciągania przez nas kasztanów z ognia na pomarańczowej i majdanowej Ukrainie z profitem dla Niemiec i USA – Donald Tusk po aferze taśmowej wybrał prezydenturę Europy, a kłopoty w kraju pozostawił Ewie Kopacz.       

Sztuczna wrogość, powracający fantom

Późnym latem 1991 r. świat wstrzymał oddech, gdy dogmatycy Giennadija Janajewa przejęli – wraz z dostępem do kodów atomowych – władzę w drugim globalnym mocarstwie. Po trzech dniach uwolniony Michaił Gorbaczow powrócił z Krymu, ale szybko okazało się, że w Moskwie nie ma już czego szukać – na pocieszenie pozostała mu pokojowa nagroda Nobla – bo bohaterem wyobraźni zbiorowej stał się przemawiający z czołgu pod rosyjskim Białym Domem Borys Jelcyn.

– Rosja ma dziś dla nas szczerą, przyjazną twarz Jelcyna – mówił w tamtych sierpniowych dniach Jan Olszewski, któremu braku patriotyzmu nikt chyba nie zarzuci, podczas posiedzenia ruchu Komitetów Obywatelskich w Akademii Muzycznej w Warszawie. Dbająca zawsze o dobór butów Monika Olejnik przyszła wtedy w adidasach, bo wciąż mogliśmy się liczyć z potrzebą  nagłego reporterskiego wyjazdu do Moskwy, gdzie w naszym zgodnym przekonaniu ważyły się losy nie tylko Polski i Rosji, ale świata.

Wcześniej siedzieliśmy przy wielkich monitorach, zmieniając co chwila pilotem CNN na BBC lub ZDF na RAI Uno w redakcji liberalnego dziennika „Obserwator Codzienny”, ale wszystkie stacje nadawały te same przekazy: nie kończące się kolumny czołgów z chrzęstem gąsienic idące przez Sadowoje Kolco. Jako kierownik „kraju” wiedziałem, że po raz pierwszy tego lata nie mój dział przygotuje czołówkę gazety. Zaś kierownik „zagranicy” Leszek Jesień – ten sam, którego notatka w piętnaście lat później wyciekła z kancelarii premiera Kazimierza Marcinkiewicza, co stało się powodem ogromnego skandalu za pierwszych rządów PiS – żeby się popisać, od razu w trakcie kolegium połączył się z naszą moskiewską korespondentką. Usłyszeliśmy jej niewyraźnie wystękane „halo”, bo nastawił telefon na „głośno mówiący” .

– Jak tam pucz? – wykrzyknął dramatycznie do słuchawki kierownik zagranicy.

– Jaki pucz? – spytała zaspanym głosem obudzona przez szefa Natasza.

Bohaterka anegdoty z czasem zrobiła karierę w dyplomacji RP na wschodzie.  Na jej usprawiedliwienie dodajmy że naprawdę niepozornie to wyglądało, bo gdy po Prospekcie Kalinina i autostradzie obwodowej toczyły się czołgi – w zaułkach Arbatu ludzie siedzieli sobie leniwie w kawiarnianych ogródkach. Puczyści zachowali się jak gang Olsena z pogodnej duńskiej komedii, nie odcięli nawet telefonów, przejęli władzę, ale nie wiedzieli co z nią zrobić. Jednak ofiara krwi trójki zabitych była autentyczna. Za jej sprawą w cztery miesiące później Związek Radziecki przestał istnieć, narodziła się nowa Rosja.

Jesienią następnego roku Rudolf Piechoja jako specjalny wysłannik prezydenta Jelcyna przywiózł do Polski archiwum katyńskie. Trudno było nie dostrzec w tym gestu dobrej woli wobec Polaków. Czeskie „Rude Pravo” zamówiło u mnie tekst o Katyniu, więc w mojej kolejnej redakcji, „Gazecie Wyborczej” dowcipkowałem w dziale publicystyki, że ponieważ o teksty prosiła mnie również „Trybuna” – do kompletu organizatorów dawnego kolarskiego Wyścigu Pokoju brakuje mi w cv wyłącznie współpracy z „Neues Deutschland”.  

W dekadę później następca Jelcyna, Władimir Putin uzna upadek Związku Radzieckiego – dla nas znak nadziei i nowego otwarcia – za największą katastrofę geopolityczną. Zaś u nas kult innej katastrofy – smoleńskiej przybierze kształt legendy, w której politycy partii dziś rządzącej obsadzą Rosję i jej polityków w roli, zarezerwowanej zwykle w klechdach dla złego smoka.     

Pamiętam niedawną dyskusję w studiu Polskiego Radia, kiedy zaproponowałem by na uczęszczanym przez rosyjskich turystów Trakcie Królewskim w Warszawie i na równie przez nich lubianych krakowskich Plantach postawić dwujęzyczne billboardy, zestawiające Katyń z licznymi miejscami męczeństwa Rosjan pomordowanych również przez NKWD, żeby pokazać, jak oba słowiańskie narody stawały się ofiarami tego samego systemu totalitarnego.

– Nie mogę tego słuchać – z gestem zakonnicy, której podsunięto ulotkę Biedronia odcięła się pryncypialnie od mojego pomysłu reprezentująca „Gazetę Polską” Dorota Kania. Przypomina się salon Mickiewiczowski: o takich rzeczach słuchać niebezpiecznie, a wyjść w środku powieści byłoby niegrzecznie. Po czym, jak z didaskaliów wynika, wypowiadający tę kwestię… wychodzi.                   

Wrogość polsko-rosyjska to jednak nie religia, choć mit smoleński czasem w tym duchu się interpretuje – to również znakomity biznes. Witold Modzelewski udowadnia, że beneficjenci niemieckich grantów zestawiając na jednej płaszczyźnie okupację radziecką i niemiecką oraz zbrodnie sowieckie w Polsce z hitlerowskimi, a nawet utrzymując, że radzieckie były gorsze, w istocie starają się wybielić przodków swoich dobrodziejów, za pieniądze znad Łaby i Szprewy relatywizując zbrodnie nazistowskie. Wielu polityków, publicystów i naukowców żyje z tego, że wrogość polsko-rosyjską podsyca. Wracamy do trawestacji formuły z „Samych swoich”: Putin to wróg, ale swój wróg. Fantom Rosji jako czarnego luda powraca. Interesy kręgów proniemieckich w Polsce – rozkładające się równomiernie na wszystkie partie polityczne – oraz „partii wojny” na Kremlu pozostają zbieżne, bo jedni i drudzy z pobudzania uprzedzeń czerpią codzienne profity. Im gorzej tym lepiej.

Niepoprawny spec od podatków karci dyplomatów

Dlatego świetnie, że ukazują się takie książki jak „Polska – Rosja. Rok 1919 – refleksje na minione stulecie” prof. Witolda Modzelewskiego, za nic mające sobie poprawność polityczną w wydaniu Springera czy Passauera, niemieckich koncernów zawiadujących polską prasą. Albo doktryny modne na katedrach Uniwersytetu Humboldta.

Znakomicie też, że odbywają się takie spotkania, jak listopadowe seminarium w podwarszawskim pałacyku na temat książki prof. Modzelewskiego, z udziałem m.in. wybitnego politologa prof. Stanisława Bielenia (PNP 24.PL ma zaszczyt zaliczać go do grona swoich autorów), który zaapelował tam o „zdrową partię pokoju”, a także rosyjskiego ambasadora Siergieja Andrejewa. Z pasją ale i wzajemnym szacunkiem dyskutowano, jak w stosunkach polsko-rosyjskich wyjść z zaklętego kręgu niemożności. Uczestnicy zgadzali się, że ograniczenie kontaktów kulturalnych z powodów politycznych odbywa się ze stratą dla obu narodów słowiańskich. Magdalena Ziętek-Wielomska wskazała, że należy do pierwszego od stuleci pokolenia, które nie zna języka rosyjskiego, ale  antyrosyjską propagandę – tak [1]. Sam Modzelewski nie ma wątpliwości: „Istotą współczesnej polityki zagranicznej Polski jest ostentacyjna wrogość wobec Rosji. Tu nie ma żadnych kompromisów – nie wolno wręcz wypowiedzieć się (myśleć?) pozytywnie o tym państwie, jego politykach, gospodarce lub nawet kulturze” – wskazuje w swojej książce, szóstej już na ten temat [2]   

Od momentu tamtej premiery dzieła profesora stosunki jeszcze się pogorszyły. W grudniu Władimir Putin zarzucił sanacyjnej Polsce udział  w rozbiorze Czechosłowacji (aneksja Zaolzia w 1938 r), uznając nas za sojusznika Adolfa Hitlera. Zaś ze styczniowych obchodów oświęcimskich w Jerozolimie Polska została faktycznie wykluczona, bo za sprawą nacisku rosyjskich oligarchów rolę mistrza ceremonii powierzono tam Putinowi, co dla naszych oficjeli oznaczało banicję. Dopiero teraz antrakt w uprawianiu konwencjonalnie pojmowanej polityki za sprawą epidemii koronawirusa dotykającej oba kraje sprzyjać może refleksji… nad jeśli nie resetem to przynajmniej obniżeniem napięcia.

Dlaczego postulat poprawy czy ściślej – racjonalizacji stosunków z Rosją stawia akurat prawnik, ekonomista i dawny wiceminister od podatków? A dlaczego nie, chciałoby się powiedzieć. Polscy biskupi, którzy ponad pół wieku temu podjęli w słynnym liście do Episkopatu Niemieckiej Republiki Federalnej „Przebaczamy i prosimy o wybaczenie” inicjatywę normalizacji stosunków między obu narodami w 20 lat po wojnie – również nie odpowiadali za politykę międzynarodową. A jednak pięć lat później kanclerz Willy Brandt uznał granice na Odrze i Nysie, a Bundestag to ratyfikował. Modzelewski ma jeden argument, którego brakuje jego oponentom: działa bezinteresownie, żyje z czego innego, schematy myślowe weryfikuje, a nie bezkrytycznie powtarza. Dla tamtych to biznes, a współwórca polskiego systemu podatkowego pozostaje również eseistą, myślicielem i poszukiwaczem prawdy, który nie wierzy w te objawione.   I szokuje przy tym. Świadomie, nie da się ukryć. Duch przekory nie jest mu obcy. Ale także empatia, jak wówczas, gdy apeluje, by zrozumieć sentyment Rosjan dla mogił i pomników 600 tys ich współobywateli, którzy na zawsze pozostali w polskiej ziemi, wypędzając z niej Niemców.

Książka dla ludzi o mocnych nerwach

Pasja polemiczna profesora dyktuje mu poglądy i formuły, kwestionujące autorytety: w Józefie Piłsudskim widzi Modzelewski realizatora polityki proniemieckiej, ma mu za złe rozejmy z bolszewikami (podobne stanowisko reprezentował Józef Mackiewicz), zaś za twórcę państwowości polskiej uznaje Ignacego Paderewskiego, bo gdy on został premierem uznały nas państwa zachodnie. Dlatego tytułowy rok 1919 okazuje się ważniejszy od 1918. Autor podkreśla zasługi Romana Dmowskiego dla powrotu Polski na mapę Europy. Co najbardziej kontrowersyjne, serio traktuje politykę wstawania z kolan, głoszoną przez obecną ekipę, chociaż równocześnie bezlitośnie piętnuje pospieszne nowelizowanie pod naciskiem międzynarodowym  ustawy, penalizującej pierwotnie przypisywanie nam odpowiedzialności za Holacaust jak również uległość w kwestii restytucji pożydowskiego mienia bezspadkowego. Oceny historii głosi ostre, czasem bezlitosne. Nie tylko dla Piłsudskiego.

„Na wiosnę 1920 roku rozpoczęła się jedna z najbardziej bezsensownych i wyjątkowo kosztownych naszych operacji wojskowych XX wieku, o skutkach porównywalnych tylko z Powstaniem Warszawskim. Idzie tu o tzw. wyprawę kijowską, czyli przegraną z kretesem agresywną kampanię, która wedle ostrożnych szacunków kosztowała nas około dwustu tysięcy zabitych. Skończyło się to nie tylko upokarzającą porażką geniusza niepodległości,  lecz czymś znacznie gorszym, bo na karkach uciekających w popłochu wojsk polskich wtargnęły na ziemie etnicznie polskie bolszewickie hordy i niewiele brakowało, aby zdobyły Warszawę.  Załamany tą klęską ówczesny Naczelnik Państwa i wódz naczelny podał się do dymisji. Wręczył ten akt premierowi Wincentemu Witosowi i dał mu wolną rękę co do jego ogłoszenia, a sam… udał się do swojej przyszłej żony w kluczowym momencie tzw. bitwy warszawskiej. Inny ważny polityk tamtej epoki – przywódca Narodowej Demokracji – szybko wyjechał do Poznania w celu stworzenia swojego rządu, w razie gdyby do Warszawy wkroczyli bolszewicy” [3].

Po co tak ostro – dowiemy się za chwilę. Modzelewski przypomni nam, że co do wyprawy kijowskiej, to „jej inicjatorem był oczywiście Józef Piłsudski, który chciał tą drogą stworzyć marionetkowy rząd niepodległej Ukrainy z prawie już zapomnianym atamanem Petlurą na czele. Ów figurant nie miał żadnego poparcia w swoim kraju, ale przecież wiadomo, że nasi nominaci zawsze reprezentują na Ukrainie prawdziwe siły niepodległościowe, w odróżnieniu od nominatów rosyjskich i bolszewickich, którzy są wyłącznie orędownikami ucisku i zależności” – pastwi się dalej Modzelewski [4].  

I dopiero parę stron dalej dowiemy się, po co. Czas na konkuzję: „(..) nasza współczesna polityka ukraińska jest równie niemądra jak ta sprzed stu lat. Czy dziś bierzemy pod uwagę, że obecne państwo ukraińskie zakończy swoją historię, bo jego obywatele będą mieli dość pomajdanowych rządów, czyli kolejnych wcieleń ludzi pokroju atamana Petlury” [5].

Jak wiadomo, nacjonaliści ukraińscy kolejnej generacji jakby z wdzięczności za pomoc im udzieloną zgodnie przez ekipy PiS i PO, dyskryminują polską mniejszość i gloryfikują Ukraińską Powstańczą Armię  – sprawczynię ludobójczej rzezi wołyńskiej i najlepszą sojuszniczkę Hitlera. Co więcej – po napisaniu tego ostatniego, całkiem prawdziwego zdania, autor tej skromnej recenzji nie powinien nawet po otwarciu granic jechać na Ukrainę, bo zwycięzcy euromajdanu, rewolucji jak pamiętamy demokratycznej i proeuropejskiej zdążyli uchwalić paragraf penalizujący krytykę UPA, obwarowując zakaz karą więzienia. Amerykanie, którzy wespół z Izraelem zmusili rząd PiS do pospiesznej i upokarzającej rejterady z pomysłu karania tych, co przypiszą Polakom odpowiedzialność za Holocaust, wcale za podobną wolnością słowa nad Dnieprem nie optują, bo Ukraina to wszak w terminologii niezapomnianego prof. Zbigniewa Brzezińskiego sworzeń geopolityczny, a Polska tylko geopolityczny węzeł [6]. To zasadnicze rozróżnienie.

Witolda Modzelewskiego pytania o Rosję

„Istotą współczesnej polityki zagranicznej Polski jest ostentacyjna wrogość wobec Rosji. Tu nie ma żadnych kompromisów – nie wolno wręcz wypowiedzieć się (myśleć?) pozytywnie o tym państwie, jego politykach, gospodarce lub nawet kulturze”.

Read more

Oby więcej takich książek. Warto się nad esejem Modzelewskiego pochylić nie tylko dlatego, że mamy na to więcej czasu, bo rzadziej wychodzimy z domów. Rosjanie również, pamiętajmy.  Dla obu narodów czas na refleksję.

Za tak rzetelny i udokumentowany pretekst do niej wypada autorowi podziękować, życząc mu, żeby zestawienie jego publicystycznej aktywności „na kierunku wschodnim” z wymienianym tu listem biskupów polskich do niemieckich z czasem stało się prawdą równie obiegową, jak te wszystkie, które profesor Modzelewski brawurowo prześwietla i kwestionuje. Czy się z nim zgadzamy czy nie, musimy przyznać, że czyni to z wielkim wdziękiem i znawstwem.      

Witold Modzelewski. Polska – Rosja. Rok 1919 – refleksje na minione stulecie. Instytut Studiów Podatkowych, Warszawa 2019                         

[1] por. Witolda Modzelewskiego pytania o Rosję. PNP 24.PL z 26 listopada 2019
[2] Witold Modzelewski. Polska – Rosja. Rok 1919 – refleksje na minione stulecie. Wyd. Instytut Studiów Podatkowych, Warszawa 2019, s. 23
[3] ibidem, s. 71
[4] ibidem, s. 72
[5] ibidem, s. 74
[6] por. Zbigniew Brzeziński.  Wielka szachownica. Politeja, Warszawa 1999

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 2

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna
Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here