Dawid Kubacki zdobywając mistrzostwo świata stał się kolejnym po Adamie Małyszu i Kamilu Stochu bohaterem wyobraźni zbiorowej. Sukces skoczków narciarskich stanowi efekt udanego połączenia tradycji, kibicowskiej ofiarności i zmysłu biznesowego wszystkich, którzy uznali ten niebezpieczny sport za okazję do promocji i zarobku.

Bardzo polski był ten konkurs nie tylko dlatego, że nasi rodacy zajęli w nim dwa pierwsze miejsca.

Prawie jak Somosierra

Kubacki po złoty medal szarżował z 27 miejsca po pierwszej serii, a Stoch po srebrny – z osiemnastego, co w gronie elity skoczków prawie nigdy się nie udaje. Warunki pozostawały krańcowo trudne, padał deszcz, a w koleinach, jakie od nart tworzą się na rozbiegu skoczni stała woda, co dla sportowców oznacza spore niebezpieczeństwo. W dodatku jeszcze – była to ostatnia licząca się konkurencja (miksta – wspólnie punktowanych skoków kobiet i mężczyzn, dopiero wprowadzonego do programu, nie traktuje się równie poważnie) mistrzostw… uznanych już przez komentatorów za przegrane, skoro wcześniej biało-czerwoni po wielu znakomitych latach tym razem ani jednego medalu nie zdobyli…

Po raz kolejny polscy sportowcy dali rodakom powód do dumy, w sytuacji gdy musimy się wstydzić za sterników rodzimej gospodarki i polityki. Podobnie w latach 50. triumfy bokserów z polskiej szkoły Feliksa Stamma, w latach 60 rekordy lekkoatletów z Wunderteamu i w dziesięcioleciu 1972-82 zwycięstwa piłkarzy Kazimierza Górskiego, Jacka Gmocha i Antoniego Piechniczka stanowiły dowód możliwości i talentów Polaków, które nie mogły się wówczas objawić w dziedzinach najnowszych technologii ani w życiu społecznym.

Modelarz, który zadziwił świat

Nikt zapewne nie jest w stanie ocenić na gorąco, ile dziś warta jest marka: Dawid Kubacki. Jednak podobnie jak wcześniej Małysz i Stoch – okazuje się on postacią niebanalną, alternatywą dla celebrytów znanych z tego, że są znani. Jego sukces da się zważyć i zmierzyć, bo nie wyznaczają go ikonografie na Instagramie z wakacji w Tajlandii czy nieco droższych na Mauritiusie. Nie tak małomówny jak Małysz, choć skromniejszy od Stocha – wydaje się typem oryginała. Nie tylko z powodu długich włosów, przypominających trochę fryzury piłkarzy Górskiego czy czerwonych portek, które zdarza mu się zakładać na całkiem oficjalne okazje. Zainteresowania ma trochę jak Piotruś Pan – ten 29-latek z poważnym życiowym dorobkiem pasjonuje się modelarstwem, ukochany egzemplarz skonstruowanego osobiście śmigłowca wozi ze sobą na zawody i w nielicznych wolnych chwilach puszcza go jak drona. Marzy o lataniu, którego iluzję dają mu skoki, chciałby zrobić licencję pilota. Nie wierzę, że rodakom nie spodoba się ta wersja romantyzmu ich nowego Mistrza. I jego oceny bardziej już przyziemne, jak obserwacja, że częste kłótnie z dziewczyną Martą – kierowniczką działu w sklepie odzieżowym i wieloletnią sportsmenką od szermierki – dają mu motywację do treningu. Do wielu przemówi fakt, że na sukces pracował długo i żmudnie, złoto zdobył dopiero w wieku, w którym skoczkowie zwykli się zastanawiać, czym zajmą się po zakończeniu kariery. Psycholog, z którym od niedawna pracuje Kubacki miał zapewne w jego zwycięstwie udział niewiele mniejszy niż treber Stefan Horngacher. Polacy już nowego mistrza pokochali za to, czego mu się udało dokonać w pamiętanym jeszcze z olimpiady w Innsbrucku austriackim Seefeld, teraz zapragnie go poznać cały świat. Bo wbrew temu, co utrzymywali hejterzy, którym przeszkadzała Małyszomania i trzy olimpijskie złota Stocha – skoki narciarskie nie są wcale sportem niszowym. A dla ich ogromnej widowni Kubacki to Polak, któremu się powiodło. Tak zostanie na długo.

Skoki narciarskie to również teatr, tyle że dla milionów przed telewizorami i tysięcy obserwatorów konkursów na samych skoczniach. To całe show. Wybitny dziennikarz i mój przyjaciel Dariusz Tuzimek zawsze chętnie przywołuje przykład Eddiego Edwardsa zwanego Orłem. Brytyjczyk w odróżnieniu od innych championów… skakał blisko, ale publiczność oklaskiwała go i uwielbiała na równi z mistrzami. Ale taki fenomen był tylko jeden. Inni – żeby zyskać uznanie – musieli bić rekordy i wygrywać. Pamiętamy oczywiście głośny i uroczy film o bobsleistach z Jamajki. Zwykle jednak w skokach i w ogóle sportach zimowych liczą się przedstawiciele najbogatszych krajów. Małysz przez lata rywalizował z Niemcami, Stocha w tegorocznym pucharze świata wyprzedził jedynie Japończyk Kobayashi. Zwykle w podziale medali w skokach uczestniczyli też Austriacy i Norwegowie. Obecność Polaków w tym gronie – to ostatnie dwie dekady. Co nie znaczy, że wcześniej nie mogliśmy się pochwalić wybitnymi postaciami. Tyle, że ci bohaterowie nie mieli szczęścia lub… dopisało im ono tylko raz.

Bohaterowie i przegrani

Wicemistrzem świata w Lahti w 1938 r. został Stanisław Marusarz. Już rok później, gdy zawody odbywały się w Zakopanem, naszpikowana agentami ekipa niemiecka więcej uwagi niż na skocznię zwracała na pobliskie obiekty wojskowe, a aparaty fotograficzne nie służyły gościom do zdjęć pamiątkowych. Wkrótce 25-letni w chwili wybuchu wojny Marusarz – to najlepszy wiek w tym sporcie – zamiast zdobywaniem medali zajął się konspiracją. Został bohaterskim kurierem tatrzańskim, kursującym wielokrotnie na trasie Zakopane -Budapeszt. Skok swojego życia oddał nie na zawodach, ale z okna celi śmierci więzienia Montelupich. Niemcy go potem nie dopadli, jednak po wojnie medali już nie zdobywał – zabrała mu najlepsze lata.

Wprawdzie jednym z gości zimowej olimpiady w Sapporo w 1972 r. był ostatni japoński żołnierz w drugiej wojnie światowej, odnaleziony parę miesięcy wcześniej w dżungli na wyspie Guam – ale o wojnie wtedy mało kto już pamiętał. Do końca za to nie było wiadomo, czy urodzony siedem lat po niej Wojciech Fortuna w ogóle poleci do Japonii, bo zdania trenerów i działaczy co do jego talentu pozostawały podzielone. Dano mu szansę, którą wykorzystał. Na skoczni Okurayama zaszokował wszystkich już pierwszym skokiem. Drugi zepsuł, ale… podobnie jak główni rywale. Dlatego na szyi dwudziestolatka z Zakopanego zawieszono pierwszy dla polskiego sportowca złoty medal zimowych igrzysk olimpijskich. Nigdy potem nie zbliżył się nawet do tego wyniku. Presję źle znosił, kiedyś rozeźlony utyskiwaniem dziennikarza, relacjonującego na żywo, że „Fortuna skoczył tylko sto metrów” podszedł do żurnalisty, pokazał mu górujący nad nimi groźny masyw zakopiańskiej Wielkiej Krokwi i poradził: – Wejdź na skocznię i skakaj sam. W zwykłym życiu też mu się nie wiodło, próbował wszystkiego, emigracji i zarabiania jako taksówkarz. Z czasem trafił nawet do aresztu pod zarzutem znęcania się nad konkubiną, wyszedł, gdy kaucję zapłacił nie znający go nawet osobiście biznesmen – wielbiciel jego dawnego talentu.

Stanisław Bobak, który w parę lat po złocie Fortuny stawał na podium prestiżowego Konkursu Czterech Skoczni – w kilkadziesiąt lat później żył z 400 złotych miesięcznej renty i wynajmowania pokojów turystom. Ci ostatni zwykle nie wiedzieli nawet, że ich gospodarz, ten dziwny małomówny gazda w latach 70 rywalizował jak równy z równym z najlepszymi skoczkami świata: Austriakiem Tonim Innauerem czy NRD-owcem Hansem-Georgiem Aschenbachem.

Efekt Małysza

Adam Małysz z kolei początki miał trudne, zastanawiał się nawet, czy nie dać sobie spokoju ze skokami i nie wrócić do wyuczonego zawodu dekarza. Już w nowej Polsce możliwe były jednak inne rozwiązania: wyjechał na zawody za uzbierane przez innych pieniądze. Okazały się jedną z najlepszych inwestycji. Dał kibicom niezapomniane chwile wzruszeń. Został mistrzem świata, wygrywał Turniej Czterech Skoczni, miał olimpijskie srebro i brąz. Publicznie demonstrowana prostoduszność – ze słynnym zdaniem, że chodzi o to, żeby oddać dwa dobre skoki – przyczyniła się jeszcze do wzrostu Małyszomanii, jak szybko zdefiniowano kult idola, objawiający się w rozmaitych formach: od zwyczaju wspólnego oglądania konkursów skoków w pubach i całego przemysłu gadżetów z mistrzem, a także mieszczących się w stylu życia wielu Polaków jako element obowiązkowy wycieczek do Zakopanego w terminie konkursu Pucharu Świata na Wielkiej Krokwi, przy czym uczestnicy tych pielgrzymek często zamiast marznąć w ostrym wietrze pod skocznią podziwiali konkurs na telebimie = po zabiegi polityków i tych, którzy im służą, by ogrzać się w blasku uwielbianego przez rodaków Adama. Znany dowcip o TVP z czasów prezesury Roberta Kwiatkowskiego głosił, że w relacji z konkursu na zakopiańskiej Wielkiej Krokwi głównym bohaterem był Aleksander Kwaśniewski, potem jego żona Jolanta, następnie sama autorka materiału dla Wiadomości i dopiero na czwartym miejscu Adam Małysz. Dziś, gdy śledzę twitterowe popisy rządzących – skłonny jestem uznać, że lepiej już, gdy Duda zajmuje się Kubackim niż korespondowaniem z internautkami o nickach Ruchadło Leśne bądź Karolina Wazelina. Wolę też Morawieckiego, rozprawiającego o kunszcie pana Dawida niż o milionie obiecanych przez premiera samochodów elektrycznych.

To nie politycy sprawili, że sukces Małysza nie okazał się odosobniony. Nie zawdzięczamy też tego dziennikarzom, których Mistrz szczerze nie znosi – kiedyś po powrocie z konkursu w Norwegii już na Okęciu oznajmił oczekującym go żurnalistom: – Dobrze się skakało, bo was tam nie było… Nic dodać, nic ująć. Uwielbiającym go rodakom Małysz też zresztą bezkrytycznie nie schlebiał. Gdy za zwycięstwo w Turnieju Czterech Skoczni dostał w nagrodę od organizatorów audi, zapowiedział, że samochodu do kraju nie sprowadzi, bo… od razu by go ukradli.

Na Małyszomanii nie skorzystali wyłącznie sprzedawcy pamiątek ani właściciele pubów, wystawiający w swoich lokalach tak modne w dobie transformacji ustrojowej telewizory z ogromnymi ekranami. Skoki nie mogą – z oczywistych względów – stać się dyscypliną masową. Jednak za sprawą zjawisk, związanych z kultem Adama Małysza – okazały się polskim sportem narodowym.

Oprócz zakopiańskiej Wielkiej Krokwi – również rodzinna Wisła Małysza stała się miejscem rozgrywania zawodów Pucharu Świata. Nowa piękna skocznia zbudowana tam od podstaw nosi imię Adama Małysza, chociaż zwyczajem Polaków nie jest nazywanie czegokolwiek na cześć osób żyjących: pierwszym wyjątkiem okazał się tu Papież, drugim – właśnie słynny skoczek. Masowo zaczęto też wznosić małe obiekty dla młodzieży, podobnie jak kiedyś budowano korty w reakcji na sukcesy Wojciecha Fibaka. Różnica jedna: Fibak nie doczekał się następców, Małysz – tak, przy czym bogactwo ich biografii zawiera w sobie całą socjologiczną panoramę współczesnej Polski. W odróżnieniu od pochodzącego ze skromnej rodziny Małysza, którego do uprawiania sportu motywował wujek-trener Jan Szturc, Kamil Stoch wywodzi się z klasy średniej, jego ojciec jest psychologiem, matka pracuje w zakopiańskim urzędzie miasta, a żona zajmuje się artystyczną fotografią. Z kolei Piotr Żyła pozuje na współczesny odpowiednik bohatera „Jak rozpętałem II wojnę światową” Franciszka Dolasa, choć proszony, żeby odpowiadał normalnie na pytania – stosuje się do tej sugestii, co dowodzi, że populistycznego dyskursu używa, bo lubi, a nie, że nie zna innego. W odróżnieniu od Ewy Bilan-Stoch – pierwsza małżonka Żyły Justyna zamiast robić zdjęcia woli sama być fotografowana, skoro na porzucenie przez męża zareagowała sesją dla „Playboya”. Nie rozprawialibyśmy o problemach ich wszystkich, gdyby efekt Małysza został zmarnowany. A został wykorzystany perfekcyjnie, ale wcale nie przez tych, którzy zawodowo zajmują się promocją Polski i biorą za to spore pieniądze. Jeśli ktoś nie wie, jak promować polski produkt czy polską markę niech przyjrzy się, jak się to udało ze skoczkami i się uczy…

Niezawodny target

Wielotysięczna ekipa kibiców, podróżująca za Małyszem na konkursy Pucharu Świata została już kilkanaście lat temu odczytana jako niezawodny target, zainteresowany wszystkim, co związane z Mistrzem. Adam Małysz połączył w sobie cechy swojego chłopa, self made mana i człowieka sukcesu – a ta kumulacja wyjątkowo odpowiada rodakom. Ściślej: dzięki dwóm pierwszym przymiotom zezwalają na to trzecie. Charakterystyczne, że chociaż następca Mistrza w sportowym sensie przewyższył – Stoch ma trzy olimpijskie złota, Małysz żadnego – to autor powiedzenia, że chodzi o to, żeby oddać dwa dobre skoki w sensie kulturowym pozostaje bezkonkurencyjny jako idol. Zapewne dlatego, że pochodzącemu z zamożnej rodziny Stochowi brakuje cech bohatera ludowego, więc dziś lukę tę uzupełnia – trochę niczym Sancho Pansa przy Don Kichocie – Piotr Żyła.

Wyłącznie Małysz mógł zapewnić w Harrachovie taki efekt, że w tej czeskiej miejscowości polscy skoczkowie czuli się jak u siebie – bo przyjezdnych z Polski było na trybunach więcej niż lokalnych kibiców. Wycieczki całe i turyści indywidualni wybierali się specjalnie obejrzeć dom Małysza. Małyszomania przełożyła się na stałe zainteresowanie skokami jako dyscypliną narodową, przyciągające reklamodawców, gotowych zapłacić spore pieniądze za banery wokół skoczni i telewizyjne spoty pomiędzy pierwszą a drugą serią. Zainteresowanie jednak nie wygasło wraz z końcem kariery Mistrza. Możliwa okazała się nawet Małyszomania bez Małysza. Jednak pozostaje charakterystyczne, że gdy Mistrz opuścił skocznie i zajął się rajdami – ludzi zupełnie przestało to obchodzić. Zamiast przerzucić się na Paryż – Dakar – skupili się na zmaganiach następców, Stocha, Żyły, Kubackiego. W ten sposób efekt Małysza stał się syndromem skoków narciarskich jako polskiego sportu narodowego. Zawsze miło, gdy można tego przymiotnika użyć w pozytywnym bez reszty znaczeniu w czasach, gdy w odniesieniu do telewizji i radni stał się synonimem zawłaszczenia i propagandy, co przywodzi trochę na myśl słynną frazę Juliana Tuwima z „Kwiatów Polskich”: lecz nade wszystko słowom naszym zmienionym chytrze przez krętaczy jedyność przywróć i prawdziwość. A dalej, jak pamiętamy, było o prawie i sprawiedliwości ale w rzeczywistym tych słów znaczeniu…

Najlepiej sprzedaje się ludzkie marzenia. Stroje narciarskie i obozy dla dzieci, pozwalające zobaczyć w nich przyszłych Małyszów czy Stochów – a od piątkowego wieczoru także Kubackich – regułę tę potwierdzają. Z drugiej strony żaden to humbug. Narciarscy mistrzowie wywiązali się z tej swoistej umowy społecznej, w odróżnieniu od piłkarzy Adama Nawałki, którzy pomimo natrętnego lansu bez walki przegrali ze słabymi reprezentacjami Kolumbii i Senegalu w trakcie Mundialu w Rosji. Skoczkowie mistrzami… być nie przestają. Z socjotechnicznego punktu widzenia – dają ludziom okazję, żeby być razem, co zgodnie już wykorzystują budowniczowie skoczni i sprzedawcy biało-czerwonych wuwuzeli, nakręcając zarazem koniunkturę dla następców.

Dawny target Małysza – dziś Stocha, jutro pewnie już bardziej Kubackiego – to wspólnota, której brakuje dziś w życiu publicznym.

Polacy cieszą się z sukcesów kolejnych mistrzów skoczni, bo wcześniej wielu ich rodaków umiało na nich zarobić. A lepszych ambasadorów dziś nie mamy, co warto przypominać w sytuacji, gdy postrzeganie Polski w świecie za sprawą ekipy rządzącej systematycznie się pogarsza. Zaś w tym sensie konkurs w Seefeld okazał się promocją wyjątkową – telewidzowie w serwisach sportowych zobaczyli Polaków utalentowanych i zwycięskich, a nie jak w programach informacyjnych skłóconych i osłabionych. Obejrzeli również, jak potrafimy się cieszyć, gdy wreszcie mamy z czego. I z tego powodu też naprawdę martwić się nie musimy.

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Łukasz Perzyna
Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here