Wykładnia marszałka Sejmu Szymona Hołowni, odnosząca się do legalności wyboru Karola Nawrockiego na prezydenta wydaje się jedyną spośród możliwych, która nie szkodzi państwu.
Umożliwi jego bezkolizyjne dalsze funkcjonowanie. Chociaż nie zapobiegnie sporom i wiele razy zostanie oprotestowana.
“(..) Zwołam Zgromadzenie Narodowe na 6 sierpnia na godz. 10.00. Po to, żeby umożliwić złożenie przysięgi przez wybranego 1 czerwca przez Polki i Polaków prezydenta Karola Nawrockiego” – oznajmił Hołownia na konferencji prasowej w Sejmie, którego pozostaje marszałkiem, w środę 2 lipca ok. godz 15.
Rzadko ostatnio słowa polityków zasługiwały na to, żeby je literalnie przytaczać. To jednak wyjątek potwierdzający regułę. Nad formułą wypowiedzianą przed Salą Kolumnową przez marszałka Sejmu pracował niewątpliwie uprzednio jego główny prawnik Stanisław Zakroczymski. Nie brzmi pięknie za to pozostaje przynajmniej jednoznaczna. Nie pozostawia pola do różnorodnych interpretacji, dzielenia włosa na czworo. Nie ostudzi też rozpalonych głów polityków.
Tyle, że nie o nich w tym wypadku chodzi. Na wybory poszło 21 milionów Polaków, niecały milion mniej niż na parlamentarne 15 października. Mieli prawo poznać ich rezultat. Ogłosiła go rano następnego dnia po głosowaniu Państwowa Komisja Wyborcza. I okazał się odmienny od nie mających prawnego znaczenia sondaży exit polls, przeprowadzonych wśród obywateli wychodzących z lokali wyborczych: po zamknięciu urn wspomniane oszacowania dawały wygraną Rafałowi Trzaskowskiemu. Zmieniło się to w nocy, gdy napływały oficjalne już rezultaty z kolejnych komisji wyborczych. Rankiem 2 czerwca znano już wszystkie. Zwyciężył w drugiej turze wyborów prezydenckich Karol Nawrocki, uzyskując poparcie 10,6 mln obywateli z przewagą prawie 370 tys głosów nad rywalem. Sygnalizowane później nieprawidłowości w oczywisty sposób nie sięgają tej liczby.
Marszałek powołał się na zasadę domniemania ważności wyborów. Z niej zaś wynika, że skoro potwierdziła ich rezultat Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych Sądu Najwyższego, to jej z kolei legalność nie ma znaczenia dla mocy tej decyzji. Inaczej byłoby, gdyby izba ważności wyborów nie uznała. Tylko wówczas – wobec wspomnianego już domniemania – miałoby znaczenie, czy izba została powołana w sposób wadliwy za rządów PiS i z grona neosędziów, jak podkreśla ówczesna opozycja a obecna władza na równi z instytucjami Unii Europejskiej.
Klamka zapadła. Marszałek nie uległ pokusie ani podszeptom, by Zgromadzenie Narodowe zwołać ale tylko po to, by jego obrady odroczyć. Nawrocki nie złożyłby w tym wariancie przysięgi. A wobec zakończenia drugiej i ostatniej kadencji Andrzeja Dudy obowiązki prezydenta przejąłby sam Hołownia. I podpisał to, co koalicja rządząca dostarczy mu na biurko w tym ustawy sądowe. Domyślać się tylko można, co działoby się później: tłumy na ulicach, tumult i zapewne akty przemocy.
Marszałek, chociaż sam nie ukrywa konfuzji, w jaką go wprawił wybór Nawrockiego, uchronił nas przed czymś nie tylko nieznanym ale być może najgorszym. Nie dowiemy się, czy miał rację. Ale lepiej tego nie sprawdzać, chciałoby się dodać.