Polski komisarz UE ds. rolnictwa będzie musiał pracować bez porównania lepiej od mistra Ardanowskiego, swojego krajowego odpowiednika, jeśli jego kadencja nie ma się stać tylko kolejną zmarnowaną przez ekipę PiS historyczną szansą.

Łukasz Perzyna

publicysta pnp24

Janusz Wojciechowski, chociaż nie wymieniano go wśród faworytów, za sprawą zbiegu okoliczności pokonał konkurentów z PiS w walce o nominację. Ale zanim rzeczywiście zostanie komisarzem Unii Europejskiej do spraw rolnictwa – czeka go ciężka przeprawa. Może się nawet okazać, że przy okazji przesłuchań kandydata reszta Europy pokaże Kaczyńskiemu miejsce w szeregu. Wtedy Wojciechowski stanowiska w ogóle nie obejmie, a partii pozostanie zgłosić kogoś innego.

Pozostaje też mieć nadzieję, że jeśli mu się jednak uda – lepiej zadba o dobro polskiego rolnika czy hodowcy oraz jakość życia mieszkańców wsi niż czyni to w kraju wywodzący się z tej samej formacji minister Jan Krzysztof Ardanowski.

Obecny, trochę niespodziewany kandydat rządu PiS na komisarza UE nie był nigdy ministrem rolnictwa. Za to krótko, niczym meteor pełnił funkcję prezesa Polskiego Stronnictwa Ludowego w latach 2004-5, pomiędzy bez porównania dłuższymi czasami przywództwa Jarosława Kalinowskiego i Waldemara Pawlaka. Rolę, jaką wówczas odegrał i okoliczności towarzyszące jego odejściu jednoznacznie charakteryzuje [1] były przewodniczący klubu parlamentarnego i dwukrotny minister środowiska Stanisław Żelichowski:

„Z jednej strony Premier Kaczyński proponował systematyczne zmniejszenie dopłat do rolnictwa i tworzenie za te pieniądze europejskiej armii, bo chłop lubi wojować, co widać i słychać (…). Nie mógł zafundować dobrej koniunktury w rolnictwie, to zafundował co kwartał innego ministra rolnictwa i z takimi osiągnięciami trudno jest się zmierzyć. Skoro nie można wygrać z PSL merytorycznie, próbowano nas rozsadzić od środka. Zaczęło się od tego, że lidera partii, czyli prezesa Janusza Wojciechowskiego i dwóch wiceliderów przeciągnęli na stronę PiS, licząc, że jak się zabierze przywództwo, to cała partia się rozsypie. I wtedy właśnie paru z nas pojechało do Pawlaka, który tkwił zupełnie na bocznym torze i namówiliśmy go, żeby stanął na czele. Bo jedynym zwornikiem PSL był wtedy Pawlak. Wszystko by się rozsypało, gdyby nie poszło tak, jak zaproponowaliśmy. W dzisiejszych czasach dużo łatwiej jest kierować się totalną demagogią, jak wskazać trudną drogę, która prowadzi do celu, jakim jest modernizacja polskiej wsi.”
Stanisław Żelichowski

W PSL do dziś pamiętają Wojciechowskiemu, jak próbował zapisać Stronnictwo do PiS. Ostatecznie sam się tam znalazł z grupą najbliższych współpracowników.

Kolejny paradoks: kandydatem na komisarza do spraw rolnictwa i rozwoju wsi zostaje dziś polityk, który przed kilkunastu laty okazał się pierwszym prezesem PSL… nie związanym z rolnictwem. Swoje gospodarstwa rodzinne mieli przecież poprzednicy: Roman Bartoszcze, Waldemar Pawlak i Jarosław Kalinowski. A Wojciechowski karierę jeszcze w ZSL zaczynał jako sędzia w Rawie Mazowieckiej i Skierniewicach.

I znów nieunikniona ironia: sędzią jest również teraz, w europejskim Trybunale Obrachunkowym z siedzibą w Luksemburgu, gdzie jako audytor wraz z innymi kontroluje wykonanie budżetu Unii. To typowa synekura, dla której zrzekł się mandatu w europarlamencie z listy PiS, pełnionego w latach 2004-16. Doświadczenie w pełnieniu stanowisk jednak ma spore, w latach 1995-2001 był prezesem Najwyższej Izby Kontroli, a 2001-4 wicemarszałkiem Sejmu.

Wyróżnia się otwartością wobec dziennikarzy: jako jeden z nielicznych czołowych polityków zawsze odbiera komórkę i pytany, przystaje w korytarzu. Pisuje też wiersze, wprawdzie pozbawione wartości literackiej, za to zawsze aktualne politycznie. W tej formie podjął nawet kiedyś polemikę z samym Danielem Olbrychskim. Czasem drwi się z jego wysokiego mniemania o sobie, ale teraz mu się ono przyda: ma zagrać rolę, co do której można się obawiać, by go nie przerosła. Przyszły komisarz wyłonił się bowiem z chaosu i plątaniny zbiegów okoliczności.

Niemka Ursula von der Leyen została przewodniczącą Komisji Europejskiej dzięki głosom eurodeputowanych PiS. Po jej wyborze przewidywano, że odwdzięczy się przyznaniem Polsce atrakcyjnej teki przy podziale stanowisk. Poprzednio polscy komisarze zawiadywali polityką regionalną (Danuta Huenber i Paweł Samecki), budżetem (Janusz Lewandowski oraz przejściowo Jacek Dominik), zaś ostatnio rynkiem wewnętrznym (Elżbieta Bieńkowska). Teraz PiS liczył na politykę regionalną lub infrastrukturę. Rolnictwo to dla niego rozczarowanie, dlatego wycofał się mocniejszy kandydat, prezydencki minister Krzysztof Szczerski. Okazuje się on zresztą wyjątkowym nawet jak na ekipę PiS nieudacznikiem, bo wcześniej ubiegał się o posadę zastępcy sekretarza generalnego NATO, którą zamiast niego objął Rumun Mircea Geoana.

Komisarze tworzą w Unii Europejskiej odpowiednik rządu. Regułą pozostaje, że każdy kraj członkowski ma w nim jednego przedstawiciela. Macierzysty rząd wskazuje kandydata. Potem przesłuchuje go przewodniczący Komisji oraz europarlamentarzyści. Nie wszyscy zgłoszeni zostaną jednak zaakceptowani. Eurodeputowani, żeby pokazać, że Parlament Europejski to nie fasada, zwykle blokują jedną kandydaturę. Poszkodowane w ten sposób państwo musi wtedy zgłosić następną. Innego wyboru nie ma. Pięć lat temu eurodeputowani odrzucili Słowenkę Alenę Bratuszek. Trudno im się dziwić, skoro jako premier… sama zgłosiła własną kandydaturę na komisarza UE. Problemy mieli też długo – ostatecznie zaakceptowani – przedstawiciele Hiszpanii Miguel Arias Canete (ubiegał się o tekę energii i klimatu, a w rodzinie ma nafciarzy), Wielkiej Brytanii (Jonathanowi Hillowi od finansów zaszkodziło, że wcześniej był lobbystą) a nawet Francji – bo socjalista Pierre Moskovici mógł zostać komisarzem od gospodarki i walut dopiero wówczas, gdy jego koledzy z tej samej frakcji przestali blokować obu wspomnianych kandydatów z prawicy. Trudności z wyborem dotknęły europejskich mocarzy, nie statystów.

Jeszcze zanim ogłoszono, że Polskę ma w Komisji Europejskiej reprezentować Wojciechowski – prognozowano, że wspomniany kłopot tym razem stanie się udziałem rządu PiS. Eurodeputowanym – niezależnie od powyborczych zobowiązań pani von der Leyen – trafia się niepowtarzalna okazja skarcenia ekipy Jarosława Kaczyńskiego za jej sprzeczną z demokratycznymi wartościami wspólnoty samowolę zwłaszcza wobec sądów i mediów a także ekologii (wycinka Puszczy Białowieskiej i obrona węgla).

Żadna władza w Polsce po 1989 r. nie cieszyła się równie nikłą sympatią Zachodu. Pokazała to dotkliwa porażka 1 do 27 w głosowaniu nad drugą kadencją Donalda Tuska jako prezydenta Europy, którego ochoczo poparł również premier Węgier Victor Orban. Pomimo późniejszych licznych ustępstw (m.in. co do szczegółów zmian w sądownictwie) ekipa PiS nie ma w Brukseli na co liczyć. Eurodeputowani spoza Polski nie zwykli wgapiać się w monitory z propagandową TVP Info, więc raczej desantem CBA i żurnalistów pokroju Kłeczka na samorządowy Inowrocław nie da się odwrócić ich uwagi od hejterskiego trądu w Ministerstwie Sprawiedliwości. W Brukseli i Strasburgu ekipy PiS zwyczajnie się nie znosi.

Saga o trollach, czyli Aleje Ujazdowskie rządzą jak potrafią

Teraz albo nigdy: skreślony z listy wyborczej Ziobro nie zdąży powołać konkurencyjnej siły, jego ludzie nie zbuntują się, a jeśli nawet – po prostu nie będzie ich w kolejnym Sejmie.

Read more

Przekonał się o tym już raz również sam Janusz Wojciechowski. Parlament Europejski w tajnym głosowaniu sprzeciwił się w 2016 r. jego kandydaturze do Trybunału Obrachunkowego. Pomimo to udało mu się objąć funkcję. Ale zapewne dobrze zapamiętał, co go spotkało. Jego szans nie zwiększa z pewnością dostępne w sieci nagranie, jak po dniu pracy samotnie wypoczywa w brukselskim barze, z którego wraca… niekoniecznie prostą drogą.

Nie da się nawet wykluczyć, że Wojciechowski – wywodzący się spoza „zakonu” czyli twardego aparatu PiS – świadomie wystawiany jest przez Kaczyńskiego na pożarcie. W tym wariancie polskim komisarzem ds. rolnictwa zostanie dopiero kolejny kandydat.

Paradoks polega na tym, że możliwość objęcia funkcji komisarza ds. rolnictwa i rozwoju wsi Polska zyskuje dopiero za rządów ekipy, prowadzącej we własnym kraju fatalną politykę w tej dziedzinie. Gdy po krytykowanym geodecie Krzysztofie Jurgielu kolejnym ministrem rolnictwa został Jan Ardanowski, niektórzy fachowcy spodziewali się, że prowadząc przez lata własne gospodarstwo – poprawi politykę w tej dziedzinie. Okazał się gorszy od poprzednika.

Minister rolnictwa, który zawiódł polską wieś

Gdy w Sejmie odrzucano wotum nieufności dla ministra rolnictwa, głosów za Ardanowskim oddano mniej, niż jego klub liczy posłów.

Read more

Polski rolnik daremnie oczekiwał dotychczas na należną mu pomoc w zwalczaniu skutków suszy czy choroby ASF, dziesiątkującej trzodę chlewną. Hodowca zagrożony był przez projekty ustaw, zezwalających pseudoekologom na wkraczanie do domów i gospodarstw pod nieobecność właściciela. Polski producent żywności nie zyskał wsparcia w walce z nieuczciwą konkurencją zagraniczną. W lutym br. Komitet Obrony Polskiego Rolnictwa i Hodowców Zwierząt zorganizował marsz na Sejm, podczas którego przewodniczący Dariusz Grabowski domagał się odejścia od polityki dyskryminacji wsi i podniesienia nakładów z budżetu na rolnictwo do 1,2 proc. Wezwał także do współdziałania rolników, przedsiębiorców i konsumentów.

Jednak Ardanowski zwalcza Ursus zamiast go wspierać, chociaż markę raz już udało się podnieść z upadku, a w polskich gospodarstwach wciąż pracuje 700 tys ciągników tej firmy. Co drugi traktor na naszych polach nosi znak firmowy Ursusa. Mimo to firmę odcięto od zamówień zagranicznych i kredytów.

Dlaczego polskie państwo niszczy Ursusa?

Nie ma wiadomości, która by bardziej ucieszyła. Firma Ursus „w cuglach” i bezapelacyjnie wygrała wielki przetarg na wyprodukowanie tysiąca autobusów elektrycznych w Polsce. Udowodniła tym samym, że nie tylko nie ma konkurentów w kraju, ale nikt w Europie nie może się z nią równać. Wypada zapytać: Polski Fundusz Rozwoju – z Panem Prezesem Pawłem Borysem […]

Read more

Polski komisarz UE ds. rolnictwa, czy zostanie nim Wojciechowski czy raczej kolejny kandydat – będzie więc musiał pracować bez porównania lepiej od swojego krajowego odpowiednika, jeśli jego kadencja nie ma się stać tylko kolejną zmarnowaną przez ekipę PiS historyczną szansą.

Jak sądzisz?

Rolnictwo w Komisji Europejskiej to dobry resort dla Polski?
  • dodaj swoją odpowiedź

[1] Wieś potrafi odróżnić ziarno od plew. Ze Stanisławem Żelichowskim rozmawia Łukasz Perzyna. Kwartalnik „InGreen” 2013 nr 4

Czytaj Łukasza Perzynę:

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 7

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here