Byłoby wielkim historycznym paradoksem, gdyby Jarosław Kaczyński okazał się bardziej zachłanny od generała Jaruzelskiego, który tworząc urząd rzecznika praw obywatelskich nie powołał tam towarzyszki Zofii Grzyb, tylko Ewę Łętowską. Z drugiej strony demokratom łatwiej byłoby wspierać Adama Bodnara, gdyby za przykładem zachodnich ombudsmanów bronił on pokrzywdzonych przez państwo – w tym przedsiębiorców – a nie tylko lansował się na modzie na LGBT. Spór o RPO i zakusy na skrócenie jego kadencji to objaw szerszego kryzysu: instytucje pomyślane jako apolityczne przestały nimi być. Dotyczy to najbardziej Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji ale także… Rzecznika Praw Dziecka. Ten ostatni bowiem jeśli mówi głupstwa to akurat takie, które podobają się rządzącym.

Łukasz Perzyna

Hiszpański odpowiednik naszego Rzecznika Praw Obywatelskich, którego urząd ustanowiono tam na fali demokratyzacji po śmierci generała Francisca Franco – w konstytucji nosi oficjalną nazwę obrońcy ludu. W Polsce historia rodzimego ombudsmana ułożyła się biegunowo odmiennie niż za Pirenejami, gdyż to właśnie dyktator i generał Wojciech Jaruzelski zażyczył sobie ustawy o RPO – nie dlatego oczywiście, że był demokratą, tylko ponieważ pragnął za takiego uchodzić. Pierwszy sekretarz nie wskazał jednak w 1988 r. na to stanowisko żadnej z wypróbowanych towarzyszek, tylko cieszącą się akademickim, a nie partyjnym, autorytetem Ewę Łętowską.

Genezę urzędu trzeba przypominać nie po to, żeby demaskować, że jest owocem złego drzewa. Warto dziś monitorować zachowanie Jarosława Kaczyńskiego, czy pomimo obecności w swoim najbliższym otoczeniu prokuratora stanu wojennego Stanisława Piotrowicza okaże się przynajmniej równie liberalny co późny Jaruzelski, czy ulegnie pokusie sięgnięcia po kolejne stanowisko, jedno z nielicznych nie przejętych jeszcze przez PiS.

Zajmujący je obecnie Adam Bodnar – żeby najłagodniej rzecz ująć – nie ułatwia zadania… swoim demokratycznym obrońcom. Absorbuje go bardziej medialny lans, a rzecznik powinien działać raczej w cieniu, jeśli ma skutecznie – jak w najbardziej demokratycznych krajach – chronić obywateli przed niesprawiedliwością, spotykającą ich ze strony władzy, urzędów podatkowych czy zwierzchników w pracy. Nie słychać specjalnie o interwencjach Bodnara w obronie dyskryminowanych i nękanych nieuzasadnionymi kontrolami przedsiębiorców, choć wielu z nich narzeka na sytuacje jak rodem z filmu Ryszarda Bugajskiego „Układ zamknięty” . Za to mniejszości seksualne zawsze mogą na niego liczyć, bo ich prawa to temat modny i wspierany przez medialny mainstream.

Gdy prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski przyjął kartę LGBT+, Bodnar zachęcał do tego włodarzy innych miast, choć nie taka jest jego rola. Za to krytyka traktowania domniemanego mordercy 10-letniej Kristiny przez policję po zatrzymaniu, która przysporzyła rzecznikowi najwięcej hejtu wydaje się zgodna tak z jego uprawnieniami, jak ze zdrowym rozsądkiem.

Warto się przyjrzeć, co dziać się będzie z Bodnarem i jego urzędem, niezależnie od sympatii dla rzecznika lub jej braku – bo pomysł skrócenia jego kadencji (kończącej się zresztą… już za rok) przez dogorywający już Sejm z pisowską większością to element szerszego politycznego pejzażu. A także rodzaj ustawki.

Narodowcy z Konfederacji odgrywają w tym wypadku rolę osobników, których Włodzimierz I. Lenin – skoro wcześniej była mowa o jego późnym uczniu Jaruzelskim – określił mianem pożytecznych idiotów. Nazwał tak zachodnich intelektualistów, skłonnych do popierania ZSRR, ale żyjących w demokracji. Posłowie Konfederacji zapowiedzieli zbieranie podpisów pod wnioskiem o odwołanie Bodnara, uzasadniając to sprzeniewierzeniem się ślubowaniu rzecznika. Tym samym dostarczają PiS komfortu, że nie jest to inicjatywa partii rządzącej.

Zapewne nic z tej usłużności nie będą mieli, PiS ich na listy nie weźmie. Ale z okazji skorzysta, zwłaszcza, że może to zrobić aż na dwa sposoby. Albo Bodnara się pozbędzie, zastępując go na rok przed upływem kadencji przedstawicielem własnego obozu – albo wprost przeciwnie, zademonstruje swoje umiarkowanie, utrącając inicjatywę Konfederacji. Ten drugi wariant zapowiada wypowiedź marszałka Senatu Stanisława Karczewskiego, że byłoby najlepiej, gdyby rzecznik kadencję dokończył.

Posła Roberta Winnickiego zapytałem, czy nie obawia się, że PiS przejmując ten urząd obsadzi w roli rzecznika kogoś gorszego z punktu widzenia Konfederacji niż sam Bodnar. Stwierdził, że gorzej już być nie może. Ciekawe, czy powtórzy to, jeśli PiS jednak Bodnara utrąci i powoła na jego następczynię Zofię Romaszewską, doradczynię prezydenta Andrzeja Dudy, którą środowiska radykalnej prawicy uznają za liberałkę i ukrytą zwolenniczkę KOD-u. A to wariant całkiem prawdopodobny, ponieważ gdy w 2015 r. poprzedni Sejm wybierał Bodnara, właśnie Romaszewska była jego kontrkandydatką. Podobnie jak pięć lat wcześniej, gdy większość wskazała Irenę Lipowicz.

W obserwacji gry politycznej nie powinno się jednak zagubić sensu istnienia urzędu ani jego powinności. Instytucja powstała w Szwecji, pierwszego ombudsmana powołał już w 1709 r. król Karol XII, ale od 1809 r. rzecznika wybierał już parlament. Kolejny urząd ombudsmana w 1919 r. powstał w Danii. Dziś rzeczników praw obywatelskich ma 110 państwa świata, w Europie wszystkie oprócz Białorusi, a także sama UE.

U nas po Łętowskiej sprawowały tę funkcję kolejne barwne postaci. Jej następca prof. Tadeusz Zieliński, dawny senator I kadencji z Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego, kandydował nawet na prezydenta. Słynna stała się jego kampania, bo gdy inni preferowali zgrabne spoty, rzecznik po prostu siadał w studiu w fotelu i przekonywał. Dała się też zapamiętać jego jaskrawo kanarkowa marynarka. Ostatecznie w wyborach zajął szóste miejsce, uzyskując niespełna 4 proc poparcia.

W roli rzecznika jego następcą został prof. Adam Zieliński, który wcześniej w 1989 r. przeszedł do historii jako jeden z dwóch kandydatów z listy krajowej PZPR i jej sojuszników, którzy nie zostali skreśleni przez większość wyborców jak 33 pozostałych (drugim był seksuolog Mikołaj Kozakiewicz). Pomimo partyjnego rodowodu – do sposobu pełnienia przez niego funkcji rzecznika nikt nie zgłaszał zastrzeżeń.

Jego następcą był prof. Andrzej Zoll, znany krakowski prawnik, którego też zachęcano do ubiegania się o prezydenturę, ale się nie zdecydował. Spory autorytet zyskał również Janusz Kochanowski, którego kadencję przerwał tragiczny lot do Smoleńska. Po nim funkcję objęła Irena Lipowicz. Bodnar jest siódmym w kolejności polskim ombudsmanem.

Charakterystyczne, że czterech pierwszych legitymowało się tytułami profesorskimi, troje następnych – już tylko doktoratem. Walka o przyszłość Bodnara, niezależnie od tego, czym się zakończy – pokazuje, że marzenia o apolitycznej instytucji rzecznika życie brutalnie zweryfikowało. Zacne skandynawskie wzory nie pomogły.

Podobnie jak fakt, że polską ustawę medialną kopiowano w części z najlepszej w świecie francuskiej, nie uchronił Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji przed postępującą erozją, aż stała się łupem polityków. W pierwszych składach KRRiT zasiadały osoby o imponujących kompetencjach medialnych jak reżyser słynnego filmu „W Solidarności” Bolesław Sulik lub z kręgu kultury jak poeta Lech Dymarski czy reżyser i dawny szef TVP Janusz Zaorski. W kolejnych – już Włodzimierz Czarzasty i Robert Kwiatkowski.

Z czasem radę – która miała strzec obiektywizmu i ładu w eterze – obsiedli partyjni nominaci, których dorobek nie jest powszechnie znany, teraz m.in. Witold Kołodziejski i Teresa Bochwic. Trudno więc się dziwić, że KRRiT oceniająca osławiony materiał Wiadomości TVP nadany po śmierci Prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza, w którym wszystkie przykłady politycznego hejtu dotyczyły opozycji – nie doszukała się w nim żadnej nieprawidłowości. Tym samym kolejna, w założeniu wolna od presji bieżącej polityki instytucja, ośmieszyła się ostatecznie.

Polityka wessała nawet urząd Rzecznika Praw Dziecka, który – jak mogłoby się wydawać – aż tak wielkich emocji nie budzi. Po kilku osobach, zainteresowanych głównie pracą i jej efektami, obsadzony w tej roli przez PiS Mikołaj Pawlak postanowił popisać się medialnie filozofowaniem, że klaps to nie przemoc i nostalgicznym wspominaniem, jak sam dostał lanie od ojca. Rzecznik Pawlak ma poczucie humoru nie tyle specyficzne, co zbieżne ze zmysłem satyrycznym tych, co go wybrali. Żeby było jeszcze zabawniej, nie tylko nie był pierwszym kandydatem na to stanowisko, ale jego wybór poprzedzono wyjątkowo długim konkursem piękności, w trakcie którego kandydaci rezygnowali albo z nich rezygnowano.

Daleki od polityki powinien być ze względów chyba oczywistych szef Komisji Nadzoru Finansowego – ale za rządów PiS znalazł się w samym jej centrum. Zanim Marek Chrzanowski stracił stanowisko przeszedł do historii za sprawą kupowania banków za złotówkę. I wkrótce trafił do aresztu.

Adam Glapiński wprawdzie wciąż zasiada w fotelu prezesa Narodowego Banku Polskiego, ale jego publiczne zachowania nie przysporzyły prestiżu tej funkcji, nie wzmocniły nimbu jej apolityczności, ani – jeśli z drugiej strony spojrzeć – nie dodały punktów PiS, który go tam obsadził. Dotyczy to zarówno wysokich pensji dyrektorek, jak odpowiedzi, której jego podwładni udzielili Dariuszowi Grabowskiemu i innym sygnatariuszom listu w sprawie upamiętnienia Powstania Warszawskiego przy placu o tej nazwie, gdzie mieści się NBP. Inicjatorzy dowiedzieli się, że to niemożliwe… bo planowany jest remont.

O warszawską Guernikę, apel do Adama Glapińskiego, prezesa NBP

Apel o uczczenie 100. Rocznicy Odzyskania Niepodległości przez Polskę i przypadającej w tym roku 75. Rocznicy Powstania Warszawskiego.

Read more

Za rządów PiS politycy biorą wszystko, sięgają również po funkcje i role, których apolityczność wydawała się już zagwarantowana. Ale kryzys wielu instytucji, których ta praktyka dotyczy, zaczął się dużo wcześniej. Dobre wzorce zagraniczne nie wystarczą, niezbędny wydaje się rodzaj umowy społecznej, gwarantującej swobodę pełnienia ról wolnych od bieżących presji. Dziś trudno z pamięci wymienić choćby jedną publiczną funkcję od nich wolną. Państwo stało się łupem, zdobyczą wraz ze wszystkimi swoimi instytucjami. Nawet takimi, które dają skromny tylko zakres władzy i prestiżu.

Czytaj teksty Łukasz Perzyny:

Czy Adam Bodnar, Rzecznik Praw Obywatelskich, powinien zostać odwołany?

Czytaj tekst Janusza Sanockiego o interwencji Adama Bodnara w sprawie policji:

Pozwólcie założyć mu krawat!

Jak się dokonuje aresztowania o 6 rano, to trudno, żeby delikwent czekał na policjantów ogolony i pod krawatem.

Read more

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen / 5. ilość głosów

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

PRZEZzdjęcie: Wikipedia
Łukasz Perzyna
Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

3 KOMENTARZE

  1. Sprawa popierania LGBT przez Bodnara jst drugorzędną wobec starań PiS o zastąpienie go gebelsowskim słupem dialektycznym systemu pasożytniczego psychofrenizmu preesimusa z nadbudową marksistowskiego typu judeikatolicyzmu pobermanowskiego.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here