Wypominają nauczycielom ich długie wakacje. Ale sami trudzą się raptem przez trzy dni w miesiącu.

Statystyki są nieubłagane: ta kadencja przejdzie do historii jako najmniej twórcza od chwili odrodzenia parlamentaryzmu. Gdyby Kaczyński był królem, zasłużyłby na przydomek Gnuśnego, którym dawniejsza historiografia krzywdząco obdarzała Mieszka II. Nazwiska obecnego marszałka dziejopisowie pewnie nie zapamiętają.

Kiedyś o drugiej w nocy, gdy obrady toczyły się w najlepsze, wszedłem do pokojów, zajmowanych przez współrządzącą Unię Wolności. W kadencji, kiedy uchwalano cztery wielkie reformy AWS (1997-2001) sejmowe prace o tej porze nie były niczym nadzwyczajnym. Lampy pod sufitem w klubie UW pozostawały wyłączone, ale moją uwagę przykuła dziwna poświata. Ruszyłem dalej. Iskrzył się tylko monitor komputera za uchylonymi drzwiami gabinetu przewodniczącego. Sekretarki dawno poszły do domu, ale Tadeusz Syryjczyk przebierał palcami po klawiaturze. Dawny minister przemysłu w rządzie Mazowieckiego nie był moim ulubionym politykiem, ale dogadaliśmy się błyskawicznie. Przeprosiłem, że przeszkadzam i w parę minut udzielił mi wypowiedzi, do której od rana mogli odnosić się inni liderzy koalicji rządzącej.

W tej samej kadencji spotkanie, dotyczące reformy wojewódzkiej, w gabinecie ówczesnego marszałka Macieja Płażyńskiego przeciągnęło się do trzeciej w nocy. Nikt nie uznawał tego za kuriozum, problem stanowiło raczej rychłe weto Aleksandra Kwaśniewskiego do ustawy, zakładającej utworzenie 15 województw. Całą parlamentarną procedurę trzeba było powtarzać i w wyniku kolejnego kompromisu – już z udziałem prezydenta – stolicą szesnastego województwa zostały Kielce.

Ostateczną wersję reformy samorządowej Sejm uchwalał w upalną czerwcową sobotę, a członek prezydium klubu AWS Edward Daszkiewicz narzekał, że z tego powodu ominie go występ chóru, w którym śpiewał. Gdy zginął dawny szef policji Marek Papała, przewodniczący największego klubu opozycyjnego Leszek Miller na wywiad na ten temat umówił się ze mną w Sejmie w inną letnią sobotę wcześnie rano, bo… tylko wtedy miał czas.

Z terminarza wybrańców narodu

Teraz Sejmowi zdarza się pracować przez trzy dni w miesiącu, jak w lutym (20-22) i marcu (13-15). Również na maj (15-17) i czerwiec (12-14) przewidziano po jednym trzydniowym posiedzeniu. Tylko w styczniu (16-17 i 30-31) wybrańcy narodu poświęcili na pracę cztery dni, w kwietniu zaś w sali obrad spędzą ich nawet pięć (3-4, 11-12 oraz 25).

Sprężą się jeszcze na krótko w lipcu (3-5 i 17-19), kiedy czeka ich sześć dni pracy, ale potem nadejdzie laba: prawie dwumiesięczna przerwa do 11 września, ostatniego trzydniowego posiedzenia w tej kadencji. Nie przeszkadza to posłom z rządzącego PiS wypominać nauczycielom ich długich wakacji, gdy odważyli się zastrajkować.

Widziano także posła, któremu średnia rosła

Zaś poseł ze swoim 7,6 tys zł co miesiąc na rękę zarabia przynajmniej trzy razy tyle co nauczyciel – i 2,2 średnie krajowe, podczas gdy w bogatej Francji deputowany pobiera 1,8 przeciętnego uposażenia pracownika. Dlatego niedawno proponowałem w pnp24.pl, żeby poseł zarabiał dokładnie średnią krajową: bo tylko wtedy będzie zainteresowany, żeby rosła.

Wynagrodzenie posła? Średnia krajowa

Działacze partyjni idą do polityki, żeby się dorobić – to zmora życia publicznego. Nie należy im tego ułatwiać. Poseł powinien zarabiać średnią pensję krajową. Dzięki temu będzie się starał, żeby rosła. Czyli po prostu żeby zwykli ludzie więcej zarabiali, Jeśli literalnie potraktować zasadę „jaka praca taka płaca” – obniżenie zarobków parlamentarzystów do polskiej średniej, w […]

Read more

Jeśli przyjąć zasadę jaka praca, taka płaca – to i tak bardzo dużo. Zaledwie 27 proc Polaków dobrze ocenia pracę Sejmu, podczas gdy 58 proc – negatywnie [1]. Nawet niektórzy zwolennicy PiS, dysponującego w obu izbach parlamentu samodzielną większością, są niezadowoleni z pracy posłów. Senatorów oceniamy niewiele lepiej: 28 proc z nas uznaje, że pracują dobrze, 45 proc – że źle [2].

Nie potrzeba demoskopii, żeby się przekonać, że parlamentarne korytarze pustoszeją zwykle długo przed godziną 16, kiedy to kończy się pracę w ministerstwach i urzędach. Do tej pory w Sejmie dotrwa zwykle tylko obsługa, którą obowiązuje prawo pracy. Gorzej ma straż marszałkowska, jej funkcjonariusze pracują na zmiany przez całą dobę, a już w czasach Ewy Kopacz żartowano, że zamiast podwyżki dostali… sztandar, z wielką pompą im wtedy przekazany. Zwykli pracownicy parlamentu skarżą się: – Ludzie myślą, że jak Sejm, to my 10 tysięcy zarabiamy. A ja na tyle muszę ponad trzy miesiące pracować…

Media ujmują się za sprzątaczkami z Senatu, trudzącymi się za 1630 złotych miesięcznie i odpoczywającymi w kanciapie bez okien. Parlament to dobre miejsce pracy, ale… wyłącznie dla posłów i senatorów.

Miesiąc pracy rocznie na czysto

Nie trzeba być ekspertem parlamentaryzmu ani prawa pracy, żeby ocenić, że 30 dni, jakie w tym roku posłowie spędzą w sali obrad – to nie dawka oszałamiająca.

Życie i tak wymusiło aktywizującą korektę, bo plany na ten rok zakładały tylko 27 dni obrad do końca kadencji [3]. Spytajmy przeciętnego majstra, czy miesiąc roboty w całym roku za ponad dwie średnie pensje to dużo czy mało… I czy dobry to interes czy kiepski. Zwłaszcza, że w sejmowe dni sala obrad w trakcie ważnych debat świeci pustkami. Wypełnia się tylko na głosowania. Dla wielu posłów praca w komisjach też okazuje się fikcją: podpisują listę i wychodzą.

Jak Unia Europejska zaganiała do roboty

Ile może marszałek w polityce, pokazał niedawno całemu światu spiker brytyjskiej Izby Gmin John Bercow. W debacie nad Brexitem udowodnił premier Teresie May, kto rządzi w gmachu Parlamentu. Powołując się na precedens z… 1604 r. odmówił przeprowadzenia ponownego głosowania nad scenariuszem autorstwa pani premier, póki nie zostanie on zmieniony. Nie miało znaczenia, że spiker – teraz zgodnie z brytyjską tradycją ponadpartyjny – wywodzi się z tej samej, co szefowa rządu Partii Konserwatywnej. Zasada, że nie głosuje się dwa razy nad tym samym okazała się ważniejsza.

Dawni marszałkowie Sejmu – jak Józef Zych czy Maciej Płażyński – uchodzili za mężów stanu, publicznie roztrząsano ich szanse w wyborach prezydenckich, choć ostatecznie nie wystartowali. Nazwiska obecnego – Marka Kuchcińskiego raczej nie zapamiętają historycy: panuje opinia, że pozostaje tylko wykonawcą woli „szeregowego posła” Jarosława Kaczyńskiego. Uchwalenie budżetu w Sali Kolumnowej zamiast plenarnej, gdy tę drugą okupowała opozycja, w dodatku bez wiarygodnego liczenia głosów – to za mało, żeby przejść do historii.

Najpracowitszy, jeśli wziąć pod uwagę statystyki, okazał się Sejm z lat 2001-5, kiedy uchwalano zmiany dostosowujące polskie prawo do regulacji Unii Europejskiej. Wykorzystano wtedy prawie 23 proc dni kadencji na obrady. W latach 1997-2001 – 22 proc. W obecnej kadencji będzie to ok. 19 proc. – wylicza po benedyktyńsku Bigdata.pl [4]. Wiele mówi również porównanie liczby dni obrad Sejmu z 2018 roku – ledwie 53 i z ostatniego pełnego roku kadencji poprzedniej, 2014: aż 73 [5].

Oceny społeczne Sejmu obecnej kadencji byłyby pewnie wyższe, gdyby w komfortowych warunkach wynikających z pewnej w każdym głosowaniu większości arytmetycznej rządzący uchwalali ustawy, zmieniające Polskę na lepsze. Tak się jednak nie stało. Zamiast nich mamy populistyczny marketing rozdawania obywatelom pieniędzy, które im się wcześniej zabrało pod postacią podatków. Nawet flagowe projekty PiS przechodzą przez parlament chaotycznie i w nerwicowym klimacie. Wielokrotnie nowelizowano ustawy sądowe w związku z zastrzeżeniami organizacji międzynarodowych – oraz pod presją zagranicy ustawę o Instytucie Pamięci Narodowej. Symbolem tej kadencji nie stanie się żadne dobre prawo, tylko wieczne swary parlamentarzystów. Po aptekarskim zmniejszeniu uposażeń – wciąż za 2,2 średniej krajowej miesięcznie.

[1] Badanie CBOS z 7-14 lutego 2019
[2] ibidem
[3] Fakt24 z 2 stycznia 2019
[4] Bartosz Chyż. Poseł nie pracuje. Sejm obecnej kadencji jest najbardziej leniwy po 1989. Bigdata.wyborcza.pl z 12 maja 2018
[5] Super Express z 20 marca 2019

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen / 5. ilość głosów

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Łukasz Perzyna
Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here