Wszystkie wykręty demokratów

0
616

Rządzący mają dziś kłopot nie z opozycją, która sama się ośmiesza pohukiwaniem posłów PiS nawet przy uchwalaniu budżetu (chociaż stanowi on dzieło rządu Mateusza Morawieckiego) czy nieudanymi okupacjami pomieszczeń mediów publicznych za poprzedniej władzy zwanych “narodowymi”. Głównym wyzwaniem dla “koalicji 15 października” pozostaje przekonanie wyborców, którzy tego dnia zagłosowali masowo jak nigdy wcześniej, że jej metody różnią się od pisowskich. A to wcale nie oczywiste.

“Wejście smoka” nowej władzy do TVP, Polskiego Radia i PAP nie zyskało poparcia co czwartego jej wyborcy [1]. To bardzo dużo, zważywszy, że każda ekipa obejmująca władzę w Polsce mogła dotychczas liczyć na rodzaj “miesiąca miodowego”, kiedy konflikty wprawdzie się ujawniały, ale nie rzutowały na nastroje społeczne. Wystarczy przypomnieć sięgające 82 proc społeczeństwa początkowe poparcie dla rządu Tadeusza Mazowieckiego, chociaż w historycznych wyborach z 4 czerwca 1989 r. uczestniczyło zaledwie 62 proc z nas, podczas gdy w niedawnych październikowych – aż 74 proc.

Pamiętamy, że postawienie na bezduszną reformę Leszka Balcerowicza pozbawioną osłon dla poszkodowanych (załóg wielkich zakładów pracy i ludności z PGR-ów) i sławetną “grubą kreskę” od której sam premier się potem odżegnywał słono go kosztowało. W półtora roku później Mazowiecki przegrał wybory prezydenckie nie tylko z laureatem Pokojowej Nagrody Nobla Lechem Wałęsą ale również z ekscentrycznym reemigrantem z Kanady Stanisławem Tymińskim (który najpierw w sondażach notował 1 proc poparcia, ale w wyborach już 23 proc, podczas gdy pierwszy po wojnie niekomunistyczny premier zaledwie osiemnaście), zaś publicyści głównego nurtu narzekali, że “społeczeństwo nie dorosło”. W domyśle: do demokracji i wolnych wyborów.

 Lekcja Buzka… w sam raz dla Tuska

Tym być może kieruje się Donald Tusk, biorąc na pierwszy ogień działania niepopularne jak przejęcie telewizji państwowej, a także prokuratury krajowej, co również wzbudza wątpliwości prawników. Ale też bezstronnych politologów jak prof. Antoni Dudek. Przypomina to nieco sposób rozumowania rządu Jerzego Buzka (chociaż autorem tej strategii okazał się bardziej lider AWS Marian Krzaklewski), który zaraz po wyborach zdecydował się na wprowadzenie wszystkich czterech wielkich reform równocześnie w nadziei, że ich korzystne następstwa społeczeństwo odczuje jeszcze przed kolejnymi wyborami. Tak się jednak nie stało. Z czterech reform nazwanych wielkimi powiodła się wyłącznie jedna – samorządowa.

Pozostałe wywołały chaos m.in. w szpitalach i szkołach. Kolejne wybory w 2001 r. okazały się więc jedynymi w nowoczesnych dziejach Europy, w których obywatele nie wpuścili do kolejnego Sejmu żadnego z dwóch ugrupowań rządzących przez poprzednie cztery lata: ani AWS ani Unii Wolności. Donald Tusk doskonale o tym pamięta, był wtedy z ramienia UW właśnie wicemarszałkiem Senatu, gdzie się nie przepracowywał, za to znalazł na czas szalupę ratunkową w postaci tworzącej się Platformy Obywatelskiej, zbudowanej na sukcesie Macieja Płażyńskiego (promotor reform i prawy człowiek, pierwszy w nowej Polsce przez całą czteroletnią kadencję sprawował urząd marszałka Sejmu) oraz Andrzeja Olechowskiego, który rok wcześniej pokonał w wyborach prezydenckich Mariana Krzaklewskiego chociaż przegrał z Aleksandrem Kwaśniewskim. Z czasem Tusk, z dorobkiem skromniejszym niż pozostali, pozbył się obu uzupełniających skład tercetu “tenorów” i sam został królem puszczy. Ale to zobowiązuje. 

Nowej władzy wypada życzyć powodzenia. Warto nawet dziś za Jackiem Żukowskim powtórzyć jego słynne “Tusku, musisz”. Powracają słowa, które kiedyś wypowiedział św. Paweł a po upływie dwóch tysiącleci dosłownie skopiował inicjujący głasnost i pierestrojkę Michaił Gorbaczow: jeśli nie my, to kto; skoro nie teraz, to kiedy. Nie da się też jednak zapomnieć, że zamiast zajazdu Bartłomieja Sienkiewicza na telewizję państwową ten sam Żakowski doradzał rządzącym raczej pozostawienie choćby jej drugiego programu ekipie pisowskiej dla zachowania pluralizmu światopoglądowego, odzwierciedlającego wynik wyborów z 15 października ub. r.

Władza wybiera jednak drogę na skróty i karkołomne niekiedy prawnicze uzasadnienia. Nie tyle wszystko co nie jest zabronione pozostaje dozwolone, lecz raczej moralne i uzasadnione okazuje się wszystko, co służy pognębieniu pozostałości pisowskiej ekipy. Fakt, że zwłaszcza w mediach państwowych, prokuraturze i Trybunale Konstytucyjnym pozostawała ona wyjątkowo odrażająca i skorumpowana nikogo nie rozgrzesza. Wyborcy kredytu na takie działania nikomu nie dali, nie przypadkiem po raz pierwszy od dwunastu lat nie oddając władzy w ręce jednego tylko ugrupowania, jak miało to miejsce w głosowaniach powszechnych z 2015 i 2019 r.

Niemiecka tradycja i ciotki rewolucji

Szukający alibi dla władzy mędrcy przywołują poglądy niemieckiego teoretyka prawa i wcześniejszego ministra sprawiedliwości Republiki Weimarskiej Gustava Radbrucha. Profesor ten utrzymywał, że normy prawne sprzeczne z prawem naturalnym z definicji są nieważne, po prostu nie istnieją. A twierdził to po upadku III Rzeszy. Z całym szacunkiem dla pamięci zmarłego w 1949 roku Radbrucha, który dla przywrócenia niemieckiego prawa obywatelom położył zasługi podobne jak Ludwig Erhard dla odbudowy gospodarki, co w parę lat pozwoliło na cud ekonomiczny w zgruzowanym przez alianckie bombowce kraju – porównanie nie ma racji bytu. Jak mówią Francuzi: comparaison n’est pas raison. Pozostaje nawet obraźliwe dla Polaków, również tych, co na PiS nie głosowali. 

Warto odbudowywać Polskę po ośmioleciu pustoszących ją na wyścigi z pandemią koronawirusa  rządów Jarosława Kaczyńskiego ale z Adolfem Hitlerem porównywać go nie wolno, bo uwłacza to nam wszystkim, skoro pozwalaliśmy mu rządzić. Swoją drogą zdumiewa szukanie wiecznie inspiracji przez publicystów w niemieckiej tradycji, skoro da się ją znaleźć raczej w bogatszej, jeśli o zasługi dla spuścizny demokratycznej spuściźnie francuskiej czy anglosaskiej. Domorośli myśliciele pisowscy szukali z kolei natchnienia u dawnego nazistowskiego teoretyka prawa Carla Schmitta głoszącego niechlubny prymat woli politycznej nad literą prawa. 

Nie od rzeczy przypomnieć, jak pojęcie woli politycznej wykpiwał mecenas Jan Olszewski, za którego rządów zaznaczył się pierwszy po zmianie ustrojowej wzrost gospodarczy, co stanowiło zasługę trafnie dobranej i wielobarwnej ekipy fachowców, która na to zapracowała. Ministrem finansów w “rządzie przełomu” – co nie okazało się w tym wypadku określeniem na kredyt – pozostawał wspomniany już Andrzej Olechowski, pracy Jerzy Kropiwnicki, zaś głównym doradcą gospodarczym Dariusz Grabowski. Nie jest to przeszłość aż tak odległa, pamiętajmy, że w tym właśnie gabinecie uczył się wielkiej polityki wiceminister obrony Radek Sikorski, już wtedy weteran wojny afgańskiej a obecnie u Tuska szef dyplomacji.

Carl Schmitt (członek NSDAP w latach 1933-45, a więc… wyłącznie w okresie, kiedy partia pozostawała o władzy) ze swoim cynizmem to ślepa uliczka, podobnie jak nie nauczy współczesnych interpretatorów prawa wiele Gustav Radbruch, wypisujący swoje recepty w odmiennej sytuacji niż nasza. Uczmy się lepiej do Francuzów czy Amerykanów a Niemców raczej zawstydzajmy, bo wciąż mamy za co, w sytuacji kiedy udzieliliśmy tak bezprzykładnej i masowej pomocy humanitarnej ukraińskim uchodźcom a u zachodnich sąsiadów powraca duch Rapallo. Ale przede wszystkim: nie warto popadać w histerię, wzniecaną przez ciotki rewolucji z TVN i “Gazety Wyborczej”.        

Dwubiegunowość to jednostka chorobowa

Nie żyjemy w stanie wyższej konieczności. Nie tak postrzega Polskę społeczeństwo. 15 października ludzie głosowali po to, żeby było normalnie. Nie na państwo stanu wyjątkowego z pewnością ani powszechnego chodzenia na skróty, uzasadnionego doraźnymi wykrętami. Przy czym alibi rządzącym próbują dziś stwarzać ci sami, którzy fatalnie im doradzali przed 15 października. Właśnie tego dnia obywatele w spektakularny sposób odrzucili koncepcję jedynej słusznej jednej wspólnej listy pod batutą Donalda Tuska, dając nadspodziewanie wysokie poparcie Trzeciej Drodze, której sama nazwa wystarczyła wielu za program, projekt i pomysł na Polskę. Niekoniecznie zagłosowali na nią zwolennicy rymowanki “PiS, PO, jedno zło” ani “symetryści” znienawidzeni przez redaktorów “Wyborczej” równie szczerze co przez ich tatusiów “rewizjoniści”. 

Wielu Polaków zmęczonych było dwubiegunowością, bardziej wykształceni wiedzą, że w psychiatrii jest to jednostka chorobowa i dali temu wyraz przy urnach.

Chciałoby się więc poradzić rządzącym: nie słuchajcie “Gazety Wyborczej” ani telewizji TVN. Zapytajcie o zdanie ekspertów. Zaproście ich do współpracy. Szuflady niezależnych ekonomistów, prawników i specjalistów od zarządzania nie są puste. Wypełniały się za patologicznych rządów PiS, kiedy wiadomo było, że z dobrymi projektami nie ma po co występować, skoro i tak nie zostaną wdrożone. A poza tym wstyd było proponować cokolwiek tamtej niemoralnej do imentu władzy, której symbolem arogancji stał się nowobogacki drugi ślub kościelny prezesa TVP Jacka Kurskiego w Łagiewnikach przez wielu katolików odbierany jako profanacja papieskiego miejsca.    

Odrażająca szpetota tego, co było, nie usprawiedliwia jednak wątpliwych moralnie czy prawnie działań, teraz podejmowanych. Wprost przeciwnie: wyborcy, głosując masowo 15 października ub. r.  – wysoko zawiesili poprzeczkę następcom pisowskiej władzy. Jeśli nie odczują, że ta nowa jest inna – stanie się jak z Mazowieckim i Buzkiem, których łączy to, że bardziej słuchali własnego otoczenia, niż głosu opinii publicznej.

Rządzący nie doceniają wyższych motywacji własnych wyborców. Nie wszyscy klaskali Tuskowi, gdy w Łodzi tuż przed październikowym głosowaniem zapowiadał: jesienią ich wykopiemy a na wiosnę posadzimy. Odmieniane we wszystkich przypadkach wysokie zarobki samozwańczego prezesa TVP Michała Adamczyka stanowią pewien argument ale to kwoty dla zwyczajnego Polaka i tak niewyobrażalne. Skuteczniej zapewne zadziała inny: przypomnienie, jak obecny “prezesik” Adamczyk znęcał się nad bliską mu osobą, a sąd to potwierdził. Bo też przy wszystkich swoich wadach “koalicja 15 października” nie postawiła jednak na czele przejętej TVP red. Tomasza Lisa za którym ciągną się podobnie obrzydliwe sprawy z krzywdą kobiet i współpracowników się łączące.

Nieprawda więc, że nowo rządzący postępują we wszystkim tak samo jak poprzednicy. Ale elektorat trzeba dopiero o tym przekonać, takie wilcze prawo demokracji, zaś dotychczasowe narracje okazują się nieskuteczne.  Znów doradzać więc można Tuskowi sięgnięcie po fachowców lepszych niż ci z Wiertniczej, gdzie mieści się TVN i Czerskiej, przy której z kolei siedzibę ma “Gazeta Wyborcza”.

W kontekście tej drugiej przypomnieć wypada zakończenie jej czołówki z piątku, zresztą optymistycznie zatytułowanej “Szarża Trybunału Przyłębskiej. To orzeczenie bez znaczenia”. Całkiem od euforii jego wielkich liter odbiegające. Ale nie uprzedzajmy faktów, jak mawiał niezapomniany sprawozdawca sportowy Jan Ciszewski.

“Nieoficjalnie słyszymy jednak, że w TVP analizują “czarne scenariusze”, np. taki, że sąd rejestrowy, po stoczeniu całej batalii sądowej, jednak wpisze do KRS Michała Adamczyka, powołanego na prezesa przez Radę Mediów Narodowych.

– Wtedy sytuacja prawna w spółce będzie jeszcze bardziej skomplikowana – mówi prawnik” [2].

Cóż za eufemizm, chciałoby się dodać. Ale odłóżmy żarty na bok i zostawmy przekaz “Wyborczej” stylistycznie może pokrętny ale zrozumiały, a to co w nim jest nie tak złożyć trzeba na karb nerwowości jej redaktorów przestraszonych zapowiadanymi tam na niemal dwustuosobową skalę (15 proc wszystkich zatrudnionych!) zwolnieniami grupowymi. Jeśli stanie się to, co anonimowy jurysta przewiduje, a wiadomośc o tym dotrze w trakcie programu TVN, gdzie Agata Adamek rozmawiać będzie z Donaldem Tuskiem, żurnalistka spyta zapewne ze swoją niepowtarzalną a przypisywaną niegdyś służbie folwarcznej bezradnością: – Że co?

Jak wtedy, kiedy Tusk, dopiero kandydat na premiera, oznajmił jej, nie wiedząc, że go nagrywają, iż powrót na Wiejską to dla niego “upiorna myśl”.

Łaski nie robi, też dobrze, żeby o tym wiedział. Ale jeśli chce zapisać w historii lepiej niż dotychczas (bo przecież w 2014 r. jego wycofanie się do Brukseli i przedłożenie europejskiej prezydentury nad polskie premierostwo ułatwiło PiS uzyskanie samodzielnej większości w późniejszych o rok wyborach i utrzymanie jej przez osiem lat) – niech pogada też czasem z tymi, co pytania potrafią zadawać sensowne i gramotne, a nie onomatopeiczne tylko, niczym w pańszczyźnianych czasach.

Szczycimy się przecież w Polsce efektami boomu edukacyjnego z ostatnich dekad, jednym z korzystnych następstw ustrojowej zmiany. Nie brak ludzi inteligentnych i mających coś do powiedzenia. Klakierzy zaś klaszczą tylko dopóki łapy im nie spuchną i kasa się nie skończy.

Donald Tusk doskonale o tym wie. Zapamiętałem jego przyjemne zaskoczenie, gdy po sromotnie przegranych wyborach w 1993 r, kiedy to jego rządzący jeszcze dwa lata wcześniej Kongres Liberalno-Demokratyczny nie wszedł nawet do kolejnego Sejmu – a ja przyjechałem z ekipą do biura KLD przy alejach Ujazdowskich, by go nagrać do głównych Wiadomości na 19,30. Nie da się ukryć, że większość kolegów z zespołu, w tym czołowi obecni chwalcy Tuska w roli premiera – mało sobie wtedy nóg nie połamała w skwapliwym pościgu za ówczesnymi zwycięzcami wyborów, nawet nie Aleksandrem Kwaśniewskim ani Waldemarem Pawlakiem, lecz politykami z drugiego szeregu: Zbigniewem Siemiątkowskim czy Aleksandrem Łuczakiem.       

W tej sytuacji obok aktualizowanego wciąż “Tusku, musisz” Jacka Żakowskiego przypomnieć wypada także formułę, jaką w powieści angielskiego pisarza Gilberta Keitha Chestertona “Człowiek, który był Czwartkiem” służący żegna swojego chlebodawcę, wyruszającego na wysoce podejrzaną nocną wyprawę:

– Niech Bóg Pana błogosławi, ale tylko w cnotliwych zamierzeniach. 

Chesterton, chociaż wspomniany cytat pochodzi sprzed niemal 120 lat pozostaje też autorem wciąż aktualnej koncepcji dostrzegającej w upowszechnianiu i ochronie własności, nawet drobnej, drogę do umocnienia i utrwalenia ustroju demokratycznego.

Nic dodać, nic ująć?

Z jedną jeszcze różnicą, jaką warto podkreślić. To minister, także ten pierwszy, szef rządu – pozostaje słowem pochodzącym od innego: “sługa”, o czym zwykł przypominać Gabriel Janowski, sam pełniący ministerialną funkcję i to w dwóch gabinetach. I to my pozostajemy chlebodawcami Donalda Tuska a nie odwrotnie.

[1] sondaż SW Research z 27-29 grudnia 2023

[2] Łukasz Woźnicki, Agnieszka Kublik. Szarża Trybunału Przyłębskiej. “Gazeta Wyborcza” z 19 stycznia 2024

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 14

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here