Maj obywateli, czyli kto płaci za cały ten cyrk

0
234

Udział Polaków w wyborach do Parlamentu Europejskiego, bardziej masowy niż kiedykolwiek, zaskoczył nawet socjologów i instytucje demoskopijne. Chcemy głosować, ważne, abyśmy mieli na kogo. Po majowej niedzieli na arenie zostały trzy formacje, to uboga oferta. Własnej reprezentacji nie mają wciąż przedsiębiorcy, którzy… cały ten cyrk z podatków finansują.

Łukasz Perzyna

Rekordowy jak na głosowanie do europarlamentu udział w wyborach – 45,68 proc na które zapracowała zwłaszcza inteligencka Warszawa (60 proc) nie dorównał wprawdzie średniemu poziomowi w Europie (51 proc), ani uczestnictwu wyborców niemieckich (61,4 proc), ale przewyższył frekwencję odnotowaną w Portugalii (30 proc) czy zamożnej Holandii (40 proc). Sam wynik zaś mocno przypomina rezultaty z Francji, gdzie populistyczne i anachroniczne Zgromadzenie Narodowe Marine Le Pen wyprzedziło Naprzód Republiko Emmanuela Macrona.

Wiele interpretacji – na przykład posłanki PO Marzeny Okły-Drewnowicz w programie Andrzeja Morozowskiego – sugerowało, że PiS lepiej zmobilizowało swój elektorat [1]. Skoro tak miałoby być, to gdzie te porywające opinię publiczną hasła i działania. Jak się wydaje, stało się inaczej: głosujący w Polsce zmuszeni byli wybierać spośród zgłoszonych im ofert, a te nie okazały się imponujące. Klasa polityczna nie zbudowała nowych list. Obywatele ze swoim niespodziewanie wzmożonym zainteresowaniem życiem publicznym znów okazali się aktywniejsi od kasty zawodowych polityków, dla której przedwyborczy czas okazał się zmarnowany.

Zadowolenie z niespodziewanie wysokiej frekwencji, niewątpliwie uzasadnione, nie zmienia jednak faktu, że po raz kolejny w polskich wyborach głosująca mniejszość rozstrzygnęła o losach pozostającej w domach większości. W tym sensie przebudzenie obywatelskie jeszcze się nie dokonało, trzeba na nie poczekać do jesieni. Wyborcy przeprowadzili za to selekcję tych propozycji, które już zdążono im przedstawić.

Papierowe tygrysy odchodzą

Przegrani wyzerowali się sami. Potwierdzają to ich histeryczne reakcje. Obrażanie przez Janusza Korwin-Mikkego polskich rolników przywodzi na myśl arogancję zaplecza Tadeusza Mazowieckiego, które po jego porażce ze Stanisławem Tymińskim i Lechem Wałęsą w pierwszej turze wyborów prezydenckich z całą powagą oznajmiało, że… społeczeństwo nie dorosło. Zamiast pluć na rolników Korwin powinien sobie przypomnieć, jak w kampanii optował za posłaniem do więzienia lidera strajkujących nauczycieli Sławomira Broniarza i zastanowić się, czy polityka wygadującego takie farmazony słusznie wyborcy skarcili. Konfederacja kończy swój byt na scenie politycznej, bo adresowała swoją ofertę do wszystkich i do nikogo. Z wyroku wyborców w niebyt odchodzi Paweł Kukiz ze swoim bezkształtnym ugrupowaniem, które przez cztery lata w Sejmie nie zapisało się niczym poza wspieraniem PiS w głosowaniach. Nie znam osobiście nikogo, kto żałowałby Korwina lub Kukiza. Biada zwyciężonym, bo zawiedli tych, co wiązali z nimi swoje nadzieje.

Po ostatniej majowej niedzieli na scenie pozostają trzy ugrupowania: skupione na własnych korzyściach PiS okazało się niezmiennie wulgarne w swoim publicznym przekazie. Przekonana o własnych racjach PO budowała swój komunikat w języku dla znacznej części elektoratu zwyczajnie niezrozumiałym i dodatkowo w tej kampanii obciążona została rażącymi dla umiarkowanej większości kulturowymi ekscesami części koalicjantów (incydenty z marszów protestu czy happeningi przed kuriami biskupimi i parafiami). Wyrosła nowa jakość w postaci Wiosny Roberta Biedronia, stanowiąca raczej kreację z dziedziny marketingu politycznego. Tylko tyle. A do zrobienia pozostaje wiele.

Przemyśl to sam

Demokracja w Polsce nie święci triumfów, ale przez ostatnie cztery lata przeżywa – za sprawą pazerności rządzącego PiS połykającego co się da, od sądownictwa po telewizję, poprzez spółki Skarbu Państwa – czas najtrudniejszy.

Z powyborczych ocen mocniej od analiz politologów brzmi formuła niezadowolonego z wyniku Jerzego Kryszaka, który nawiązując do słów zespołu Lombard zwraca się do szarego obywatela z protest-songiem: „Przemyśl to sam”. Podobnie jak po pamiętnych wyborach z 1989 r. Joanna Szczepkowska, oznajmiająca wtedy, że 4 czerwca skończył się w Polsce komunizm – ludzie kultury najszybciej znajdują wykładnię zmieniającej się sytuacji społecznej.

Oferta musi zostać poszerzona. Nawet Biedroń pokazał, że nie święci garnki lepią. Zamiast wydziwiać na cudaków z lewicy, zwolennicy wartości bardziej wypróbowanych muszą zmierzyć się z tęczową konkurencją. A nawet uczyć się od niej sztuki promocji, również w mediach społecznościowych i łatwości skrzykiwania się w sieci. Ludzi Biedronia do Strasburga i Brukseli zaprowadziły umiejętności w sferze public relations, bo przecież nie moda na lewicę, skoro wyborca bezlitośnie odrzucił Razem Adriana Zandberga, a zabiedzeni prekariusze na umowach śmieciowych, do których ta marka adresowała swój projekt woleli poprzeć PiS dla 500plus bądź PO-Koalicję Europejską, co pieniędzy wprawdzie nie rozdaje, za to zapewnia komfort poczucia przynależności do lepszego świata młodych i wykształconych z wielkich miast. Zamiast zostać drugim Kwaśniewskim, Zandberg okazał się Korwinem lewicy.

Wybory wygrał socjal. Rachunek przyjdzie jesienią

Kiełbasa wyborcza w postaci jednej jedynej trzynastej emerytury nie okazała się wielkiej jakości, chociaż wystarczyła PiS do wygranej w maju. Polscy seniorzy mogą jednak pozostać z poczuciem krzywdy, bo zasługują na więcej. Ich świadczenia nie są wysokie, bo liczy się je od pensji z przaśnych czasów PRL. Często za to biorąc kredyty i różne dobra w leasing, wspomagali jeszcze młodsze pokolenie, ponosząc realnie główne koszty transformacji ustrojowej. Każdy, kto zamierza objąć władzę po PiS będzie musiał pamiętać o ich potrzebach, których nie zaspokoi jednorazowy transfer kwoty 888 zł netto. Wiele wskazuje na to, że za rozbuchane rozdawnictwo PiS zapłaci polski emeryt w postaci pogarszającą się jakości publicznej służby zdrowia, a więc instytucji dla niego najważniejszej. Podobnie beneficjenci 500 plus przekonają się, że zmarnowanych na to świadczenie środków zabraknie polskiej szkole, ważniejszej dla przyszłości ich dzieci niż comiesięczny przelew na konto „pieniędzy, co się po prostu należą”, jeśli posłużyć się formułą zwyciężczyni tych wyborów Beaty Szydło.

Obudzi się jesienią Polska, która za to wszystko płaci: pracująca i płacąca podatki. Szpetota polskiej polityki przestanie stanowić argument, żeby się w nią nie angażować. Skoro nas łupią – zadbajmy o własne interesy. Ponieważ frekwencja wyborcza wzrasta, to jesienią pojawi się grupa, której nie wystarczą wyświechtane partyjne szyldy ani nawet celebrycki urok Biedronia i jego profesorek od równości genderowej. Przedsiębiorcy płacą za ekscesy rządzących, ich fundacje od hejtu i jednorazowe transfery socjalne, poprawiające wynik wyborczy. Mają jedyną szansę, żeby cały ten chaos ogarnąć, a w perspektywie nie tylko płacić, ale wreszcie wymagać i kontrolować.

Pojawienie się nowego wyborcy, z niespodziewanego frekwencyjnego bonusu, wymaga zbudowania nowej formacji, która jego oczekiwania zaspokoi. Odpowie na wyzwania, do podjęcia których niezdolna jest pasożytująca na podatniku partia rządząca i skupiona na czekaniu na lepsze czasy Platforma. Do tej pory brakowało potwierdzenia, że ludzie tego chcą. Majowy cud frekwencyjny wreszcie podsuwa ten nieodparty argument. Jesienią pojawi się albo partia polskiej pracy i polskiego interesu, albo jakaś kolejna szamańska kreacja speców do wizerunku, która na krótko zauroczy rozczarowanych klasą polityczną Polaków.

Komu zależy, niech nie czeka… Wzrost zainteresowania zwykłych Polaków wyborami nie potrwa wiecznie. Bilans musi się zgadzać, a rachunki trzeba płacić. Nawet emigracja, do tej pory stanowiąca wentyl dla rozczarowanych i niezadowolonych skończy się wraz z Brexitem. Ludzie nagle idą na głosowanie być może dlatego, że nie mają już dokąd uciec. Z kraju wyjeżdżało ostatnio na stałe 120 tys osób rocznie, teraz na liderach opinii spoczywa odpowiedzialność, żeby tutaj znaleźli oni pracę i życiowe szanse. Nie poradzą sobie z tym wyzwaniem baronowie istniejących partii i koalicji. Nowi wyborcy z czasem wymuszą zmianę stylu i języka polskiej polityki.

[1] TVN 24 z 28 maja 2019

Spokojnie, to nie referendum, czyli czego NIE oznaczają wyniki wyborów

Stary kawaler i bezbożnik Kaczyński jako obrońca wiary i rodziny pozostaje wiarygodny w równym stopniu, co dawny sekretarz POP PZPR Włodzimierz Cimoszewicz jako obrońca wolności i demokracji.

Read more

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 18

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Łukasz Perzyna
Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here