Antykorupcyjne partie afer

0
167

Zdumiewająca wielu obserwatorów nie tylko w kraju tolerancja dla co ciemniejszych epizodów z biogramu Karola Nawrockiego wzięła się nie tylko z przeświadczenia, że jego demokratyczny konkurent jeśli był lepszy, to niewiele: Rafał Trzaskowski pozwalał się fotografować z pedofilem a nawet  dał mu miejskie pieniądze na “działalność społeczną”, zaś jego przybocznego Włodzimierza Karpińskiego zza krat wyzwoliło przyjęcie mandatu europosła a nie uniewinnienie. Wprawdzie Nawrocki na pierwszej linii znajduje się od niedawna, ale popierającej go formacji stawiano tyle zarzutów korupcyjnej natury, że opinia publiczna… zdążyła się do nich przyzwyczaić. Stąd pozorny brak wrażliwości na kawalerkę, udział w kibolskich bójkach czy delegacji do Moskwy bez śladu w dokumentach. 

Obie formacje Jarosława Kaczyńskiego planowane jako partia władzy – nieudane Porozumienie Centrum (nie weszło do Sejmu w 1993 r. po uprzednim dwuletnim tam pobycie) oraz bardziej wydarzone Prawo i Sprawiedliwość (rządziło w sumie przez 10 lat: 2005-7 i 2015-23) – powstawały pod hasłami antykorupcyjnymi. Ale ich historia z wyjątkowym natężeniem obfituje w afery: od “Telegrafu” po mającą wciąż reperkusje wizową. Nie przeszkadza to jednak twardemu elektoratowi wyznawców, którzy przypisują je służbom specjalnym i nieżyczliwym mediom, zgodnie z reakcjami samego prezesa.

Wprawdzie najgłośniejsza z afer – Lwa Rywina, obciąża głównie postkomunistów z Sojuszu Lewicy Demokratycznej, natomiast na plakatach Unii Demokratycznej z hasłem “Po pierwsze gospodarka” dopisywano odręcznie “siódme: nie kradnij”, “aferałami” zaś przezywano działaczy Kongresu Liberalno-Demokratycznego, także PSL miało ministra Jacka Buchacza co miał stworzyć ze stratą dla państwa osławiony “trójkąt” od jego nazwiska nazwany, a Platforma aferę śmieciową Włodzimierza Karpińskiego – ale to jednak niedawne “Dwie wieże” za drugich rządów PiS wydają się przebijać je wszystkie, a przeświadczenia tego nie zmieniło nawet zdarzenie tak tragiczne jak śmierć wieloletniej sekretarki Kaczyńskiego Barbary Skrzypek, po tym jak na okoliczność tej właśnie sprawy przesłuchiwała ją bez obecności pełnomocnika prokurator Ewa Wrzosek. A poza tym tylko w ostatniej dekadzie odnotowaliśmy wyprowadzanie pieniędzy z Funduszu Sprawiedliwości na cele zupełnie z nią niezwiązane czy Willę Plus i aferę wizową, w trakcie której dokumenty, uprawniające do przyjazdu do Polski, sprzedawano w krajach Trzeciego Świata na straganach niedaleko polskich placówek dyplomatycznych. Jeśli więc Dwie Wieże przebijają inne to barwnością szczegółów: kopertą dla księdza, teraz już byłego i stratami austriackiego dewelopera Gerharda Birgfellnera, co żeby ją wypełnić, musiał biegać do banku.  A także faktem, że dawca “wziątku” to zięć kuzyna samego Kaczyńskiego, Jana Marii Tomaszewskiego, za prezesury Jacka Kurskiego próbującego zakulisowo rządzić w siedzibie TVP przy Woronicza.                 

Każda afera wzbudzać powinna jednoznaczny odruch potępienia, ale na szczególny zasługują te z czasów rządów PiS: respiratorowa, bo jej beneficjenci żerowali na tragedii pandemii koronawirusa oraz Funduszu Sprawiedliwości – bo w jej trakcie na partyjne cele roztrwoniono pieniądze, przeznaczone dla ofiar przestępstw.

Efekt oswojenia się z podobnym publicznym zgorszeniem, nawet podświadomego, z pewnością wpłynął na niezmiernie powściągliwe przyjęcie przez opinię, jeszcze zanim rozstrzygnęły się wybory, ustaleń raportu Najwyższej Izby Kontroli, w którym oceniając trzy lata prezesury Karola Nawrockiego w Instytucie Pamięci Narodowej, kontrolerzy zakwestionowali  sposób wydania 72 mln zł wskazujący na możliwe nadużycia lub niegospodarność. Od bezpłatnego zajmowania przez prezesa pokoju gościnnego wcześniej wynajmowanego na wolnym rynku, poprzez zlecenia dla znajomych za 1,2 mln zł na realizację projektu teatralnego dla dzieci o misiu Wojtku, po przekazy pieniężne dla zaprzyjaźnionego właściciela klubu bokserskiego.     

Nie każdy Polak na podobne informacje reaguje jak Daniel Olbrychski w studiu u Doroty Wysockiej-Schnepf. Nawet zapewniające, że im nie jest wszystko jedno środowiska Agory i “Gazety Wyborczej” wypromowały przecież niedawno komiksową postać Oburza, wcale bynajmniej nie sympatyczną. 

Jeśli ktoś ma pieniądze, to skądś je ma

Ceniony obecnie producent filmowy, a przedtem demaskator interesów Jarosława Kaczyńskiego z początków transformacji ustrojowej – Heathcliff Janusz Iwanowski Pineiro już w czasach młodości był barwną postacią. Jego ojciec Kubańczyk przebywał daleko, więc zastąpił mu go ojczym i znakomity aktor Krzysztof Kowalewski. A ponieważ pozostawał też przewodniczącym komisji zakładowej Solidarności w Teatrze Współczesnym, także jego protegowanemu nie wystarczyła – chociaż miał wtedy 25 dolarów kieszonkowego miesięcznie – przynależność do warszawskiej złotej młodzieży ani uroki życia z tym związane. Kiedy nastoletni Pineiro w stanie wojennym już podczas obowiązywania godziny milicyjnej przemykał z plecakiem pełnym bibuły – niefortunnie wyszedł zza bloku wprost na patrol. Kiedy milicjanci zażądali dokumentów, pokazał im kubański paszport i chociaż wychowany u nas i wykształcony w polskich szkołach – udał, że nie rozumie po polsku.

Funkcjonariusze zupełnie stracili rezon. Na szkoleniach opowiadano im przecież, że socjalistyczna i rządzona przez Fidela Castro Kuba pozostaje sojuszniczką PRL. Milicjanci więc do wypełnionego ulotkami i gazetkami podziemnymi plecaka nawet nie zajrzeli. Zamiast tego radiowozem odwieźli chłopaka we wskazane im na migi miejsce: do cioci-babci rzeczywistej czy przyszywanej, u której wtedy pomieszkiwał.  Na odchodnym pouczyli tylko starszą panią, że koniecznie musi cudzoziemcowi wytłumaczyć czym są stan wojenny i godzina milicyjna.

Z czasem jednak zniesiono nie tylko jedno i drugie, ale także ustrój socjalistyczny, któremu służyli. Zaś Janusz Pineiro, w nowej rzeczywistości odnoszący sukcesy jako młody biznesmen, nie porzucił zainteresowania polityką i postanowił obie aktywności połączyć. Szybko zawiódł się na Unii Polityki Realnej, którą kierował jego imiennik Korwin-Mikke. Z pełnym za to zrozumieniem spotkał się w Porozumieniu Centrum, założonym przez Jarosława Kaczyńskiego jako partia władzy.

Jak sam wspomina: “(..) byłem nieoficjalnym doradcą finansowym partii w praktyce samodzielnie rządzącej Polską, przez moje ręce przeszło mnóstwo (..) pozabilansowych pieniędzy, [Adamowi] Glapińskiemu dałem czterysta tysięcy dolarów, Jarek Kaczyński był u mnie na pensji – dziesięć tysięcy dolarów miesięcznie. Woziłem pieniądze ja, wozili moi pracownicy i wspólnicy (..). Bywało tak, że ten neseserek zawierał wyłącznie banknoty. Dolary, bo stare, zdewaluowane złotówki woziłem workami w bagażniku swojego BMW-850 (..). Najwięcej dał mi Grzegorz Żemek, dyrektor generalny FOZZ. Nawet się nie zastanawiałem, skąd te setki tysięcy i miliony dolarów mogą pochodzić, był to czas, kiedy nikt nie pytał o pochodzenie pieniędzy. Myślałem tylko, jakby je dobrze zainwestować, pomnożyć (..). Kupiłem buty i garnitur Glapińskiemu, dobrałem krawat i koszulę, żeby na stanowisku ministra wyglądał godnie. Temu dałem tyle pieniędzy, tamtemu tyle. Zapłaciłem za wynajęcie sali dla kongresu partyjnego, bo najpierw zwołano kongres, a dopiero potem zaczęto poszukiwać pieniędzy na pokrycie rachunków” [1]. FOZZ o którym tu mowa powołany został jeszcze za rządów komunistów w 1985 r. w celu nielegalnego – bo międzynarodowe prawo finansowe takich praktyk zabrania – wykupu długów, zaciągniętych przez poprzednie władze PRL. Sprawa Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego nazywana bywa matką wszystkich afer, chociaż na to miano podobnie zasługuje los spółki Telegraf.                    

Znane powiedzenie Jarosława Kaczyńskiego głosi, że jeśli ktoś ma pieniądze, to skądś je ma. Jak ocenia Jan Hartman w “Polityce”: “Założona w 1990 r. spółka Telegraf, w której pierwsze skrzypce grali bracia Kaczyńscy, była przepompownią publicznych pieniędzy do ich nowej partii o nazwie Porozumienie Centrum. Taki był pomysł na gotówkę” [2]. Prezesem Telegrafu był Maciej Zalewski a po nim Marcin Oblicki, we władzach spółki Telegraf zasiadali m.in. Lech i Jarosław Kaczyńscy, Krzysztof Czabański i Andrzej Urbański. Zajmować się miała rozmaitą działalnością: od stacji benzynowych po wydawanie tygodnika. Planowano nawet powołanie własnej telewizji, o co zabiegał Glapiński licząc na kapitał z Włoch.

Nieco bardziej realistycznie cele firmy scharakteryzowała Anna Bikont: “Jak kiedyś Inco budowało potęgę gospodarczą PAX-u, tak spółka Telegraf pomnażając prywatno-partyjne pieniądze miała wspierać finansowo Porozumienie Centrum, które zamierzało być partią rządzącą przez długie, tłuste lata. Na przełomie 1990 i 91 roku do malutkiej partyjnej spółki poważne firmy, w tym też państwowe, wpompowały kilka milionów dolarów” [3].

Łożyły na Telegraf m.in. Bank Przemysłowo-Handlowy w Krakowie, za co potem odwołano z jego prezesury Janusza Quandta oraz centrala handlu zagranicznego Budimex Grzegorza Tuderka, w jednym i drugim wypadku bez prawa głosu we władzach spółki, co oznaczało praktycznie z ich strony dotację, a także Metalexport.

Biograf Jarosława Kaczyńskiego, Michał Krzymowski, tak postrzega aferę Telegrafu: “Kapitał spółki rośnie, ale struktura właścicielska mętnieje, a we władzach tasują się kolejne nazwiska. 

Zamiast zakładać media, Telegraf idzie w niejasne biznesy. Inwestuje w zakłady mięsne, budki kioskowe, kupuje ciężarówki z coca-colą i adidasami. Prasa pisze, że pod siedzibę zajeżdżają pierwsi polscy biznesmeni: mercedesami, w mokasynach i białych skarpetach. Pożyczają od Telegrafu duże sumy na wysoki procent – np. na zakup szampana w Rosji – ale ich potem nie oddają. Kapitał się rozchodzi. Padają sugestie, że spółka od początku była pomyślana jako sposób na wydojenie czerwonych i rozpuszczenie pieniędzy. Sekretarka Zofia Swoczyna pamięta, że gdy Telegraf powstaje, nagle niektórym działaczom zaczyna się powodzić. Przed biurem parkują luksusowe auta, pojawiają się drogie ciuchy, cygara” [4].   

Prezes Telegrafu Maciej Zalewski został po wielu latach skazany na więzienie i odsiedział na Służewcu wyrok za sprzeniewierzenie funduszy spółki ART-B oraz ostrzeżenie przed aresztowaniem – skuteczne, bo obaj uciekli za granicę – jej właścicieli Andrzeja Gąsiorowskiego i Bogusława Bagsika. W opinii wielu osób, pamiętających go z lat 80. jako ofiarnego działacza podziemia – a wiem, co piszę, bo byłem jego studentem na polonistyce warszawskiej – Zalewski, sam oczywiście nie bez skazy stał się kozłem ofiarnym afery, w której w znacznej mierze wykonywał polecenia innych. Za kraty, choć nie na długo, trafił też Bagsik, kiedy nieopatrznie zatrzymał się w Szwajcarii związanej umową ekstradycyjną z Polską i do ojczyzny powrócił w kajdankach. Jego jednak nikt nie żałuje, zwłaszcza, że po wyjściu starał się odgrywać rolę celebryty (ostentacyjny związek z prezenterką z TVP, wcześniej z kolei kochanką ówczesnego dyrektora Wiadomości). Całkowicie poza zasięgiem polskiej sprawiedliwości pozostaje natomiast zamieszkały w Izraelu Gąsiorowski. 

Ich metoda zwana oscylatorem wykorzystywała mankament polskiego systemu finansowego: przelewy księgowano tak powoli, że pozwalało to wiele razy obracać tymi samymi sumami. Oczywiście Bagsik z Gąsiorowskim niechybnie posługiwaliby się nielegalnym oscylatorem również bez kontaktów z politykami PC, jednak nie da się zaprzeczyć, że je mieli – podobnie jak ambicje z nimi związane. 

Gdy Porozumienie Centrum znajdowało się u szczytu potęgi, latem 1991 r. do Jarosława Kaczyńskiego, wówczas szefa Kancelarii Prezydenta Lecha Wałęsy, zgłasza się pracownik tejże kancelarii ale podległy bezpośrednio innemu jej ministrowi Sławomirowi Siwkowi, podwładnemu prezesa w PC. I proponuje za wysunięcie przez Porozumienie Centrum kandydatury Bogusława Bagsika do Senatu z województwa bielskiego (sam Kaczyński, który temu nie zaprzeczy, mylnie podaje: bielsko-bialskiego, chociaż jako absolwent wydziału prawa i administracji z doktoratem powinien wiedzieć, że takie województwo nigdy nie istniało) – przekazanie 40 miliardów złotych na kampanię wyborczą. Jednak kiedy się ona rozpocznie, Bagsik nie przebywa już w kraju, z powodów, o których wcześniej była mowa. Zaś sam Kaczyński odejdzie z kancelarii, bo przegra rywalizację o funkcję głównego kapciowego Wałęsy z wieloletnim kierowcą pokojowego noblisty Mieczysławem Wachowskim. Jesienią 1991 r. do Sejmu PC jeszcze wejdzie, chociaż wprowadzi tam mniej posłów – niewiele ponad czterdziestu – niż Unia Demokratyczna, Sojusz Lewicy Demokratycznej czy Konfederacja Polski Niepodległej, jako jedyna z tej trójki w afery nie uwikłana, bo nigdy nie rządziła. Radykalnie rozliczą wyborcy Porozumienie Centrum za aferę Telegrafu dopiero w wyborach z 1993 r, kiedy to nie wpuszczą już do kolejnego Sejmu ani jednego posła z wymarzonej partii władzy Jarosława Kaczyńskiego. 

Balon pęknie jednak dużo wcześniej, bo nie da się ukrywać w nieskończoność, że nie tylko żadna telewizja ani nawet pismo nie powstanie, bo środki dawno przejedzono.

Nie ukazał się ani jeden numer “Telegrafu”. Chociaż plany wydawały się ambitne. A pracę tam proponowano m.in. Krzysztofowi Leskiemu, wybitnemu reporterowi od polityki i pierwszemu polskiemu dziennikarzowi, który w trakcie konferencji prasowych notatki prowadził w laptopie zamiast w zeszycie czy starym kalendarzu, znanemu przy tym z wielkiej osobistej prawości. Takich ludzi jednak PC wtedy nie potrzebuje, wokół Kaczyńskiego pląsają już usłużnie Jacek Kurski i Piotr Semka, późniejsi autorzy “Lewego czerwcowego”, co miał być demaskatorski a zaległ na długie lata w przecenach.

Zbiegiem okoliczności aferę Telegrafu media ujawniają akurat w momencie, kiedy latem 1991 r. Jarosław Kaczyński zwołuje do Audytorium Maximum Uniwersytetu Warszawskiego kilkuset działaczy na zaplanowaną z ogromnym zadęciem “konferencję antykorupcyjną”. Bo też korupcja nie stanowi wymysłu populistów, lecz nie przezwyciężoną do dzisiaj bolączkę transformacji ustrojowej, drenującą gospodarkę i państwo. W chwili, gdy Kaczyński przemawia do swoich w Audi-Maxie, w kraju trwa proces transferu majątku narodowego, związany z przejmowaniem często za bezcen dotychczas państwowych zakładów i zamykaniem fabryk nawet z rozwojowych jak elektronika czy motoryzacja branż. Najpełniejszy raport o tej wyprzedaży przedstawia po latach niezależny ekonomista Ryszard Ślązak (“Samozagłada polskiej gospodarki” 1989-2016″) [5]. Za to postawę wielu polityków wobec korupcyjnych zjawisk najtrafniej oddaje porównanie z taktyką praskich doliniarzy, którzy trzymając już we własnej kieszeni portfel pasażera drą się na cały tramwaj: łapaj złodzieja…                  

Łowca afer finansowany przez kapusia, co za oficera prowadzącego miał druha radzieckiego agenta

Z aferami niby przez całą swoją polityczną aktywność walczył Antoni Macierewicz, tropiąc je również tam, gdzie inni ich nie dostrzegali. Z różnym skutkiem. Kiedyś w latach 90. zaprosił na konferencję, w trakcie której miał ujawnić korupcję na wielką skalę. W redakcji Wiadomości TVP Marzena Paczuska, późniejsza ich szefowa (została nią, gdy władzę przejęło PiS) biegała podekscytowana po rondzie, jak nazywano tamtejszy półokrągły korytarz. Zgasiłem ją stwierdzeniem, że pojadę i sprawdzę, bo to ja zajmowałem się partiami prawicy. W trakcie szumnie reklamowanej konferencji Macierewicz pokazał dziennikarzom kserokopię artykułu ze starej “Gazety Polskiej” sprzed pół roku. O jakiejś aferze.

Poważniejszy okazywał się jednak, gdy chodziło o jego własne interesy. Przez lata wiele działań Macierewicza (jak spółka Amarant) i pismo przez niego wydawane (“Głos”) sponsorował Robert Luśnia. Ten ostatni jako poseł Ligi Polskich Rodzin poddany został po zdobyciu w 2001 r. mandatu z Ligi Polskich Rodzin obowiązkowej już wtedy lustracji poselskiej. Wtedy okazało się, że Luśnia był w latach 80. tajnym i płatnym współpracownikiem komunistycznej służby bezpieczeństwa, zaś rolę jego oficera prowadzącego wypełniał Józef Nadworski. Nie on jednak zasługuje w tej ponurej historii (Luśnia wydawał tajne drukarnie i donosił na osiemnastoletniego harcerza) na największe zainteresowanie. Warto oddać głos demaskatorowi rozlicznych interesów Macierewicza, pisarzowi Tomaszowi Piątkowi, specjaliście od “niebezpiecznych związków” wciąż aktualnego zastępcy J. Kaczyńskiego w partii:

“Marek Zieliński był kolegą Nadworskiego z SB. Pracował w jednostce o bardziej elitarnym charakterze, niż ta, w której działał Nadworski – w Zespole Analiz. Ale obaj blisko ze sobą współpracowali przy zwalczaniu Ruchu Młodej Polski (gdzie tkwił Luśnia). 

Wspólnie wydali też pracę naukową z dziedziny socjologii, poświęconą “młodej opozycji”.

Po upadku komunizmu zostali wspólnikami biznesowymi. Mieli razem agencję ochrony Dakota. Z niektórych wypowiedzi Nadworskiego wynika, że współdziałali też w branży drukarsko-wydawniczej. 

Dwaj esbecy do dziś są sąsiadami. Mieszkają w tym samym warszawskim bloku, na tej samej klatce schodowej, na tym samym piętrze.

Ale Zieliński – kolega ze służby, wspólnik biznesowy, sąsiad i współpracownik naukowy Nadworskiego – był kimś więcej, niż tylko wybitnym esbekiem. W latach 1981-1993 Marek Zieliński był najważniejszym sowieckim, a potem rosyjskim szpiegiem w Polsce.

Bez wiedzy swoich szefów z SB pracował dla wojskowego wywiadu GRU (..). Zieliński najpóźniej od 1981 r. donosił “radzieckim towarzyszom”  na opozycję i kolegów z SB. Był świadomym i przedsiębiorczym członkiem sowieckiej siatki. Pracował, by ją rozszerzyć, typując kolejnych Polaków do zwerbowania (..). Nadworski powiedział, że to on poznał Zielińskiego z jego sowieckim oficerem prowadzącym (..)” [6].     

W cztery lata po zmianie ustrojowej Zieliński zostanie zatrzymany na gorącym uczynku w trakcie przekazywania dokumentów Władimirowi Łomakinowi, attache wojskowemu ambasady rosyjskiej a później skazany na dziewięć lat więzienia, z których odsiedzi kilka. Po wyjściu powróci do biznesu, pracuje m.in. jako zarządca nieruchomości.

Zaś dawny konfident Luśnia, po zmianie ustrojowej sponsor przedsięwzięć Macierewicza, okaże się beneficjentem przekształceń własnościowych, burzliwie przebiegających w Polsce po 1989 roku. Udaje mu się najpierw przejąć udziały Herbapolu Lublin (skąd odprowadza pieniądze na potrzeby politycznego patrona), a następnie z korzyścią się ich pozbyć. Jak opisuje Tomasz Piątek: “Przejęcie Herbapolu Lublin przez [Jerzego] Staraka bardzo się Luśni opłaciło. Gdy zrezygnował ze swych udziałów w firmie, dostał za to niemal 15 mln zł. (..) Przy tej transakcji Luśnia nie zapłacił podatku. Czemu? Bo zastosowano ciekawą, akrobatyczną sztuczkę rozliczeniową. Spędziłem pół dnia w archiwum warszawskiego Sądu Gospodarczego, próbując zrozumieć, o co w tej sztuczce chodziło. Spróbuję streścić ją tak: Herbapol Lublin i firma Luśni ARL wymieniły się udziałami. Następnie z powrotem oddały sobie te udziały, ale przy tej okazji Luśni wypłacono kilkanaście milionów jako coś w rodzaju wyrównania. Bo udziały ARL, które Luśnia dostał z powrotem, były warte mniej niż udziały w Herbapolu Lublin, które wcześniej za nie dostał… Czemu ta zasada nie działała przedtem w drugą stronę? Czemu Luśnia dostał od Herbapolu tanio, by to samo oddać Herbapolowi drożej? Czyżby Jerzy Starak jakoś szczególnie cenił sobie Luśnię?” – zapytuje autor [7]. W czasach PRL Jerzy Starak pozostawał  przez 21 lat informatorem komunistycznej służby bezpieczeństwa.   

Za to w nowych czasach sam Macierewicz, na którego polityczno-medialne interesy łożył wspomniany tu wraz ze źródłami bogactwa Luśnia (co w młodości miał za oficera prowadzącego Nadworskiego, tego co z kolei Zielińskiego skontaktował z jego późniejszym radzieckim patronem) – pomimo budowanego przez lata wizerunku tropiciela afer raz na pewno nie wykazał się wnikliwością. Wtedy, gdy zasiadał w jednej z sejmowych komisji śledczych, a ta przesłuchiwała dawną asystentkę aferzysty Marka Dochnala – Agatę Stremecką. Potraktował ją w zdumiewająco łagodny sposób. Przyczyn można się tylko domyślać.

W zwycięskiej jak się później okazało kampanii Lecha Kaczyńskiego na prezydenta Warszawy w 2002 r. w jego sztabie przy Nowym Świecie (to adres, ale wejście znajdowało się od ulicy Tuwima) – ta sama Agata Stremecka, kiedy tam wszedłem, siedziała na stole, wymachiwała nogami i bez sprzeciwu innych pełniła obowiązki gospodyni. W polityce zresztą a ściślej przy jej obsłudze pojawiła się dwa lata wcześniej, w ekipie Wiesława Walendziaka, kierującego nieudaną z kolei kampanią Mariana Krzaklewskiego na prezydenta kraju. Była wtedy blisko z Ryszardem Czarneckim, później wieloletnim eurodeputowanym Samoobrony (jedna kadencja) i PiS (trzy kadencje), niedawno obwinionym o naciąganie europejskiego podatnika przy okazji rozliczeń przejazdów: te ostatnie miały się odbywać nawet ciągnikiem siodłowym oraz samochodem… wcześniej zezłomowanym.

Jak ujawnił jeszcze przed wyborami z 15 października 2023 r. Łukasz Cieśla: “W śledztwie dotyczącym lobbysty Marka Dochnala w dwuznacznym kontekście pojawiło się nazwisko ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry oraz byłego posła PiS Wiesława Walendziaka. Z notatki współpracownicy Dochnala miało wynikać, że do prywatyzacji Rafinerii Gdańskiej udało się jej pozyskać przychylność Ziobry i Walendziaka. Wątek tych dwóch prawicowych polityków zaczęła badać łódzka prokuratura. Gdy PiS wygrało wybory, całe śledztwo w sprawie Dochnala przeniesiono do Katowic, do zaufanej prokuratury Zbigniewa Ziobry (..). Autorką notatki, która tak zainteresowała śledczych, była Agata Stremecka” [8]. Co być może najciekawsze, ta sama Stremecka w wiele lat po spisaniu wspomnianej notatki jako prezeska Forum Obywatelskiego Rozwoju założonego przez Leszka Balcerowicza witała Donalda Tuska na Uniwersytecie Warszawskim przed spotkaniem poprzedzającym jego powrót z instytucji europejskich do polityki krajowej, które w pamięci zapisało się głównie drastycznym wprowadzeniem Leszka Jażdżewskiego, mówiącego o zapasach ze świnią w błocie: niektórzy ocenili, że ukradł show Tuskowi. Nawet jeśli wizerunek Ziobry jako szeryfa mało kto poza twardym pisowskim elektoratem bierze poważnie, inny bohater tego wątku Walendziak jeszcze jako poseł AWS a potem PiS deklarował się jako przeciwnik “kapitalizmu politycznego”, w czym wspierała go jego kamaryla medialna, bo jako dawny prezes TVP wielu dał zarobić. Z polityki Walendziak odszedł na posadę do oligarchy Ryszarda Krauzego co stworzyło wyrazistą pointę dla głoszonych przez niego kiedyś przekonań.   

Kiedy Dochnal siedział w areszcie, czołowa żurnalistka pisowska Dorota Kania odwiedzała jego teściową i pożyczyła od niej ogromną sumę. Sąd jej prawomocnie nie skazał, bo nie dało się udowodnić, że przysługa wiązała się z próbą poprawienia warunków pobytu Dochnala za kratami (rządziło wtedy PiS, tak krajem, jak więziennictwem), zwłaszcza, że jak ustalono pieniądze oddała. Ale niesmak pozostał, jak w znanym żarcie o imieninach u cioci, w trakcie których zaginiony pierścionek odnalazł się w kieszeni szwagra. Niedawno zaś wiele osób, przedstawiających się jako dziennikarze, nawet jeśli faktycznie pełnią rolę propagandzistów, znalazło się w gronie beneficjentów pisowskiej afery w Funduszu Sprawiedliwości, jako adresaci wyprowadzonych stamtąd środków. Obecną obojętność znacznej części opinii wobec zarzutów ze sfery – powiedzmy najogólniej – łączącej się ze zgorszeniem publicznym przypisać można efektowi, że gdy tylko podobny motyw się pojawia, media rzucają się do wspierania polityków, których uznają za swoich, a nie jak w latach 90. czy również później w dobie afery Rywina, do w miarę dogłębnego zbadania sprawy.  Nie wszyscy jednak dali się skorumpować. 

Bezsprzeczny bowiem sukces odniósł przed paru laty dziennikarz śledczy Wojciech Czuchnowski, gdy Sąd Najwyższy orzekł, że ma on prawo używać w druku określenia:  “państwo mafijne” w odniesieniu do rządów Prawa i Sprawiedliwości [9].       

Korupcja na habilitację 

Zapewne gdyby do profesora o chłodnym umyśle przyszedł ambitny doktorant, zgłaszający zamiar napisania dysertacji o aferach wywołanych przez kolejne partie Jarosława Kaczyńskiego, powinien w imię uczciwości naukowo-dydaktycznej usłyszeć od promotora:

– Młody człowieku, to raczej temat na habilitację.

Odłóżmy jednak żarty na bok. Elity, dziś obłudnie oburzone,  jak wtedy, gdy w 1990 r, Tadeusz Mazowiecki przegrał z kandydatem znikąd Stanisławem Tymińskim, że społeczeństwo nie dorosło albo dlaczego to wszystko ludziom nie przeszkadzało (dziś kawalerka, wtedy domniemane bicie przez rywala demokratów jego peruwiańskiej żony) – muszą publicznie przyznać, że o aferach PC i PiS wiedziały od dziesięcioleci. Pineiro, w początkach transformacji finansujący J. Kaczyńskiego nie tylko bywa na salonach ale dopiero co wyprodukował głośny film o Edwardzie Gierku. Autor telewizyjnego dokumentu o aferach PC Witold Krasucki dostał za to cenioną nagrodę Wolności Słowa z odległej w Hiszpanii a jego i Grzegorza Nawrockiego “Dramat w trzech aktach” pokazano w najlepszym czasie antenowym publicznej TVP. Winę Luśni jako kłamcy lustracyjnego potwierdził sąd, a finansowanie przez niego działań Macierewicza – w poczytnej książce ceniony pisarz Tomasz Piątek.  Nie rozmawiamy o sprawach, co z dnia na dzień się pojawiły. Oczywiście gorsze nawet interesy niedawnych promotorów jego kandydatury nie rozgrzeszają Nawrockiego z kontaktów z gangsterami ani udziału w nielegalnych walkach kibolskich w formacie “70 na 70” (nazwa od liczby uczestników). Jednak kto ma pretensje do ludzi, że im to nie przeszkadzało, niech zważy na obojętność wykazywaną przez lata przez tych, co ostrzegać mogli, wobec kolejnych zachowań polityka, co sam siebie zalicza do żoliborskiej inteligencji. A mandat senatorski – chociaż w innym okręgu – zdobył 4 czerwca 1989 r. w tych samych barwach co Gustaw Holoubek czy Andrzej Wajda.

Jarosław Kaczyński przez lata był z perspektywy establishmentu “nasz”, całkiem jak telewizja TVN czy “Gazeta Wyborcza”, inaczej zaś niż Andrzej Lepper czy Sławomir Mentzen. I w wyborach powszechnych wskazywał ludziom kolejne swoje polityczne kreacje: najpierw brata Lecha, potem Andrzeja Dudę, teraz Karola Nawrockiego. Typowany na głównego scenarzystę polityki i nie wypytywany, skąd ma pieniądze na kolejne swoje partie i przedsięwzięcia. 

Kiedy właśnie udało mu się perfekcyjnie to kolejne, można tylko establishmentowi zadedykować pamiętne i Molierowskie:

– Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało.  

[1] Heathcliff Janusz Iwanowski Pineiro, Jakub Kopeć. Po drugiej stronie lustracji. Wyd. JJK, Warszawa 2000, s. 15  

[2] Jan Hartman. Jarosław: Wielki Szu i “landlord”. Od tych czterech adresów się zaczęło. Polityka.pl z 18 lutego 2023

[3] Anna Bikont. Telegraf, czyli sny o potędze. “Gazeta Wyborcza” z 18-19 maja 1996

[4] Michał Krzymowski. Jarosław. Tajemnice Kaczyńskiego. Wyd. Ringier Axel Springer, Warszawa 

[5] Ryszard Ślązak. Samozagłada polskiej gospodarki. Wyd. Muzeum Historii Polskiego Ruchu Ludowego, Warszawa 2021

[6] Tomasz Piątek. Macierewicz i jego tajemnice. Arbitror, Warszawa 2017, s. 62-64

[7] T. Piątek. Macierewicz i jego tajemnice… op. cit, s.33-34

[8] Łukasz Cieśla. ABW znalazła notatkę dotyczącą Zbigniewa Ziobry. Śledztwo zostało nagle przeniesione. Onet.pl z 16 grudnia 2021

[9] por. Sąd Najwyższy: Czuchnowski i wydawca “Gazety Wyborczej” nie muszą przepraszać PiS za “mafijne państwo”. Wirtualnemedia.pl z 11 października 2019 

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 6

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here