Instrukcja obsługi polityki

0
60

czyli przywództwo moje jest nie z tego świata 
O “Fabryce jutra” Szymona Hołowni

Fenomenu poparcia dla Szymona Hołowni, przekładającego się na deklaracje nawet co piątego Polaka, nie potrafią dziś opisać socjologowie ani politolodzy ani nawet… on sam. Zaświadcza o tym “Fabryka jutra”, zresztą świetna, bo Hołownia dwie rzeczy potrafi doskonale: uprawiać politykę i pisać książki. 20 procent z nas już do siebie przekonał rolą budowniczego trzeciej, obywatelskiej siły pomiędzy młyńskimi kamieniami PiS i PO.
Z Jarosławem Gowinem łączy Hołownię nie tylko podejście do katolicyzmu – szczera żarliwość połączona z innowatorską pasją ani więź z krakowskimi wydawnictwami konfesyjnymi (recenzowaną książkę Hołownia opublikował w Znaku, któremu jeszcze niedawno szefował Gowin) – ale również przy empatii i… sympatii okazywanej innym świadome przyjęcie postawy Sfinksa. Co ma być zagadką, niech nią pozostanie. To główny, obok technokratycznego i nieco dehumanizującego tytułu mankament “Fabryki snów”. Ma też ona jednak liczne zalety, które to rekompensują. Zatajając główny sekret, dopuszcza nas do wielu pomniejszych.

 Najpierw się zaloguj     

 “Żeby zmienić ten system, trzeba się najpierw do niego zalogować” – naucza Szymon Hołownia [1]. Warto to zdanie zapamiętać. Rafał Trzaskowski by tego nie wymyślił, nawet przy wsparciu swoich sowicie przepłacanych specjalistów od wizerunku, przegrywających konsekwentnie wszystkie kampanie od czasu, gdy premier Tadeusz Mazowiecki za ich sprawą dał się pokonać nie tylko Lechowi Wałęsie, ale również emigrantowi z Kanady Stanisławowi Tymińskiemu z peruwiańską żoną, w odpowiedzi na pytanie o stan wojenny rozprawiającego o tymże w Boliwii, bo tam robił interesy, chociaż przypisywane mu loty do Trypolisu za Kaddafiego okazały się prowokacją służb specjalnych, mazowieckich już z nazwy ale jeszcze kiszczakowych z ducha.

Ale może nie wypada z tych macherów od wizerunku drwić w sytuacji, gdy nie wiemy już ilu z nich pozostanie na wolności w chwili, gdy będziecie Państwo Internauci czytać ten tekst: za kraty trafił już przecież geniusz “pijaru” Sławomir Nowak, jeszcze w dniu drugiej tury wyborów prezydenckich niespełna pół roku temu brylujący w namiocie Trzaskowskiego na Podzamczu, a rozwścieczony Jarosław Kaczyński nadal pokwikuje z trybuny: będziecie siedzieć. 

Szymon Hołownia, w odróżnieniu od Trzaskowskiego, ma współpracowników, co nie muszą na godz. 5,45 nastawiać budzika, żeby zdążyć sprawdzić czy szczoteczka do zębów świeża przed ewentualną wizytą facetów w czerni o szóstej rano.   Raczej takich, którym mógł kupić w prezencie kilkadziesiąt egzemplarzy książki doradców Bernie Sandersa o kampanii wyborczej, co istotne – w wydaniu oryginalnym. 

Fenomen Hołowni polega również na tym, że prawdami wykuwanymi przez ludzi sukcesu, czytających politologiczne podręczniki w oryginale po angielsku umiał porwać mieszkańców polskich blokowisk, jak sam to określa – wyciągnąć ich sprzed telewizorów na głosowanie

Dla starszych pań to wymarzony kandydat na zięcia, choć zajęty przez pilotkę myśliwca polskich sił powietrznych. Dla młodzieży – luzak na tle sztywnych jakby kij połknęli rywali z mydłkowatym Dudą i nadętym Trzaskowskim. Dla polskiej prowincji pan z telewizora, co nie złości się, nie używa brzydkich wyrazów i rozprawia o religii mądrzej niż ksiądz proboszcz albo ocenia talenty gości nawet z wyglądu całkiem takich, jak nasz sąsiad.     

Hołownia pokazuje też, że polityk nie musi przemawiać językiem podłej knajpy (jak Kaczyński ze swoimi “mordami zdradzieckimi”) ani paplać trzy po trzy, jak Barbara Nowacka, co pytana o gorszące podwyżki dla parlamentarzystów (w tym dla niej samej, za czym zagłosowała) plotła coś o potrzebie wyznaczenia pensji pani prezydentowej. Udowadnia zarazem, że dziennikarz, idący do polityki nie musi być lalą Barbie jak Tomasz Lis, któremu media wykreowały swego czasu tanią operę mydlaną z kandydowaniem na prezydenta, akurat w momencie, gdy rekordowe bezrobocie w Polsce sięgało 21 proc i rodacy mieli ważniejsze zmartwienia.

Pierwszy raz w ubiegłym tygodniu w Sejmie, zobaczyłem, jak dziennikarz TVN24 Radomir Wit coś czyta. Zerknąłem dyskretnie na okładkę. To była “Fabryka jutra” Szymona Hołowni.

Zwykle, ilekroć polityk wyda książkę, ludzie pytają, kto mu ją napisał. Copywriterzy Lecha Wałęsy (“Droga nadziei”) Andrzej Drzycimski i Adam Kinaszewski zrobili później na tym w nowej Polsce nieliche kariery. Za to Wojciech Żukrowski procesował się z Januszem Rolickim, biografem Edwarda Gierka, że to nie on napisał gen. Mieczysławowi Moczarowi “Barwy walki”. Wygrał. W wypadku Hołowni nie mamy takiego dylematu – przed “Fabryką jutra” opublikował około dwudziestu książek nie związanych z polityką. Dotyczących zwykle spraw związanych z Kościołem, religią, wiarą i moralnością. W tym “Instrukcję obsługi solniczki”. Teraz daje nam instrukcję obsługi polityki. Ale nie tylko jej.
W “Fabryce jutra” chwali papieża Franciszka, który powiedział, że Kościół powinien być jak szpital polowy. Opisuje własne przeżycie, gdy ksiądz ze świątyni na warszawskim Powiślu odmówił mu komunii, a ściślej – udzielił jej po naleganiu, za drugim razem. Wciąż myślących w kategoriach wiary Polaków, którym Kościół Jana Pawła II i nawet ostro atakowanego abpa Stanisława Dziwisza pozostaje bliższy niż ten Jędraszewskiego, zaprasza do tego innego, lepszego, który może zostać odzyskany. Skoro Pan Jezus powiadał, że królestwo jego jest nie z tego świata, nie ma co się przesadnie stresować relacjami hierarchii z władzą a pod gładką formułę przyjaznego rozdziału Kościoła od państwa, za którą optuje autor, każdy podłoży sobie, co chce. 

Znany telewidzom z programów typu “Mam talent” showman pozostaje postacią ze świata im życzliwszego niż ten z migawek sejmowych. Hołownia to celebryta, ale taki, który w wypowiedziach publicznych unika błaznowania, właściwego Edycie Górniak (słynna gadanina o maseczkach i dwutlenku węgla) czy wspomnianemu już Lisowi. Gdy nawet nominalnie niezależne media prywatne lansują pisowskiego najemnika Roberta Mazurka, którego żurnalistyka polega na permanentnym naigrywaniu się ze słabszych lub nie umiejących się bronić (Andrzeja Leppera tytułował Mulatem, za co we Francji wyleciałby z każdej nawet prowincjonalnej redakcji) byle tylko rozbawić prezesa partii rządzącej – Hołownia nikomu nie czyni krzywdy. Pominę tych, których martwi powodzenie innych, bo im nie sposób dogodzić.

Za rekrutację odpowiada kosmetyczka… i dobrze

Obolałym w strasznym czasie pandemii i mocno wystraszonym rodakom Hołownia oferuje empatię i zrozumienie. Ale przede wszystkim wspólnotę, której tak Polakom brakuje. I coś jeszcze, czego nie oddaje do końca w polszczyźnie obcego pochodzenia słowo: egalitaryzm. 

Sam polityk prezentuje to, rejestrując zachowania lokalnych elitek, wszystkich tych mało zmienionych od czasów nowel Stefana Żeromskiego prowincjonalnych notabli i ich reakcje na nowy ruch: “(..) prychali z wyższością. “No cóż, zapisałbym się do Hołowni, ale – państwo wybaczą – jak mamy przeprowadzić lokalną elitę, lekarzy i prawników, do organizacji, w której za rekrutację odpowiada kosmetyczka?”. Szczerze mówiąc, nic mnie tak nie cieszyło jak przebijanie tych balonów lokalnego klasizmu, granie na nerwach miejscowym układom, ludziom przekonanym, że stanowią coś w rodzaju lokalnej szlachty, bez której wiedzy i woli nie można zrobić niczego z zamieszkującym ich powiat lub województwo chłopstwem” [2].

Autora można tylko pochwalić za te kąśliwe uwagi, radząc mu równocześnie, że skoro jest już człowiekiem Księgi – jeśli użyjemy określenia Olgi Tokarczuk – i wagę słów zna, musi wystrzegać się wtrętu “szczerze mówiąc”, znamionującego, że kiedy indziej blefuje. Za ilustrację tego napomnienia niech posłuży spotkanie Michaiła Gorbaczowa z aktywem partyjnym we Władywostoku u szczytu pierestrojki, kiedy to sekretarz generalny oznajmił: “Powiem wam prawdę, towarzysze. Pierwszy raz…” A aktyw zamienił się w słuch.

Krótka opowieść o kawie podczas kampanii w Warszawie 

Z Hołowni można i trzeba podrwiwać, choćby po to, żeby nie wbił się w pychę. Nienaganne maniery odróżniające go od reszty klasy politycznej okazują się jednak nie iluzją, lecz faktem, co przekłada się również na korzystne zestawienie jego politycznego zaplecza z aparatami partii budżetowych tj. utrzymywanych z pieniędzy naszych, podatnika. Nawet w drobiazgach przejawia się to jednoznacznie. 

Nie tak dawno udałem się w Sejmie do klubu PO, czego niemal natychmiast żałowałem. Spytałem o jednego ze znaczących polityków, akurat go nie było, poprosiłem więc o możliwość skorzystania ze znajdującego się w zasięgu ręki automatu z kawą. Od biuralistki PO dowiedziałem się jednak, że nie, bo pandemia, a one muszą się chronić. Przykład idzie z góry, odkąd przewodniczącym klubu został Cezary Tomczyk, o którego manierach… lepiej zamilczmy. Młody jest jeszcze, może je poprawi, pogorszyć już nie może. 

Gdy o kawę poprosiłem kiedyś w sztabie Hołowni, robić mi ją rzuciły się zaraz dwie osoby. Oprócz sekretarki również jedna z kierowniczek obiektu. Wprawdzie ekspres odmawiał posłuszeństwa, ale bohatersko rozkręciły go na czynniki pierwsze i złożyły na powrót. 

Prawie się udało. Ale w tym wypadku – jak w starej reklamie – “prawie czyni różnicę”. Za sztabu wyszedłem z wciąż nie zaspokojonym głodem kofeinowym (ile kaw w dzień roboczy wypijam nie napiszę, bo czytający ten tekst kardiolodzy dostaliby zawału), ale również z ugruntowanym przekonaniem o życzliwości i uczynności “ekipy Szymona”, jak swój staff określa sam bohater. A kawę na wynos, jak to w pandemii, wziąłem sobie w “starbuniu” naprzeciwko, jak klasa średnia określa poufale zdzierającą z niej niemiłosiernie sieć Starbucks. 

Błahostka to oczywiście, a doświadczenia dziennikarza nie są reprezentatywne socjologicznie, bo jak wiadomo drogowskaz nie idzie w pochodzie – ale ta banalna opowieść jakoś obrazuje prawidłowość, że tylko i wyłącznie Hołownia zadał sobie w kończącym roku trud przekonania do siebie, nie rozstrzygajmy czy skutecznie, takich ludzi jak ja: nie oglądających się na pomoc państwa, fundowaną w praktyce przez ich pracowitszych sąsiadów jak czynią to wyborcy Andrzeja Dudy ani też w odróżnieniu od wyborców Trzaskowskiego nie podzielających przekonania, że fabryka warta jest tyle, za ile można ją sprzedać, zaś kapitał nie ma barw narodowych. 

Fabryka jak z Ziemi Obiecanej

Fabryka wydaje się tu – to nie żart – pojęciem kluczowym. Rządzący doszli do władzy pod hasłem obrony polskiej własności po czym – niemal w rocznicę masakry bohaterskich górników z kopalni Wujek ogłaszają plan likwidacji kopalń by w przyszłości zdać się na miał węglowy ze wschodu, zaś polskie farmy zwierząt futerkowych zamierzają pozamykać ku radości ukraińskiej konkurencji. Obecna parlamentarna opozycja cieszyła się z likwidacji fabryk lub ich przejmowania przez obcych rywali, nawet jeśli oznaczało to wypchnięcie Polski z branż, w których nasza Ojczyzna choć wtedy nie całkiem suwerenna była nieźle obecna jak elektronika czy motoryzacja.

Hołownia proponuje coś innego: zbudujmy fabrykę. Prawie jak w “Ziemi obiecanej” Władysława Reymonta, Tyle, że tytułowa “fabryka jutra” nie produkuje śrubek ani muter, lecz wartości: wzajemną pomoc, przyjazne zielone otoczenie czy życzliwą, opartą na samorządzie i rozumiejącą obywatela władzę. Spór o fabryki kończy więc Hołownia równie efektownie odwracając problem, jak niegdyś Jacek Kuroń słynnym hasłem: nie palcie komitetów partyjnych, zakładajcie własne komitety. Jak powiedzieli, tak zrobili, howgh. Polska 2050 “żółta łódź podwodna” Hołowni, której barwy, jak oznajmia lider by nas rozbroić, wybrała jego trzyletnia córka Mania, sięga już w sondażach 20 procent poparcia i jak na Bugu we Włodawie w lutym czy marcu – jeszcze rośnie.

Między Macronem a Zełenskim czyli wszystkie wzory na wybory

Wzorów szuka Hołownia poza Polską, czemu trudno się dziwić. Wprawdzie kampanię zaczynał stając na tle popiersia Mazowieckiego przed dawną siedzibą warszawskiego Klubu Inteligencji Katolickiej przy Kopernika – ale przykładu politycznej skuteczności w nim nie znajdzie. 

Wyraźnie zafascynowany  sukcesem kandydatów, którzy poprzebijali szklane sufity, zainstalowane przez skorumpowaną klasę polityczną – spogląda Hołownia ku Emmanuelowi Macronowi. Imponuje mu tym, że zanim został prezydentem, zlecił analizę odpowiedzi na rozesłane uprzednio do Francuzów ankiety pod kątem najczęściej używanych przez wyborców słów i pojęć. Na tej podstawie naszkicował mapę oczekiwań i pragnień elektoratu. Zadał sobie trud, żeby poznać priorytety rodaków, co dało mu prezydenturę. 

Nie ukrywa też Hołownia kontaktów ze sztabowcami Wołodymyra Zełenskiego, który najpierw zagrał w serialu nauczyciela, który jest tak uczciwy, że w nagrodę za zwalczanie korupcji zostaje prezydentem Ukrainy a później w realu powtórzył jego drogę.   
Z humorem opisuje autor swoje doświadczenia z agencją reklamową, która uprzednio dopomogła swoim chlebodawcom w wygraniu wyborów w Indonezji, drogą agitacji internetowej, nieodzownej, bo kraj składa się z tysięcy wysp – ale ostatecznie okazała się dla jego sztabu za droga. 

Za to ataki pisowskich “środków musowego przykazu” udało się odwrócić zręcznym manewrem: masowym drukiem i sieciową prezentacją plakatów “To my stoimy za Hołownią”, prezentujących lidera z gromadką zwolenników w tle. Skasowało to skutecznie i wypchnęło z przestrzeni publicznej wynurzenia Semki i zbliżonych do niego elegancją i wiedzą o świecie propisowskich agitatorów o domniemanych powiązaniach największej rewelacji tegorocznych wyborów prezydenckich.
Cenne dla zawodowca ale najbardziej atrakcyjne dla kibica polityki okazuje się uchylanie rąbka jej tajemnic, zapraszanie za kulisy, co każdy uwielbia. 

Najmniej dowiadujemy się od autora o jego własnej recepcie na sukces, która pozwoliła mu stać się – na równi z Jarosławem Gowinem – jednym z dwóch najskuteczniejszych w Polsce polityków w kończącym się roku.               

Da się przyjąć najkorzystniejszą dla niego wersję, że Hołownia receptę zna, ale nie zamierza się nią dzielić. Albo też niczym Molierowski pan Jourdain jeszcze nie wie, że mówi prozą.

Szukać można tego magicznego sposobu jeśli od razu na zwycięstwo to na wdarcie się przebojem do zabetonowanej zewsząd rodzimej polityki w trafnym diagnozowaniu społecznych następstw pandemii, która wymusiła poprzez zakaz wielkich mityngów kameralną formułę spotkań z wyborcami, a w niej z kolei wieloletni gospodarz studia telewizyjnego “na każdy temat” czuł się najlepiej. 

Celebryta, znany z tego, że jest znany, okazał się przyjaznym chłopakiem z sąsiedztwa, który najlepiej zatroszczy się o nas w ciężkich czasach epidemii. Wiarygodny? Inni nawet takiej próby nie podjęli.

Nie precyzuje jednak Hołownia wcale, z kim zamierza dokończyć własny projekt polityczny, tak obiecująco nabierający barw (żółtych) i zyskujący na poparciu (nawet dwudziestoprocentowym). 

Jeśli wynik kolejnych wyborów będzie podobny jak obecnych sondaży,  w Sejmie pojawi się ponad stu nowych posłów z “ekipy Szymona”. Dziś na Wiejskiej reprezentuje go tylko hiperaktywna i niebywale pracowita Hanna Gill-Piątek. Setki pozostałych nie znamy. Nie jest obojętne, z kim wspólnie będą głosować. 

Zanim to jednak nastąpi, Hołownia musi nas jeszcze skutecznie przekonać, że nie zmarnuje roli budowniczego trzeciej siły w polskiej polityce, jak ostatnio uczynił to ze swoją inicjatywą rockman Paweł Kukiz. 

“Fabryka jutra” pokazuje, co warto w Polsce naprawić, czekamy na drugą część odpowiedzi: z kim i w jaki sposób. Intelektualista, celebryta i popularyzator katolicyzmu w jednym przygotowuje się dopiero do przywódczej roli, a jego najnowsza książka wyznacza istotny krok na tej drodze.           

[1] Szymon Hołownia. Fabryka jutra. Znak, Kraków 2020, s. 139
[2] ibidem, s. 163 

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 5

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna
Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here