Każda kolejna rocznica śmierci Papieża pokazuje coraz boleśniej, że Polacy zostali osieroceni. Pustka po odejściu jedynego autorytetu społecznego, łączącego rodaków, przypomina sytuację po śmierci Marszałka Piłsudskiego, który podobnie jak Jan Paweł II godnych następców się nie doczekał.

„Mistyk i samotnik, czerpie energię z tłumów, zapewne najliczniejszych, jakie przyciągał jakikolwiek przywódca w historii. Jego przesłanie moralne i doktrynalne jest niezwykle wymagające (..). Nie mają na niego wpływu ani wyniki badań opinii społecznej, ani to, co popularne, ani koncepcje krytyków” – takim widzieli Papieża z Polski jeszcze za jego życia biografowie: demaskator afery Watergate Carl Bernstein i watykanista Marco Politi [1].

Od słynnych słów „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi, tej ziemi”, wypowiedzianych w 1979 na warszawskim placu Zwycięstwa wpływ Jana Pawła II na wydarzenia w świecie nieprzerwanie zaświadczał o prawdziwości tezy jego encykliki „Veritatis splendor”, że dzięki danej mu wolnej woli „człowiek nie jest zabawką historii”. Inna, ogłoszona po roku istnienia Solidarności, przez autora, znającego zagadnienie z kamieniołomów Solvayu podczas okupacji hitlerowskiej – „Laborem exercens” pokazała znaczenie godności pracy jako powołania człowieka, które powinno służyć moralności. Odebrano ją jako uogólnienie duchowego wymiaru podziwianego w świecie przebudzenia polskich robotników latem 1980.

Kwiecień 2005 po raz ostatni zjednoczył Polaków, podobnie jak tamten Sierpień. Najpierw wspólnie wysłuchiwali złych wieści z Rzymu, potem gdy 2 kwietnia o pamiętnej 21:37 ostatecznie zgasło światło w papieskim oknie – wyruszali masowo na pogrzeb wszystkimi środkami transportu, zapalali znicze przy ulicach noszących imię Ojca Świętego, a kibice zwaśnionych od stulecia Wisły i Cracovii w geście pojednania splatali klubowe szaliki.

Uniesień nie starczyło na długo. Już kolejne krakowskie derby okazały się meczem wysokiego ryzyka, a jesienną kampanię wyborczą w tym samym 2005 r. cechowała bezprzykładna agresja słowna, z dziadkiem z wermachtu jako głównym argumentem obecnego prezesa telewizji rządowej.

Po śmierci Józefa Piłsudskiego również tysiące Polaków żegnały Marszałka, nie zważając na niespodziewanie zimową pogodę, jaką przyniósł maj 1935 roku. Polityczny geniusz przywódcy nie znalazł jednak kontynuatorów, następcy pogrążyli się w gorszących sporach i podziałach, a w dniach klęski wrześniowej, porzucając żołnierzy, uciekli szosą na Zaleszczyki.

W czasie, jaki mija między śmiercią twórcy polskiej niepodległości, a ostateczną katastrofą zbudowanego przez niego państwa osadził realia akcji swojego „Króla” Szczepan Twardoch. Chociaż nie jest to powieść polityczna, ma żywą historię w tle. I nie byle jaki to obraz. Następcy Marszałka okazują się niegodni jego spuścizny, bez pardonu zwalczają się nawzajem, instrumentalnie traktują idee, budzą demony nienawiści i układają listy proskrypcyjne. Tym samym najzdolniejszy prozaik młodszego pokolenia zamiast na stulecie niepodległości napisać optymistyczną opowieść o szarżujących ułanach – zadał rodakom swego rodzaju rebus do rozwiązania. Odgadywać tylko można, dlaczego tak postąpił, ale wiemy, że w latach 30 wileńscy żagaryści i Stanisław Ignacy Witkiewicz jako autor „Nienasycenia” lepiej rozpoznali przyszłość niż analitycy i progności.

Gdy świętujemy rocznicę pożegnania Jana Pawła II, a wkrótce 30-lecie wyborów czerwcowych warto przypomnieć, jak Kościół z papieskiej inspiracji przyczynił się do bezkrwawego upadku komunizmu w Polsce. Czołgi na pekińskim placu Tienanmen i snajperzy z Securitate na dachach Bukaresztu symbolizują tragedię, której uniknęliśmy dzięki roztropnej mediacji, podjętej latem 1988 r. w trakcie narastającej fali strajków przez biskupów. Bez nich pacyfikacje, jak w Nowej Hucie i śląskich kopalniach, trwałyby dalej.

Jan Paweł II nie zamilkł również w trakcie pielgrzymek do nowej Polski, chociaż do reakcji na jego słowa coraz częściej można było odnieść znaną formułę, że Polacy Papieża kochają, ale go nie słuchają. A mówił nam wciąż rzeczy istotne. W Kalwarii Zebrzydowskiej w 2002 r. modlił się „o pomoc dla ubogich, pracodawcę dla bezrobotnych”. Los tych ostatnich stał się wówczas udziałem ponad 20 procent Polaków. W zabiedzonym po przemianach Ełku w 1999 r. prosił, by nikomu w Ojczyźnie nie zabrakło „dachu nad głową i chleba na stole”. W parlamencie w 1999 r. nauczał, że „polityka nie może polegać na szukaniu własnej korzyści”.

Pustka w sferze wartości i standardów moralnych, jaka zwłaszcza za rządów PiS stała się codziennością życia publicznego, wynika z podniesienia destrukcji autorytetów do rangi elementu oficjalnej polityki historycznej. Lecha Wałęsy nie krytykuje się za nieudaną prezydenturę ani porzucenie własnego zaplecza, lecz poniża za domniemaną agenturalność, której dowody wyprodukował specjalny wydział MSW z majorem Adamem Stylińskim, seryjnie wytwarzający kompromaty na liderów opozycji. Jak wykazuje wybitny historyk Grzegorz Majchrzak: „Nad zmianą życiorysu Wałęsy pracowali najlepsi fałszerze bezpieki. To oni wyprodukowali , że przyszły lider brał od resortu pieniądze” [2]. Funkcjonariusz Departamentu Techniki MSW Tadeusz Maraszkiewicz wykazał się imponującymi zdolnościami manualnymi, więc w resorcie tolerowano, że nie należy do partii, a służbowe tajemnice wyjawia osobom postronnym. Cel operacji z 1982 r. stanowiło opóźnienie przyznania Wałęsie pokojowego Nobla.

Założyciel KPN Leszek Moczulski musiał, póki miał siłę, szukać sprawiedliwości w Strasburgu, gdy nie znalazł jej polskich sądach. Rządzący krajem karierowicze nie mogą mu darować pamiętnej formuły, że politykę uprawia się dla zasad, nie dla posad. Opluwacze nie potrafią tylko poradzić sobie z oczywistą sprzecznością logiczną, dlaczego to komuniści własnego agenta trzymali przez 7 lat w więzieniach, w tym najcięższym, przeznaczonym dla recydywistów Barczewie.

Bohaterów historii oskarżają jej statyści i halabardnicy. 13 grudnia spałeś do południa – skandują demonstranci przed willą Jarosława Kaczyńskiego. Oprócz polityków pozbawionych życiorysu do niszczenia autorytetów przyczyniają się media. W sprawie Krzysztofa Piesiewicza niektóre z nich stały się wspólnikami szantażystów. W efekcie scenarzysta filmów Krzysztofa Kieślowskiego, obrońca więźniów politycznych PRL i oskarżyciel zabójców ks. Popiełuszki, witany jest owacyjnie i traktowany jak guru, ale… w Chinach, gdzie przychodzą go posłuchać tysiące studentów, a prawie zapomniany w Ojczyźnie, pomimo zasług.

Destrukcja autorytetów została podniesiona do rangi oficjalnej polityki historycznej. Za rządów PiS pustka w sferze wartości i standardów moralnych stała się codziennością życia publicznego.

Autorytetów nie zastąpią Polakom celebryci, znani z tego, że są znani – zwykle jednodniowi bohaterowie płytkich programów, kucharze ani tancerze na lodzie. W odróżnieniu od nich nie mają bowiem wiele do powiedzenia. Kultura masowa łatwo deprecjonuje, ale nie potrafi budować.

Wiele na tym tle znaczą słowa Papieża z początku transformacji ustrojowej, w Kielcach w 1991: ”Łatwiej jest niszczyć, trudniej odbudowywać. Zbyt długo niszczono”. Wiedzący lepiej komentatorzy odnosili je wyłącznie do doraźnego kontekstu sporów o prawo aborcyjne i związanych z nim emocji, a nie do likwidacji fabryk i branż, czy posyłania na bruk całych grup społecznych. Ale Jan Paweł II wiedział, co mówi.

Zaś do myśli Papieża warto wracać samemu, nie ufając zanadto pośrednikom. Zapewne taką formę uczczenia go rekomendowałby sam Karol Wojtyła, jeszcze przed Seminarium Duchownym student krakowskiej polonistyki na tajnych kompletach i aktor podziemnego Teatru Rapsodycznego, również filozof, dramaturg i poeta, człowiek wiary, ducha i czynu, ale też księgi i refleksji.

[1] Carl Bernstein, Marco Politi. Jego Świątobliwość Jan Paweł II… Amber Warszawa 1997, tłum. Stanisław Głąbiński, s. 20
[2] Grzegorz Majchrzak. To oni stworzyli kwity Bolka. Focus.pl z 29 grudnia 2008

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen / 5. ilość głosów

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Łukasz Perzyna
Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here