Małgorzata Kidawa-Błońska była świetnym marszałkiem Sejmu. W polskiej polityce wyróżnia się kulturą osobistą. Ale przedwczesne desygnowanie jej na premiera przez Grzegorza Schetynę bardziej jej zaszkodzi niż pomoże.

Łukasz Perzyna

publicysta pnp24

O tym, kto będzie rządzić Polską zdecydują wyborcy, a nie gremia partyjne. Politycy Koalicji Obywatelskiej – wbrew nazwie własnej formacji – wydają się tego nie rozumieć.

Głównym problemem demokratycznej opozycji na pięć tygodni przed powszechnym głosowaniem powinno być uniemożliwienie recydywy dobrej zmiany – a nie personalia. Przekonywanie wyborców, że chodzi o Polskę nie o casting.

Wszystkie znane nam sondaże dają PiS miejsce na czele partyjnej stawki. W tej sytuacji warto mobilizować ludzi do obrony demokracji, odsunięcia PiS od władzy lub przynajmniej uniemożliwienia partii Jarosława Kaczyńskiego samodzielnych rządów.

Jeśli główna siła demokratyczna zamiast skupić się na nadrabianiu dystansu do autorytarnego lidera sondaży zajmuje się lansem własnej kandydatki – zarzut braku pokory, tyle razy stawiany Koalicji, kiedy nazywała się jeszcze Platformą Obywatelską, wydaje się oczywisty.

Podobnie jak wrażenie arogancji, które towarzyszy nieodparcie prezentacjom kandydatki. Oto liderzy PO już zdecydowali, kto stanie na czele rządu, nie czekając na wynik wyborów. Raz już to przerabialiśmy. Przedwczesne kreowanie Jana Marii Rokity na „premiera z Krakowa” stało się początkiem końca jego obiecującej kariery politycznej, której smutnym finałem okazała się gogolowska awantura o płaszcz na pokładzie Lufthansy i okrzyki: Niemcy mnie biją.

Instytuty demoskopijne w tym samym 2005 roku dawały Donaldowi Tuskowi 51 procent poparcia, wystarczające do zdobycia prezydentury wzorem Aleksandra Kwaśniewskiego już w pierwszej turze. Po porażce z pozbawionym wyrazu Lechem Kaczyńskim lider na tyle dobrze zapamiętał tę lekcję, że już w pięć lat później ustąpił miejsca w tym wyścigu Bronisławowi Komorowskiemu, a ta trzeźwa kalkulacja zaprowadziła go do Brukseli na fotel prezydenta zjednoczonej Europy. Za to beneficjent Tuskowej skromności, po 5 latach rozprawiając, że szkoda pieniędzy na drugą turę… nie tylko tym samym do niej doprowadził, ale jeszcze w niej przegrał. Pozostali w kraju partyjni koledzy Tuska wydają się tych perypetii własnego obozu nie pamiętać.

Ewa Kopacz w Warszawie w 2015 z ogromną przewagą pokonała w okręgu wyborczym Jarosława Kaczyńskiego (zdobyła 230 tys głosów, lider dobrej zmiany uciułał ich 202 tys), ale dla wyniku w całym kraju nie miało to najmniejszego znaczenia. Tylko w 9 z 41 okręgów PO wygrała wtedy z PiS. Podobnie dziś nie ma najmniejszego znaczenia, czy Grzegorz Schetyna wystartuje z Wrocławia a Małgorzata Kidawa-Błońska z Warszawy, jak ostatecznie zdecydowano – czy odwrotnie. Z Warszawy wchodzi do Sejmu 20 posłów, z Wrocławia wybiera się ich 14. Wybory nie są większościowe w okręgach jednomandatowych, lecz oparte na ordynacji proporcjonalnej. Za jej sprawą na plecach liderów uzyskujących 100 tys głosów lub jeszcze więcej wdrapują się do Sejmu aparatczycy z kilkutysięcznym poparciem, które nie pozwoliłoby im w innych wyborach zostać radnymi.

Skupianie uwagi na pojedynkach liderów zaciemnia mechanizmy polityki. Epatowanie personaliami tchnie fałszem. Kaczyńskiego warto zwalczać nie dlatego, że mlaska, fatalnie się ubiera i ma łupież, obraża oponentów, a na wolnym rynku nie zarobił w życiu ani złotówki – tylko za to, że ogranicza demokrację, ośmiesza parlament czyniąc z niego maszynkę do głosowania i niszczy telewizję na potrzeby swojej partii.

PO sięgnęła raz już po Małgorzatę Kidawę-Błońską, gdy partia rządziła, a w fotelu marszałka Sejmu nieoczekiwanie skompromitował się Radosław Sikorski. Bohater wojny afgańskiej i ceniony kiedyś dziennikarz w nowej roli wyprawiał rzeczy nieprawdopodobne. Dał się nagrać w pamiętnej aferze taśmowej. Potrafił zwołać konferencję prasową po to tylko, żeby w jej trakcie odesłać dziennikarzy do jakiegoś własnego absurdalnego wywiadu i na tym briefing zakończyć. To on wprowadził kabotyński zwyczaj szwendania się po gmachu Sejmu w asyście straży marszałkowskiej – choć jej funkcjonariusze nie są ochroną osobistą gospodarza parlamentu – zamieniony później w rutynę przez Marka Kuchcińskiego. Po ekscesach Sikorskiego marszałek Kidawa-Błońska wprowadziła na Wiejską spokój, elegancję i doskonałe maniery.

Żona reżysera Jana Kidawy-Błońskiego, autora znakomitej „Różyczki”, pracowała w latach 80 w studiu filmowym im. Karola Irzykowskiego, potem była wiceprezeską firmy producenckiej Gambit.

„Jest jeden reżyser, który ma współpracowników. Pyta ich o zdanie, wysłuchuje pomysłów, analizuje opinie krytyczne. Ale reżyser może być tylko jeden. Bo na tym polega idea twórczego przywództwa. Tylko on potrafi z talentów i umiejętności innych wydobyć to, co najlepsze, żeby film był dobry. W przeciwnym razie panuje rozprężenie, wszyscy współtwórcy ciągną w swoją stronę, by tylko samodzielnie błysnąć na ekranie. (..) Tak samo jest w polityce. Musi istnieć zespół (..) i musi być również przywódca, który podejmuje decyzje, słuchając opinii innych. I odpowiedzialność też jest taka sama. Po pierwszym źle zrobionym filmie trudno zrobić następny. I po przegranych wyborach bardzo trudno wrócić na scenę polityczną” – tak kreśliła podobieństwa między obydwoma uprawianymi przez siebie branżami Małgorzata Kidawa-Błońska w wywiadzie, który przeprowadziłem z nią przed sześciu laty [1].

Prawnuczka wybitnych polityków międzywojnia – prezydenta Stanisława Wojciechowskiego i Władysława Grabskiego posłanką jest od 2005 r. i do oświadczenia majątkowego oprócz domów i samochodów wpisuje „pamiątki rodzinne”. Pomimo ciepłego wizerunku w zwykłych sprawach ludziom nie pomaga, jak przekonała się znana dziennikarka telewizyjna, zwracająca się o interwencję w kwestii pazerności administracji komunalnej jednej z zarządzanych przez PO dzielnic. Daremnie, bo miły uśmiech posłanki skrywa osobowość królowej śniegu. Wyrożnia ją za to błyskotliwa inteligencja.

Grzegorz Schetyna, nominując Małgorzatę Kidawę-Błońską ucieka od zarzutów, dotyczących braku charyzmy przywódczej, a równocześnie liczy, że przestanie być atakowany za bezwzględne sterowanie partią, skoro nie bierze wszystkiego, lecz dobrowolnie oddaje tak ważną funkcję. Dlatego na ten ruch się zdecydował. Tyle, że to nie Schetyna premiera wyznaczy. O tym, kto pokieruje rządem rozstrzygną najpierw wyborcy w głosowaniu powszechnym, potem zaś grono liderów ugrupowań, zdolnych stworzyć parlamentarną większość.

Na czterdzieści dni przed wyborami zwycięstwo Koalicji Obywatelskiej wydaje się – pomimo sondażowej przewagi PiS – jednym z prawdopodobnych wariantów, bo rządzący mogą w ostatniej chwili zapłacić spadkiem poparcia za międzynarodową kompromitację, jaką zafundowali Polsce z odwołaniem wizyty Donalda Trumpa na rocznicę wojny oraz za krajowe nieprawości, związane z aferą hejterską w resorcie Zbigniewa Ziobry. Jednak samodzielne rządy PO-KO wydają się z dziesiejszej perspektywy czymś – tu użyję jednego z ulubionych zwrotów Jarosława Kaczyńskiego – skrajnie mało prawdopodobnym.

Zaś każdego premiera koalicyjnego trzeba będzie mozolnie uzgadniać. Nieskrywana otwartość Małgorzaty Kidawy-Błońskiej na postulaty środowisk LGBT, genderowe i kontrkulturowe wydaje się wykluczać możliwość akceptacji PSL dla jej osoby. Pamiętamy, z jakich powodów na wybory parlamentarne nie powstała koalicja równie szeroka jak na wcześniejsze europejskie. I za co wyborcy negatywnie zweryfikowali tamtą, niby obiecującą.

A bez Polskiego Stronnictwa Ludowego, niedawno skutecznie wzmocnionego środowiskami Kukiz’15 oraz niezależnych przedsiębiorców – demokratycznego rządu w Polsce po wyborach stworzyć się nie da. Oznacza to, że szansę na premierostwo ma albo lider ludowców Władysław Kosiniak-Kamysz albo któryś z polityków Koalicji Obywatelskiej, wyróżniający się umiarkowaniem – również w kwestiach obyczajowych – i zdolnościami negocjacyjnymi. W grę wchodzić mogą pewnie Rafał Grupiński czy eurodeputowany Andrzej Halicki. Najgorsze jednak, co opozycyjni politycy mogliby teraz zrobić, to taką kandydaturę uzgadniać. Rada dla nich powinna dzisiaj brzmieć raczej: do okręgu wyborczego i do pracy…

Nie dzielmy skóry na żywym niedźwiedziu – mówi stare polskie przysłowie. Hałaśliwa konferansjerka Tomasza Zimocha nie zagłusza niepokoju, że PiS wciąż prowadzi w sondażach, pomimo afer z wieżami Srebrnej, ostentacyjnej niemoralności praktyk Małej Emi, na którą zrzucali się sędziowie dobrej zmiany oraz plugastw, emitowanych na antenie ponownie upaństwowionej TVP.

W restauracji Ale Gloria, która stała się scenerią konwencji programowej Koalicji Obywatelskiej Małgorzata Kidawa-Błońska wystąpiła na tle nowego hasła wyborczego: Jutro może być lepsze. To kiepski slogan. Wyborców lepiej mobilizować stwierdzeniem, że jutro lepsze po prostu być musi. Bo inaczej się nie da. Gdy ludzie dostrzegą u opozycji brak zdecydowania – zostaną w domu. Wtedy PiS wygra, a Polska zmarnuje kolejne cztery lata, podobnie jak bezpowrotnie straciła kończącą się kadencję, zdominowaną przez większość „dobrej zmiany”.

Jak uważasz?

Czy Kidawa-Błońska to dobry kandydat na premiera?

Czytaj o wyborach:

[1] Western się nie skończył. Rozmowa z pos. Małgorzatą Kidawą-Błońską. „InGreen” nr 3 z 2013

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 7

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

PRZEZzdjęcie: Twitter
Łukasz Perzyna
Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here