czyli wnioski ze spotkania na szczycie

Wspólna wizyta prezydenta Andrzeja Dudy i premiera Donalda Tuska u Joe’go Bidena nie zaowocowała konkretami, jakich mogli spodziewać się optymiści. Trudno, żeby w stan euforii wprawiła nas zapowiedź sprzedaży przez Amerykanów 96 śmigłowców Apache na kredyt, jakiego nam Stany Zjednoczone udzielą czy przekazania samolotów F-35 oraz 450 wyrzutni HIMARS. Zaś powtórzenie po raz trzeci, że zobowiązania co do wspólnej obrony pozostają w mocy nie uspokoi zatroskanych o własne bezpieczeństwo Polaków w sytuacji gdy miejsce wypowiadającego te słowa demokraty może za dziesięć miesięcy zająć w Białym Domu republikanin Donald Trump.

Słowa o aktualności artykułu piątego Traktatu Waszyngtońskiego miały bez porównania większy ciężar gatunkowy, kiedy dwukrotnie wypowiedziane zostały przez Bidena do tłumów w Warszawie, już po inwazji armii Władimira Putina na Ukrainę. Po spotkaniu w Białym Domu dało się spodziewać bez porównania więcej, niż potwierdzenia, że gospodarz zamierza respektować zawarte umowy międzynarodowe. Faworytem jesiennych wyborów staje się Donald Trump, kandydat republikanów, którzy w Kongresie i Izbie Reprezentantów nie wzdragają się przed blokowaniem pomocy dla Ukrainy wartości ponad 60 mld dol, bo uzależniają ją od uszczelniania granicy z Meksykiem. Albo łączą ze wsparciem Izraela w związku z ubiegłoroczną napaścią Hamasu ze Strefy Gazy. Co nam trudno zrozumieć, ale pozostaje faktem: republikańscy wyborcy bardziej obawiają się nielegalnych imigrantów, nadciągających z południa, niż putinowskich rakiet. Tyle, że potrafili być bardziej dalekowzroczni od własnego elektoratu prezydenci Stanów Zjednoczonych aspirujący do wielkości, jak Woodrow Wilson – uznający prawo Polski do niepodległości za jeden z warunków pokoju w Europie po I wojnie światowej, Franklin Delano Roosevelt co przełamał izolacjonistyczne tendencje i skierował amerykańskich żołnierzy w obronie cywilizacji na fronty II wojny, Jimmy Carter, uznajacy prawa człowieka za fundament amerykańskiej polityki zagranicznej, Ronald Reagan – forsujący i wygrywający wyścig zbrojeń, wreszcie Bill Clinton – który wpuścił nas do NATO, co stanowi fundament bezpieczeństwa Polski.

25 rocznicę tego wydarzenia właśnie obchodziliśmy, z tej właśnie okazji Duda i Tusk zaproszeni zostali do Białego Domu, tyle, że żaden jubileusz nigdy jeszcze nie stał się przyczyną reorientacji polityki zagranicznej. Po raz kolejny pokazano nam raczej miejsce w szeregu. W znacznej mierze dzieje się tak z powodu, że Biden wprawdzie zachował szanse na reelekcję ale chciałby móc to samo powiedzieć o polu manewru w kwestiach polityki wobec Europy Wschodniej. Jeśli spróbuje przejąć część wyborców konkurenta, co wydaje się nieodzowne – może swoje podejście wobec Rosji Putina, dotychczas bez zarzutu, rozmiękczyć. Z fatalnym dla nas skutkiem. Bo naszym kosztem się to odbędzie, poza tym, że oczywiście największymi poszkodowanymi okażą się Ukraińcy. 

Co do Donalda Trumpa z kolei trudno mieć złudzenia. Mniejsza o to, czy rzeczywiście Polskę lubi, co z jego wystąpienia w 2017 roku na placu Krasińskich wynikało jednoznacznie. Kontakty z Rosjanami, w tym w czasie wygranej kampanii wyborczej z 2016 r. pozostają faktem. Niedawne wypowiedzi Trumpa, w tym ostrzeżenia, że Ameryka nie zamierza bronić państw, które nie łożą jak należy na własne bezpieczeństwo – wskazują na niemożność postrzegania go jako obliczalnego sojusznika. 

Andrzej Duda przypomniał, że polscy żołnierze wiele razy stawali na wezwanie Amerykanów. To zresztą prawda, ale wstyd się tym chwalić. Bo po pierwsze to Duda pozostaje jako prezydent zwierzchnikiem sił zbrojnych i on powinien wzywać wojska do działania, skoro pozostajemy krajem suwerennym. Po drugie, angażując się ponad miarę w amerykańską interwencję w Iraku przed dwudziestu laty pogorszyliśmy tylko własne kontakty z potężnymi sojusznikami z Europy, sceptycznymi wobec ekspedycji George’a Busha juniora: to wtedy charyzmatyczny prezydent Francji Jacques Chirac oznajmił, że Polska zmarnowała doskonałą okazję, żeby siedzieć cicho. Pokazał nam miejsce w szeregu, całkiem jak Biden teraz. Zaś udział w interwencji nie przyniósł nam zapowiadanych wcześniej lukratywnych kontraktów zbrojeniowych ani na odbudowę tego arabskiego państwa.  Za to nie wróciło z Iraku prawie 50 Polaków: nie tylko umundurowanych, także dziennikarzy jak Waldemar Milewicz i pracowników cywilnych. Kategoria wdzięczności w poważnej polityce międzynarodowej nie istnieje o czym przekonaliśmy się boleśnie zarówno w 1945 r, kiedy Roosevelt oddał nas w Jałcie Związkowi Radzieckiemu jak w 1981, kiedy z kolei Reagan nie podał przyjaciołom z Solidarności daty wprowadzenia stanu wojennego, chociaż znał ją z raportów Ryszarda Kuklińskiego.  

Prezydent Duda ekscytuje się obecnością 10 tysięcy amerykańskich żołnierzy w Polsce. Pozostaje mieć nadzieję, że zwierzchnik polskich sił zbrojnych zdaje sobie sprawę z faktu, jak liczba ta się ma do sił używanych w toku wojny trwającej na Ukrainie i wyłącznie dla celów propagandowych wytwarza wrażenie, że tego nie pojmuje.        

Zaś ze słów Donalda Tuska, że wszyscy mówili w Białym Domu jednym głosem, wysnuć można wrażenie, że spotkanie zakończyło się fiaskiem: premier wraz z prezydentem nie pojechali przecież do Ameryki po to, żeby niwelować różnice stanowisk między Polską a USA, bo te się wcześniej nie ujawniały. W tej sytuacji efekty spotkania z pewnością nie uspokoją Polaków, zaś Amerykanom – co wzbudza szczególny nasz, bo nie ich przecież niepokój – wydają się doskonale obojętne. 

Rzut oka na mapę wystarczy, Meksyk jest bliżej Waszyngtonu, nie wspominajmy też nawet o swinging states czyli wahających się, czy zagłosować na Bidena czy Trumpa stanach Południa – niż Polska a tym bardziej Ukraina.    

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 3

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here