Uzgodnienia przez opozycję wspólnych kandydatów do Senatu rozwijają się obiecująco i mają sens, pod warunkiem jednak, że kampania do Sejmu prowadzona będzie z pełnym nastawieniem na zwycięstwo i przyszłą koalicję.

Łukasz Perzyna

publicysta pnp24

Pomysł uzgodnionych kandydatów opozycji do Senatu już poskutkował wystawieniem w tych wyborach wielu osobowości o ponadpartyjnym autorytecie. Nawet rządzący zaczęli szukać do izby refleksji fachowców spoza zakonu PiS, o czym świadczy start mec. Jolanty Turczynowicz-Kieryłło. Powalczyć postanowili też cenieni pretendenci niezależni, jak Stefan Hambura. Problem w tym, żeby opozycja nie pogodziła się z myślą, że Sejm odpuści, a porażkę zrekompensuje sobie w Senacie. Trudno mobilizować ludzi do glosowania z nastawieniem, że się je przegra.

Znany dowcip z dawnych lat głosił, że najlepszy chiński środek antykoncepcyjny to szklanka wody: nie przed, nie po, lecz zamiast. Ten żart, pochodzący z czasów sprzed ogłoszenia polityki jednego dziecka w państwie środka, oddaje główne niebezpieczeństwo, jakie wiąże się z operacją uzgodnienia przez opozycję: PO, PSL-Kukiz’15 oraz Lewicę wspólnych kandydatów do Senatu. Projekt rozwija się obiecująco i ma sens, ale wyłącznie pod warunkiem, że towarzyszyć mu będzie kampania do Sejmu, prowadzona z pełnym przekonaniem oraz nastawieniem na zwycięstwo i przyszłą koalicję. Jeśli jednak opozycja przyjmie założenie, że sejmowe wybory przegra, co zrekompensuje sobie w Senacie z nową demokratyczną większością – projekt przyniesie więcej szkody niż pożytku.

Warto pamiętać, że to co PiS chciał w państwie polskim zmienić, już uchwalił. Ustawy sądowe pozwoliły przejąć znaczną część wymiaru sprawiedliwości a wobec opornych uruchomić lawinę utajnionego choć państwowego hejtu. Ogniskiem trądu – jak pokazała afera Łukasza Piebiaka – okazało się samo Ministerstwo Sprawiedliwości.

Za czynienie dobra nie wsadzamy

Planowanie ataków internetowych na sędziego odbywało się w języku raz biurokratycznym raz w poetyce gangsta rapu. Czasem przywodzi na myśl operatywkę służb specjalnych, niekiedy bardziej naradę zorganizowanej grupy przestępczej.

Read more

Błyskawiczna nowelizacja ustawy o radiofonii i telewizji doprowadziła nie tylko do przejęcia mediów, ale uczynienia z tych publicznych instytucji agend państwowych o reputacji porównywalnej z czasem stanu wojennego, kiedy to spikerzy występowali w mundurach zamiast niemodnych garsonek, które prezentuje Holecka. Proceder ten zalegalizowała operetkowa Rada Mediów Narodowych, złożona z wysłużonych gwiazdeczek i ulubieńców prezesa, przejmując istotne uprawnienia zapisanej w Konstytucji RP Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.

Przyszły Senat z demokratyczną większością może blokować kolejne złe ustawy. Nie przeforsuje jednak własnych. Nie powoła też komisji śledczych, bo inaczej niż w USA – wedle polskiego prawa od tego jest Sejm. Izba refleksji, jak dotychczas pół żartem pół serio przywykło się Senat nazywać – stanie się izbą protestu. Tylko tyle. Niech nam politycy nie wmawiają, że aż tyle – skoro tego samego 13 października, kiedy nowy Senat zostanie wyłoniony, odbędą się wybory do Sejmu, przesądzające kwestię przyszłej większości rządzącej.

Ordynacja do Senatu ułatwia porozumienie, bo wybory są większościowe w okręgach jednomandatowych. Zwycięzca bierze wszystko – czyli mandat. Słabsi mogą więc dobrowolnie ustąpić silniejszym konkurentom z opozycji w negocjacjach zanim i tak wyeliminują ich wyborcy, wrzucając kartki do urny. Rezygnacja ze startu tych, którzy i tak szans nie mają, sprawia, że nie rozbiją głosów demokratycznego antypisowskiego elektoratu i nie utrudnią zadania kolegom. Jednym słowem – wszystko sprzyja porozumieniu, które zawarto. Ważne, by na nim nie poprzestawać. Nie uznać, że porażkę do Sejmu powetujemy sobie w Senacie. Inaczej bowiem z tym senackim zwycięstwem będzie z jak z chińskim środkiem antykoncepcyjnym: nie przed, nie po, lecz zamiast…

Niewiele z tego niestety rozumieją liczni komentatorzy, plotący o „wspólnych listach do Senatu”. Tymczasem do Senatu – o czym wie inteligentny licealista – właśnie nie ma list… Są poszczególni kandydaci, spośród których mandat zdobędzie jeden, z najlepszym wynikiem. Inaczej jest do Sejmu, gdzie obowiązuje ordynacja proporcjonalna: tam mandatów z okręgu wyborczego mamy od 7 (Częstochowa) do 20 (Warszawa), a popularny lider zyskując wielkie poparcie może zapewnić poselski byt mniej cenionym kolegom.

Przekonaliśmy się o tym cztery lata temu w stolicy, gdzie Ryszard Petru zdobywając 129 tys. głosów wprowadził tym samym do Sejmu kolejnego z najlepszym wynikiem kandydata z listy Nowoczesnej Zbigniewa Gryglasa, który uzyskał poparcie ledwie tysiąca wyborców, a niedługo po złożeniu przysięgi poselskiej podryfował do rządzącego PiS, kpiąc tym samym tak z lidera jak elektoratu – jednym słowem wszystkich, którym mandat zawdzięcza. Taką mamy demokrację, ale też trzeba pamiętać, że brakuje jej idealnego modelu, a do ludzi żyjących z polityki należy znajdowanie furtek, pozwalających na jak najlepsze jej funkcjonowanie. Projekt wspólnych kandydatów opozycji do Senatu wydaje się jedną z nich.

To już działa. Władysław Kozakiewicz mistrz w skoku o tyczce na olimpiadzie w Moskwie, zapamiętany ze słynnego gestu, którym po zwycięstwie odpowiedział na ryki szowinistycznej radzieckiej widowni – zachęcony przez PSL został kandydatem opozycji do Senatu z Dolnego Śląska. Dawny poseł KPN i AWS Krzysztof Kamiński, znany z promowania ustawy o restytucji niepodległości, która pozwoliłaby na jasne zerwanie z PRL, ale uwalona została wspólnie glosami SLD Kwaśniewskiego i PC Kaczyńskiego – powalczy o mandat z okręgu pod Lublinem, obejmującego Świdnik i Kraśnik. W Warszawie w roli kandydata do Senatu powraca Kazimierz Michał Ujazdowski, kiedyś minister kultury pozostający dla następców niedoścignionym wzorem, bo dbał zarówno o zabytki jak i prawdę historyczną (ujawnianie dokumentów dotyczących stanu wojennego, w czym miałem okazję na łamach „Życia” uczestniczyć). Wystartują też do Senatu wybitni samorządowcy Elżbieta Radwan i Wadim Tyszkiewicz.

Prawdziwe piękno demokracji polega jednak na tym, że z udanego projektu korzystają wszyscy – a nie tylko ten, kto go zgłasza. Również ci, przeciwko którym w teorii jest on politycznie wymierzony. To nie paradoks, ale sens najlepszego z ustrojów, którego zręby – wraz z podstawami filozofii, dramatu czy poezji – zbudowali jeszcze starożytni Grecy.

Po kandydatach PiS do Senatu widać, że są lepsi od liderów list sejmowych. W okręgu bydgoskim o mandat powalczy z poparciem partii rządzącej mecenas Jolanta Turczynowicz-Kieryłło, ceniona adwokatka znana także z wielu społecznych inicjatyw popularyzujących dobre prawo (Akademia de Virion), a przed laty również mistrzyni szachowa. Do Senatu wystartuje też w barwach PiS łodzianin Marek Markiewicz, pierwszy w historii przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.

Sam zdecydował się na kandydowanie w Warszawie wsparty przez Bezpartyjnych i Samorządowców mec. Stefan Hambura. Nawet ci, którzy telewizję oglądają nie wypuszczając pilota z ręki znają jego charakterystyczne binokle w stylu retro, sprawiające wrażenie odwróconych. Zainteresowani polityką kojarzą mecenasa z wytrwałej walki o prawa polskiej mniejszości w Niemczech – bo paradoks demokratycznej Bundesrepubliki polega na tym, że wciąż nie przywróciła polskiej społeczności praw, które odebrał jej kanclerz Adolf Hitler. Stefan Hambura wspiera też polskie rodziny w walce z bezdusznością zbiurokratyzowanych i działających po orwellowsku niemieckich Jugendamtów. Pomaga potomkom ofiar zbrodni hitlerowskich przy roszczeniach o zadośćuczynienie. Wybrał okręg w którym oprócz mieszkańców Śródmieścia zagłosują rodacy z zagranicy.

Pomysł więc już się po części udał, jeśli okazało się – a tak jest niewątpliwie – ze nie tylko opozycja musi zadbać o jakość kandydatów do izby refleksji. Zaś cenionym niezależnym autorytetom dokonująca się w świadomości politycznej zmiana dopomogła w przekroczeniu Rubikonu instytucjonalnej polityki.

Wszystko w rękach wyborców. Politycy mają nam tylko dobrych rozwiązań nie obrzydzać, skoro już zadali sobie ten trud i je wymyślili. Chyba nie za wiele od nich wymagamy. Jeśli ktoś uzna, że to idealizm – można odpowiedzieć, że nigdy nie jest tak źle, by nie mogło być choć trochę lepiej.

Jak uważasz?

Wspólna lista opozycji do Senatu to...
  • dodaj swoją odpowiedź

Czytaj Łukasza Perzynę:

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 9

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

PRZEZzdjęcie: Wikimedia, Katarzyna Czerwińska
Łukasz Perzyna
Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here