Obiecywano im złote góry, ale nie nauczono wspólnego działania. W łagodnych warunkach demokracji nie nabyli odporności, która starszych kolegów impregnowała na socjalizm i jego absurdy. Pokolenie, wchodzące w dorosłe życie już po zmianie ustroju i nie pamiętające innego okaże się najbardziej poszkodowane nie przez samą epidemię koronawirusa ale przez jej gospodarcze i społeczne skutki.      

Władza wprawdzie nie umie walczyć z koronawirusem, za to z lubością robi to, co najlepiej potrafi: wystawia cenzurki społeczeństwu, chociaż w dojrzalszych demokracjach zwykle… bywa odwrotnie. – Poziom dyscypliny społecznej jest bardzo duży – podkreślił minister spraw wewnętrznych i koordynator służb specjalnych Mariusz Kamiński. Rzecz działa się 1 kwietnia, więc można powiedzieć, że to smutny Prima Aprilis dawnego antykomunistycznego radykała, który nagle przemówił w stylu charakterystycznym kiedyś dla generała Czesława Kiszczaka. Zamiast o dyscyplinie – nawet jeśli Kamińskiego nią w domu bito – społeczeństwo chciałoby usłyszeć o odpowiedzialności. Więcej, należy mu się wielka pochwała za trud i mozół walki z koronawirusem, rozkładający się równomiernie na wszystkie pokolenia i grupy społeczne.

Z medycznego punktu widzenia grupami najwyższego ryzyka są ci którzy najgorzej chorobę znoszą: najstarsi – powyżej 65 roku życia oraz dzieci i młodzież poniżej osiemnastki. Ci pierwsi zyskali na wyłączność własne dwie godziny obsługi w sklepach (10-12), tę drugą grupę obłożono kategorycznym zakazem wychodzeniaz domu. Zachorowania trapią jednak wszystkie roczniki, nikt przed COVID-em 19 nie może czuć się bezpieczny.

W wymiarze społecznym a nie medycznym szczególnie poszkodowane okaże się pokolenie, które wkroczyło w dorosłe życie już po zmianie ustroju i nie pamięta poprzedniego. Skoro nie zajmują się nim politycy (w tej grupie udział w wyborach nie jest szczególnie masowy) ani sternicy gospodarki (niewielu w niej szefów firm ani prezesów spółek Skarbu Państwa), warta jest przynajmniej uwagi analityków. Jako przedstawiciel „pokolenia zwycięzców”, generacji skutecznego przełomu ustrojowego z lat 1988-89 czuję się poniekąd zobowiązany dostrzec ich problem, bo nasi następcy nie mają odporności, która cechowała naszych poprzedników – przedsiębiorców-pionierów w firmach polonijnych borykających się z biurokracją z wolna reformującego się socjalistycznego ustroju. Brakuje im też legendy czy jednoczącej narracji, która wiąże się z nami jako pierwszym polskim szczęśliwym pokoleniem od czasów legionistów i peowiaków, twórców międzywojennej niepodległości, której nikt już nie pamięta. Nasi następcy nie mają nawet wyrazistego przeżycia pokoleniowego, którym dla poprzedników zwanych millenalsami stało się przystąpienie Polski do Unii Europejskiej. Co więcej – rocznikom najczęściej zbiorowo definiowanym jako najmłodsza aktywna dziś na rynku pracy Generacja Z (przez analogię, bo skupionych na przełomie wieków millenalsów określano też jako Generację Y) grozi, że tym przeżyciem pokoleniowym stanie się dla nich obecna pandemia koronawirusa i jej destrukcyjne następstwa społeczno-gospodarcze, prognozowany najgorszy kryzys od 1929 r. (którego to załamania też już nikt nie pamięta). Nie zazdroszczę.

Najstarsze obecne dziś na rynku pracy generacje: pokolenie Sierpnia 80 obejmujące urodzonych od 1950 r. do wczesnych lat sześćdziesiątych świetnie opisane w udokumentowanej solidnymi badaniami książce Grzegorza Nowackiego [1] oraz późniejsza generacja zwycięzców (przyszli na świat ok. 1965) najskuteczniej borykają się z trudnościami życia codziennego i zawodowego, bo pamiętają je z młodości w czasach gospodarki niedoborów i władzy programowo wrogiej przedsiębiorczości.   

Roczniki, wchodzące w dorosłość w nowej Polsce korzystały z dobrodziejstw demokracji i kapitalizmu, chociaż nie stały się ich głównymi beneficjentami. Innych form ustrojowych nie pamiętają. Dziś stają w obliczu sytuacji, w której demokracja już – wobec autorytarnych zapędów PiS – a kapitalizm za chwilę… przestaną działać. Beneficja okażą się ulotne, przywilej późnego urodzenia okaże się  przekleństwem.

Zamiast optymizmu Francisa Fukuyamy, głoszącego tytułowy „koniec historii” w chwili upadku komunizmu i wielu anachronicznych prawicowych dyktatur w Trzecim Świecie (od Filipin po Chile), w miejsce waleczności Samuela Huntingtona, co głosił nieuchronność sporu między cywilizacją demokracji a domeną fundamentalizmu, czy Benjamina Barbera widzącego podobne starcie między „McŚwiatem” a „Dżihadem” – najskuteczniejszym prognostą nowej epoki, czym zapewne sam jest przerażony, okazał się amerykański Libańczyk Nassim Taleb, twórca teorii czarnego łąbędzia. Głosi ona, że kluczowy wpływ na dzieje ludzkości mają zdarzenia, których nie potrafimy w żaden sposób przewidzieć. Oznacza to, że najmłodszą aktywną zawodowo i społecznie generację zamiast jak dziś enigmatycznie pokoleniem Z przyjdzie być może nazwać pokoleniem chaosu, ze wszystkimi tego stanu rzeczy konsekwencjami.

W ciekawy sposób ujmuje świadomość pokolenia, które przyszło po zwycięzcach dziekan z ASP Katarzyna Kasia, która na wybory 1989 r. poszła jako dziecko towarzysząc mamie i tacie: „Mogliśmy się tej zmianie przyglądać, chociaż nie mieliśmy jeszcze prawa, żeby o niej decydować. Myślę sobie, że może właśnie to poczucie braku wpływu na wydarzenia było dla nas konstytutywne. To nie my głosowaliśmy w pierwszych częściowo wolnych wyborach i nie my dorabialiśmy się na brutalnym rynku szokowej neoliberalnej terapii gospodarczej. Mogliśmy natomiast ponosić konsekwencje”. Autorka przypisuje swojej generacji „(..) poczucie, że możemy być co najwyżej świadkami, a nie twórcami historii” [2]. Jak się wydaje, z każdym kolejnym rocznikiem pogłębia się ono jeszcze, świadczą o tym dane o frekwencji wyborczej. W najmniejszym stopniu sprawcami czy współautorami zdarzeń, które wpływają na warunki ich życia czują się ci, którzy poprzedniego ustroju nie mogą pamiętać, bo urodzili się po jego upadku, czyli starsi z millenalsów oraz w całości pokolenie Z.   

Na Zachodzie na reaganowskim i thatcherowskim boomie gospodarczym skorzystało pokolenie yuppies, którego nazwa pochodziła od wyliczającego skrótu od young urban professional – młody mieszkaniec miasta, zawodowiec w swojej branży. W Polsce Paweł Śpiewak w swoim kultowym tekście w „Res Publice”, pierwszym prywatnym ale też nie związanym z Kościołem wydawanym oficjalnie piśmie pomiędzy Łabą a Władywostokiem zaadoptował to pojęcie, tworząc swojskiego „japiszona” z żoną „japiszonką”. Ale też kategorię pokoleniową zawęził do środowiskowej – bo japiszon niezależnie od wieku to polski inteligent, kultywujący swój styl życia i rozmowę jako wartość, bywały w świecie, choć kiepsko znający języki obce. Gdy pojawili się wreszcie po zamianie ustroju  polscy yuppies w świecie finansjery, mediów czy reklamy – stanowili część pokolenia zwycięzców, nie brakowało wśród nich uczestników studenckich czy nawet robotniczych protestów z wiosny 1988 r, którzy utorowali drogę zmianie ustrojowej – osobiście znam robotników, którzy po spotkaniach w Klubie im. Jana Strzeleckiego i uzupełnieniu formalnego wykształcenia pozakładali firmy consultingowe czy „eventowe”, zdarzało się nawet, że w nowym charakterze uczestniczyli w negocjacjach, decydujących o losie ich dawnych zakładów pracy.

Na Zachodzie następcami yuppies stali się przedstawiciele Pokolenia X. W odróżnieniu od yuppies – cechował ich minimalizm, obowiązujący już wtedy również w sztuce i designie wnętrzarskim. Głosem tej generacji stał się pisarz Douglas Coupland. Jego bohaterowie mają wyłącznie „McPrace”, zawodowe zajecia masowe i byle jakie jak żarcie z najpopularniejszej korporacji – i tym się kontentują, nie zabiegając o więcej, walkę o posady i miliony na koncie pozostawiają generacji poprzedników. Sami lubują się w niewiele zmieniających świat wokół zachowaniach – bohater Couplanda organizuje iluminację, zapalając w domu równocześnie setki świec, żeby było ładnie… Pokolenie X nie rezygnuje jednak z wygody. Bohaterka Couplanda wychodząc z festiwalu alternatywnego rocka mówi do partnera: – Jesteśmy na bosaka, ale czeka na nas subaru twojego taty.   

Za to wschodnioeuropejscy odpowiednicy Pokolenia X nie propagowali minimalizmu, ich wartości bliższe pozostają raczej generacji yuppies, wtapiają się w pokolenie zwycięzców. Dla kolejnej generacji millenalsów popularnym, chociaż nie ewidentnie powszechnym doświadczeniem stał się epizod wyjazdów zarobkowych za granicę – jedną z prób zarysowania ich tożsamości od tej strony stał się film Anny Kazejak „Oda do radości” zestawiający trzy historie okazjonalnych młodych imigrantów zawieszonych między Polską a Unią, w popularnej formie dotykali tego również telewizyjni „Londyńczycy”.

Kolejne roczniki po zmianie ustrojowej uczono rywalizacji a nie zachowań wspólnotowych, na nie nastawiona była szkoła, w czasach boomu edukacyjnego promująca system konkursowy a nie kooperację, testy a nie zajęcia w grupie jak w Skandynawii, przebojowość i agresywność a nie empatię i koncyliacyjność. W praktyce jednnak tworząc firmy musieli najczęściej uzależnić się od kredytu. Sytuacja jego spłaty okaże się bardziej dramatyczna niż dla przyzwyczajonych do pazerności socjalistycznego jeszcze państwa (podatki i kontrole) starszych roczników. Żaden bank zachęcając do kredytu na firmę nie dzielił się prognozami, zakładającymi kryzys. Młodym obiecywano – wbrew wnioskom z historii gospodarki opartej na cykliczności zjawisk – permanentną dobrą koniunktury. Paradoksalnie ten dyżurny optymizm instytucji finansowych podtrzymywała oficjalna propaganda rządów PiS, łacząca choćby 500+ z pozytywnym bodźcem konsumpcyjnym dla gospodarki. Nawet, jeśli w rzeczywistości skumulowane środki ze świadczenia przeznaczano na zakup starych samochodów z Niemiec.     

Młodzi – poza czasem kampanii wyborczych i glosowań – nie są już zainteresowani historycznymi sporami, zresztą od przemiany ustrojowej do dzisiaj upłynęło rownie wiele czasu co od Powstania Warszawskiego do rządów gierkowskich. Potrafili jednak niespodziewanie się zjednoczyć i samodzielnie wystąpić gdy czuli się przyparci do muru – jak wtedy, gdy przeciw projektowi ACTA demonstrowali w obronie wolności w sieci. Obeznani z nowoczesnymi technologiami, potrafili być wybredni tak w doborze pracodawcy jak własnego projektu życiowego.

Pewne formy organizacji – jak związki zawodowe – zostały przez młody salariat całkowicie odrzucone, używający wciąż historycznej nazwy NSZZ „Solidarność” stał się klubem związkowych aparatczyków dobiegających sześćdziesiątki, podobnie jak OPZZ wciąż hodowany przez dawnych towarzyszy.

Jak nas zmieni epidemia

Zwykli ludzie radzą sobie lepiej niż władza, na którą trudno liczyć, chociaż wprowadziła środki kojarzone ze stanem wyjątkowym, tyle że bez użycia tej nazwy. Już teraz warto myśleć nad wychodzeniem z kryzysu, spowodowanego epidemią koronawirusa, który w Polsce obnażył słabości nie tylko opieki zdrowotnej.     Nawet w wojnie z terroryzmem po atakach na World Trade […]

Read more

Nowych organizacji ani zachowań wspólnotowych nie rozwinęli także młodzi przedsiębiorcy. Zresztą również ich starsi koledzy nie zdobyli się na reaktywowanie w wolnej Polsce powszechnego samorządu gospodarczego. Jego brak odczuwają teraz w strasznych dniach epidemii i narastającego kryzysu wszystkie przedsiębiorcze pokolenia. Każda nowa inicjatywa, jeśli tylko z chasu się wyłoni, będzie więc musiała stać się również formą spotkania ponad generacyjnymi podziałami. W tym sensie doświadczenie starszych roczników, otrzaskanych w dawnej walce z biurokracją, domiarami i prawem powielaczowym, może okazać się przydatne dla wszystkich, którzy przyszli po nich. Przedsiębiorcy z pokoleń Sierpnia 80 i zwycięzców mają więc przed sobą misję i wyzwanie. Jeśli wyciągną rękę do młodszych roczników, mogą znów odegrać historyczną rolę, bo niechęć do wspólnej reprezentacji środowiska ustąpi w obliczu zagrożenia podstaw bytu i faktycznego zakwestionowania wszystkiego, czym żyły dotychczas kolejne generacje. W wymiarze obyczajowym już się tak dzieje: przedsiębiorcy czy pracownicy korporacji przyzwyczajeni do kilkunastu godzin pracy w biurowcach czy spotkań w restauracjach wobec zamknięcia jednych i drugich muszą organizować sobie czas w domu lub wynajętym mieszkaniu. Od starszych roczników zależy, czy wszystko zmieniać się będzie żywiołowo czy pojawią się nowe wspólnotowe inicjatywy i projekty, na początek na zasadzie policzenia się i akcji ratowniczej.

Nie ma rady na pandemię

Zakłopotanie przedstawicieli opozycji po posiedzeniu rady wydaje się szczere: nie dowiedzieli się niczego nawet o terminie wyborów, czyli kwestii, która władzę obchodzi bardziej niż zagrożenie epidemią. Dowodzi tego „doktryna Kaczyńskiego” sformułowana w wywiadzie z jego ulubieńcem Ziemcem: nie zdarzyło się nic takiego, żeby wybory przekładać. Z egoistycznej perspektywy prezesa epidemia niewiele zmieniła w jego życiu, od rzeczywistości izolują go długie szpalery ochroniarzy, zastępy wiernych działaczy i oddane państwowe media. Ale dla Polaków walka z koronawirusem oznacza przymusową korektę wielu ich zwyczajów. I zmusza do codziennych wyrzeczeń. Z czasem rozliczą za to rządzących.

Read more

Tym bardziej, że przyjdzie zetknąć nadzieje kolejnych pokoleń z rzeczywistością. A są to aspiracje niemałe. Z raportu Akademii Liderów Fundacji dr. Bogusława Federa wynika, że ponad połowa nastolatków marzy o założeniu własnej firmy [3]. Jak widać PiS-owi nie udało się wychować pokolenia 500+, młodzi wiążą swoje plany z aktywnością a nie ustawianiem się w kolejce po świadczenia społeczne.                                    

[1] por. Grzegorz Nowacki. Kultura polityczna pokolenia „sierpnia 1980”. Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1991
[2] Katarzyna Kasia.  Nie mogliśmy decydować, ale ponosimy konsekwencje. My, pokolenie transformacji. Kultura Liberalna.pl dostęp kwiecień 2020
[3] Maciej Badowski. Młodzi i przedsiębiorczy… Strefa Biznesu.pl z 6 lutego 2017              

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 4

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna
Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here