Wielki architekt Pniewski widział to inaczej, jako gigantyczną mozaikę. Dziś czarną fasadę gmachu NBP warszawiacy przezywają trumniakiem bądź Darth Vaderem. Kiedy to miejsce stanie się wreszcie godne swojej nazwy?

Z jednej strony TAI-TVP i KNF, z drugiej NBP – plac upamiętniający Powstańców Warszawy nie ma szczęścia do sąsiedztwa. Jednak jeśli cieszące się złą reputacją instytucje zadbają o to miejsce – poprawią swój wizerunek. Zaś lubujący się w pomnikach rządzący zyskują niepowtarzalną szansę, by stworzyć upamiętnienie, które wreszcie – w odróżnieniu od dotychczas stawianych przez nich monumentów – połączy Polaków zamiast ich dzielić.

W miejsce górującej nad placem czarnej dziś ściany Narodowego Banku Polskiego – obraz, płaskorzeźba lub inna kompozycja. List, stanowiący inicjatywę Dariusza Grabowskiego wydaje się głosem rozsądku. Pomysł dawnego eurodeputowanego, by w tym miejscu powstała Polska Guernica, odpowiednik arcydzieła Pabla Picassa – upamiętnienie na miarę wielkości i tragedii Powstania Warszawskiego – wsparło swoimi podpisami wiele cenionych osób.

Gdy urodzony w 1950 roku Dariusz Grabowski szedł do pobliskiej podstawówki nr 38, placowi Wareckiemu (który wcześniej w historii nosił też imiona Dzieciątka Jezus, a potem Napoleona) nadano imię Powstańców Warszawy – bo w 1957 r. Władysław Gomułka wprawdzie zamykał już pismo „Po Prostu” i kazał milicji rozpędzać protestujących przeciwko temu studentów, ale liczył się jeszcze z opinią publiczną i jej uzasadnionymi sentymentami. Zresztą właśnie na łamach „Po Prostu” Jan Olszewski w artykule „Na spotkanie ludziom z AK” upomniał się o dobrą pamięć powstańców, równocześnie surowo oceniając zamysł polityczny, który legł u podstaw decyzji o wybuchu insurekcji warszawskiej. Przez lata jednak nazwa placu pozostawała jedynym upamiętnieniem bohaterstwa warszawiaków z tamtych sierpniowych i wrześniowych dni.

Gdy autor tego skromnego felietonu, urodzony w 1965 r. był w czwartej klasie podstawówki nr 38 im. Marii Skłodowskiej-Curie, dokładnie tej samej, którą kończył wcześniej Grabowski – na wschodniej ścianie Placu Powstańców wyrosła ogromna czarna konstrukcja nad salą operacyjną Narodowego Banku Polskiego. Jedni doszukiwali się w niej skojarzeń z bankowym sejfem, inni podkreślali, że czerń pasuje do klimatu powagi, należnej temu miejscu. Dobór nazwy placu nie był bowiem przypadkowy, wprawdzie niemal w całej powstaniowej Warszawie toczyły się ciężkie walki, ale ich zaciętość na ówczesnym placu Napoleona sprawiła, że z okolicznych budynków nie pozostał nawet przysłowiowy kamień na kamieniu, co stało się udziałem choćby przedwojennej Poczty Głównej, wzniesionej w stylu monumentalnym w latach 1912-16.

Gdy autor tego artykułu szedł już do ósmej klasy podstawówki numer 38, kolejny zabiegający o popularność komunistyczny przywódca Edward Gierek – w odróżnieniu od Gomułki u schyłku, a nie na początku swoich rządów – przystał na kolejne upamiętnienie. W miejsce kiosku Ruchu – w którym kolega z klasy co rano kupował „Trybunę Ludu” nie dlatego, że kochał PZPR, tylko z innego powodu: miała najlepszy dział sportowy – dokładnie naprzeciw naszej szkoły numer 38 położono tablicę, upamiętniającą ciężkie walki, jakie w trakcie powstania toczył w tym miejscu Batalion Armii Krajowej „Kiliński”. Wokół płyty wyrosły symboliczne konstrukcje, przypominające barykady. Jako czternastolatek z pobliskiej szkoły 38 zapamiętałem doskonale, z jaką furią starsza pani – zapewne uczestniczka walk sprzed lat – zareagowała kiedyś na zachowanie turysty, który fotografując rodzinę na tle pomnika, na jednej z tych płyt dla wygody postawił nogę. Byłem wtedy bez reszty po stronie tej kombatantki, a nie barbarzyńcy z aparatem.

Na płycie ku czci Batalionu Kiliński każdego 1 sierpnia składano kwiaty, jednak głównym miejscem, w którym spotykali się tego dnia warszawiacy pozostały Powązki. Aż o popularność wśród warszawiaków, znowu u schyłku swoich rządów zaczął zabiegać kolejny komunistyczny lider, Wojciech Jaruzelski. Przystał na pomnik Bohaterów Powstania Warszawskiego, wzniesiony u zbiegu Placu Krasińskich i Długiej, gdy autor tego tekstu kończył piąty rok studiów.

Z tamtego niespokojnego i budzącego nadzieję lata 1989 roku zapamiętałem scenę w autobusie, który przystanął blisko nowego pomnika. Wracaliśmy z koleżanką z jakiejś opozycyjnej roboty, zajęć nie brakowało, w klimacie wszechobecnych w kraju zmian sporym rozczarowaniem pozostawało, jak władza do końca podkreśla, że buduje pomnik bohaterom, a nie samemu powstaniu, chociaż Jaruzelski nie był już nawet pierwszym sekretarzem, lecz prezydentem, wybranym dzięki matactwom części posłów powtórnie zarejestrowanej Solidarności, którzy w kilka tygodni po czerwcowym zwycięstwie nie zawahali się napluć w twarz własnym wyborcom. Gdy patrzyliśmy przez okno autobusu na nowy monument przy placu Krasińskich, Magda odezwała się, że trzeba go będzie kiedyś zburzyć. Odpowiedziała jej spokojnie starsza pasażerka: – Pomniki są dla nas, starych. Nie dla was, młodych. Zostawcie je. Wstydziłem się wtedy za koleżankę, w myślach przyznawałem rację kombatantce, jak przed laty tamtej pani, znów po latach broniącej przed barbarzyńcami powstańczych barykad… Zaś podejście Magdy do pomników pewnie się przez trzydzieści lat zmieniło, skoro dziś moja ówczesna koleżanka z opozycji zasiada w Komitecie Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. To wcale nie anegdota, a Norwid mawiał w takich sytuacjach, że nie zmyślili tego wieszcze, bo zbyt jest piękne.

Na plac Powstańców Warszawy powrócił parę lat temu dawny patron tego miejsca, Napoleon. Pomnik mu się należy, niech upamiętnia nie krwawe ekspedycje „boga wojny”, lecz nadzieje Polaków, utrwalone w kulturze, od „Popiołów” Stefana Żeromskiego po ich ekranizację Andrzeja Wajdy. Spoglądam na oblicze cesarza Francuzów, ostatnio sprawia wrażenie zadowolonego ze swojej lokalizacji: szczęśliwie mały kapral ustawił się tak, że nie musi patrzeć na NBP, na KNF ani na TAI, żadne z miejsc, kojarzonych z aferami lub przynajmniej nieprawościami z ostatnich miesięcy. Ale odłóżmy żarty na bok, skoro sprawa jest poważna. Każda z tych instytucji zyskuje niepowtarzalną – a moim zdaniem wręcz niezasłużoną – szansę poprawienia swojego wizerunku, jeśli tylko pozytywnie i z sensem odpowie na apel dawnego eurodeputowanego Grabowskiego i innych sygnatariuszy. O Polską Guernikę.

Czas, by plac okazał się wreszcie… godny swojej nazwy. Dziś nawet jej rozpoznawalność okazuje się znikoma, co wydaje się niepojęte. Ale niestety prawdziwe.

Niedawno pracownik jednej z instytucji finansowych zapraszał mnie na spotkanie do jej siedziby – nie chodziło akurat o NBP – przy, jak się wyraził, „placu Powstańców Śląskich”. Przypomniało mi się wtedy, jak przedstawiając się jako dziennikarz „Tygodnika Solidarność” zadzwoniłem do biura prasowego prezydenta, którym był wtedy Lech Kaczyński i zapytałem o program, jaki mają na rocznicę 13 grudnia. Usłyszałem wtedy od zdziwionej biurokratki z tego najbardziej patriotycznego z urzędów: – A co było tego 13 grudnia? Jakaś wojna, tak?

Jeśli komuś z tym będzie lżej, niech uzna, że to wymyśliłem. Paradoksalnie trudno oprzeć się wrażeniu, że im bardziej hurrapatriotyczna okazuje się propaganda, do której odwołuje się każda kolejna polityczna władza – tym mniej rozumie z tego nawet jej własny aparat. A kłamstwo zaprzęgnięte w służbę wojny plemiennej i ukryte pod eufemizmem polityki historycznej ma krótkie nogi. Kwestionowanie zasług Lecha Wałęsy nie upowszechniło w społeczeństwie przekonania, że przez mur Stoczni Gdańskiej przelazł w pamiętnym Sierpniu Jarosław Kaczyński, podobnie jak wygwizdywanie na Powązkach 1 sierpnia Władysława Bartoszewskiego nie utrwaliło poglądu, że nie on był powstańcem, tylko Antoni Macierewicz – naprawdę znany bardziej z kultu czerwonego rzeźnika Guevary i ze wspierania walki socjalistycznego Wietnamu pod ambasadą amerykańską.

Znowu odłóżmy jednak żarty na bok, nawet te gorzkie: ci, którzy zmarnowali nie tylko dla siebie, ale i dla Polski ostatnie lata – mają wreszcie niepowtarzalną szansę zrobić coś pożytecznego. Znacie Państwo powiedzenie, że gdy dwóch mówi to samo – to nie jest już to samo. Dariusz Grabowski adresuje swój apel do szefa Narodowego Banku Polskiego Adama Glapińskiego. LINK Wiedząc, że ten cokolwiek zrobi tylko wówczas, jeśli Kaczyński do niego zadzwoni – nakłaniałbym do działania raczej rząd PiS: za to bierze pieniądze, które – jak dowiedzieliśmy się od poprzedniczki premiera Mateusza Morawieckiego Beaty Szydło „się po prostu należą”.

Nie ograniczałbym się do reliefu na ścianie – choć to plan minimum – warto by cały plac Powstańców uczynić odpowiednikiem meksykańskiego placu Trzech Kultur, prezentującego najważniejszą dla stolicy ideę. Łatwo paplać bez efektu o polityce historycznej i wstawaniu z kolan, a potem pytać macherów od sondaży czy słupki wzrosły, trudniej naprawdę godnie bohaterów historii uwiecznić. Czekamy.

Pewnie każdy z nas może opowiedzieć własną, subiektywną historię warszawskich upamiętnień. I jesienią, gdy bronią stanie się kartka wyborcza, powiedzieć: sprawdzam. Do tego również zachęcam.

Redakcja zachęca do zapoznania się z inicjatywą “Warszawskiej Guerniki” i przesłanie poparcia i umieszczenie swojego podpisu pod inicjatywą na e-mail redakcja@pnp24.pl.

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 1

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Łukasz Perzyna
Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here