Błazeńska obrona rodziny i katolicyzmu przez starego kawalera Kaczyńskiego, który jeszcze niedawno sekował przeciwników aborcji we własnej partii utrudni mu pozyskiwanie inteligenckiego elektoratu, bez którego jesienią nie wygra. Z kolei Schetyna tolerując wybryki zawodowych przeciwników Pana Boga… utorował Wiośnie Roberta Biedronia drogę do Europarlamentu.

Jednak mniej istotne wydaje się, którzy politycy tracą na rozpętaniu zimnej wojny religijnej, a którzy zyskują – ten drugi zbiór obejmuje na razie wyłącznie trójkę europosłów Wiosny, w tym samego Biedronia. Paradoksem pozostaje, że w kwestiach religii obaj liderzy głównych partii wykazywali się wcześniej bezbarwnością przekonań lub lansowali poglądy przeciwne tym, które głoszą ostatnio. Zabiegający o wstęp na warszawskie salony Jarosław Kaczyński przed laty wyniośle drwił ze słuchającego biskupów Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego, że stanowi najkrótszą drogę do dechrystianizacji Polski. Grzegorz Schetyna jako działacz Unii Wolności nie wspierał osobistych przeciwników Pana Boga, których nie brakowało w tej partii, a już w roli posła PO chętnie uczestniczył w partyjnych rekolekcjach łagiewnickich. To twarde fakty. Tymczasem harcownicy obu stron nie przebierają w słowach: jedni widzą w Koalicji Europejskiej cywilizację śmierci, inni w PiS czy samym Kościele inkwizycję lub lobby pedofilskie. I to pomimo tego, że kampanię mamy już za sobą.

Dotkliwe koszty emocji, rozpętanych przez obłudnych polityków ponosimy wszyscy – bo cierpi na tym dyskusja o sprawach, które odczuwamy na co dzień (jak drożyznę, przejawiającą się w lawinowym wzroście cen podstawowych produktów, zaniedbanie rolnictwa czy patologie rynku pracy związane z psuciem go przez napływ Ukraińców) i pogarsza się obraz Polski w świecie.

Spór jest fałszywy, bo we współczesnej Polsce nie dyskryminuje się ani katolików ani ateistów. Nauczanie religii w szkołach pozostaje dobrowolne, a nie przymusowe – chociaż przeniesienie tam zajęć sprawiło, że parafie, w latach 80 tętniące życiem, przestały być istotnym ośrodkiem skupiania się młodzieży. W kwestii aborcji od ćwierćwiecza mamy do czynienia z kompromisem, którego głównymi autorami byli Bronisław Geremek i Jarosław Kaczyński – opartym na połączeniu zakazu przerywania ciąży z niekaralnością kobiet. Również mniejszości seksualnych nikt u nas nie prześladuje. A już zwłaszcza w Warszawie, gdzie prezydent Rafał Trzaskowski uparcie lansuje kartę LGBT.

Ale też polscy katolicy nie potrzebują takiego obrońcy jak Kaczyński, który przed kilkunastu laty publicznie poniewierał własnymi posłami za to, że jak Marek Jurek, Marian Piłka i Artur Zawisza zgodnie ze wskazaniami biskupów opowiedzieli się za całkowitą ochroną życia poczętego. Z kolei ataki PO i jej sojuszników (z wyłączeniem PSL) na Kościół za ukrywanie pedofilii tracą sens w momencie, gdy Episkopat Polski w tej sprawie przemówił głosem całkowicie zbieżnym ze stanowiskiem Papieża Franciszka i zaleceniami Stolicy Apostolskiej. Znalazło to wyraz zarówno w publicznym ogłoszeniu obszernego raportu o 625 dzieciach, poszkodowanych w latach 1990-2018 przez działania 382 księży i zakonników (dokument przygotował koordynator Episkopatu ojciec Adam Żak wraz z Instytutem Statystyki Kościoła Katolickiego), jak liście do wiernych, odczytanym w kościołach 26 maja, stanowiącym reakcję na film „Tylko nie mów nikomu”.

W ostatnich tygodniach liderzy spuścili demony z uwięzi. I stali się zakładnikami własnych radykałów, mimowolnie pracując na sukces Biedronia, który głównie na polaryzacji wokół tradycji i religii skorzystał. Przesadę w formułowanych oskarżeniach i ekspresji towarzyszącej im kampanii dostrzegają demokratyczni politycy. Jak zauważa Krzysztof Król [1], poseł KPN w latach 1991-97:

Wyjątkową obrzydliwością pozostaje pośmiertne szarganie autorytetu Jana Pawła II, jedynego jaki pozostał Polakom – oskarżeniami o rzekome tolerowanie pedofilii. Wiadomo, że w przemówieniu do amerykańskich biskupów Papież z Polski postawił sprawę jasno: „W stanie kapłańskim i życiu zakonnym nie ma miejsca dla tych, którzy krzywdziliby nieletnich”. Jego następca Franciszek mówi o postawie Jana Pawła II, że jego świętość i dobra wola nie budzą wątpliwości. Za to dziś antyklerykałowie przeciwstawiają go Papieżowi z Polski, chociaż jeszcze niedawno – jak Ewa Wójciak z formacji Janusza Palikota – obrzucali go wulgaryzmami, bo jakoby w młodości wsparł juntę wojskową w ojczystej Argentynie.

Tyle prawdy w tych zarzutach, co autentyczności w ostentacyjnym gibaniu się ministrów od Morawieckiego na imprezach Radia Maryja. Gdy przed laty Józef Oleksy równie pokazowo padał na kolana w Częstochowie, jego kolega z partii Leszek Miller z sarkazmem doradzał mu rozmowę z Bogiem raczej w wiejskim kościółku.

Fałszywa tęczowa msza w czasie Parady Równości uraża uczucia wierzących. Wcześniej z kolei wrażliwość religijną katolików równie często obrażali sekciarze związani z PiS, wystarczy przypomnieć błazeńskie egzorcyzmy przy okazji partyjnych miesięcznic smoleńskich i przebieg obrzędów na Krakowskim Przedmieściu, gdzie pomimo mszy świętej w programie znalazło się miejsce na całkiem pogańskie marsze z pochodniami. Dla prawowiernego katolika posoborowego to profanacja, z udziału w której należy się spowiadać – chociaż nie z tego powodu PiS z nich zrezygnował, ale dlatego, że z czasem już mało kto na nie przychodził. Dalsze granie tą kartą utrudni PiS odzyskiwanie inteligenckiego wyborcy, którego rażą skrajności, co skaże partię Kaczyńskiego na elektorat socjalny i zaważy na wyniku jesienią.

Polski Kościół oceniany jest pozytywnie przez 48 proc społeczeństwa. To wciąż wielkie poparcie, na które nie ma co liczyć żadna partia polityczna w Polsce, również nadskakujący duchowieństwu PiS. Równocześnie 40 proc rodaków ocenia Kościół negatywnie [2]. Po ujawnieniu skali pedofilii wśród kleru notowania się pogorszyły, krytycyzm wzrósł o 8-9 proc. Ale wciąż popularność Kościoła w społeczeństwie pozostaje wyższa, niż w pierwszej połowie lat 90, kiedy to tracił za sprawą zaangażowania w forsowanie zakazu aborcji, sprzeciw budziło też życie niektórych księży ponad stan [3]. Kością niezgody pozostawała religia w szkole, ale wprowadził ją tam instrukcją ministra edukacji Henryka Samsonowicza daleki od ortodoksji rząd Tadeusza Mazowieckiego, omijając drogę parlamentarną. Nie z pobożności przecież: liczył na życzliwość księży przed wyborami prezydenckimi, w których rywalem premiera był Lech Wałęsa. W 1993 r. aprobowało działania Kościoła poniżej 40 proc badanych, w 1995 r – mniej niż co drugi. Potem wskaźnik aprobaty przez 20 lat nie spadał poniżej 50 proc. [4].

Polski Kościół nie jest instytucją totalną, oprócz duchowieństwa współtworzą go wierni, zaś nie tylko katoliccy publicyści od co najmniej dekady dostrzegają, jak w polskim katolicyzmie uzupełniają się dwie wrażliwości: łagiewnicka i toruńska. Pierwsza pozostaje bliższa PO, druga PiS. Jedni czytają „Tygodnik Powszechny”, inni słuchają rozgłośni ojca dyrektora Tadeusza Rydzyka.

Nie ma dziś poważnej przyczyny – poza wulgarną propagandą i akwizycją głosów – dla której w Polsce musi toczyć się zimna wojna religijna. Kwestie stosunku państwa do religii nie są być może perfekcyjnie wyłożone w preambule obowiązującej Konstytucji (wykładnię Stefana Wilkanowicza w parlamencie przeforsował sam Mazowiecki), ale ani do końca kadencji, ani w kolejnej nie ukształtuje się w parlamencie większość, władna ją zmienić.

Jednym słowem – trwa burza w szklance wody, a nie wojna religijna. Ta ostatnia pozostaje obca chlubnej polskiej tradycji „państwa bez stosów”.

Mniej istotne, kto ją rozpętał – zwykli ludzie mają jej dosyć. Odwraca bowiem uwagę od trapiących ich problemów. Dziś są nimi rosnące w alarmującym tempie ceny podstawowych produktów na osiedlowych bazarkach, a nie dziecięce buciki na płocie kurii czy plebanii ani nawet te postawione przez Sławomira Nitrasa na sejmowym pulpicie przed Kaczyńskim czy Ryszardem Terleckim.

Zaś w walce toczonej przez bezdzietnego starego kawalera Kaczyńskiego z bluźnierstwami czy seksualizacją dzieci dostrzec można podobną szczerość i autentyzm zaangażowania, co w prowadzonej przez Trzaskowskiego za radą specjalistów od wizerunku krucjacie przeciw plastykowym sztućcom i słomkom do napojów. Nie do śmiechu tylko urzędnikom w ratuszu i dzielnicach, którzy za posługiwanie się nimi mogą zostać ukarani.

Podobnie jak kozłem ofiarnym walki z tęczowymi aureolami okazała się zasłużona starsza pani z Płocka, do której mieszkania policja wkraczała o szóstej nad ranem. Ta sama nieudolna służba, która przedtem tak długo nie mogła znaleźć aferzysty Falenty, stanowiącego większe niż pani z Płocka zagrożenie dla bezpieczeństwa Polaków. Służby PiS niczym komunistyczna SB trzymają się zasady, że przeciwników łapią błyskawicznie, a nadgorliwych z własnego kręgu powoli.

Skoro o wojnie mowa, przypomina się anegdota o partyzantach i żandarmach, którzy tak długo walczyli o leśniczówkę, aż zdenerwował się leśniczy i wypędził ich wszystkich z lasu. W tym wypadku role dzielnego leśnika odegrać może wyborca. Już jesienią.

[1] Krzysztof Król. Nie może zabraknąć na pizzę dla wolontariuszy, czyli jakie błędy popełniliśmy w kampanii. „Gazeta Wyborcza” z 6 czerwca 2019
[2] Badanie CBOS z 16-23 maja 2019
[3] Tragiczny sondaż dla Kościoła. Tak źle nie było od lat. Fakt24.pl z 31 maja 2019
[4] ibidem

Czytaj inne teksty Łukasza Perzyny:

Podobało Ci się?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen / 5. ilość głosów

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here