Stwórzmy tam gdzie to możliwe warunki do odzyskania polskiej własności. Zamożna Polska nie istnieje bez zamożności jej obywateli.

Dariusz Grabowski

ekonomista, przedsiębiorca, polityk

Przedstawienie w siedmiu aktach

W XXI wieku miarą wolności narodów i państw będzie własność. Tyle wolności, ile własności – oto credo epoki. Już nie tylko ziemia, przedmioty materialne, ale dzieła ludzkiego intelektu usiłuje się „sprywatyzować” na wiele dziesięcioleci. A ja pytam nas Polaków, czy zwycięstwo w walce o wolność w 1989 roku okupimy całkowitą utratą własności, a jeśli tak to czy ciężko wywalczonej wolności nie utracimy przez własną głupotę?

Akt pierwszy

Początek lat 90-tych. Polska gospodarka w efekcie terapii szokowej między innymi Leszka Balcerowicza znalazła się na skraju zapaści. Większość firm państwowych bądź zbankrutowała, bądź wpadła w pętlę zadłużenia. Zastraszono ludzi likwidując miejsca pracy, wyrzucając ich na głodowe zasiłki, sprowadzając do zera oszczędności w efekcie hiperinflacji czy ograniczając dochody systemem podatkowym (popiwek). Wszystko po to, by majątek firm nie przedstawiał żadnej wartości z powodu braku pieniędzy w portfelach obywateli i na kontach przedsiębiorstw. A ludzie w poczuciu niepewności o własny los i los swoich rodzin – wyrzekli się wszelkich marzeń o posiadaniu czegokolwiek na własność.

Akt drugi

Na takie pole, by nie powiedzieć ugór, po uprzednim przygotowaniu propagandowym w mediach, wprowadzono kapitał zagraniczny. Przedstawiono go jak zbawcę, który zapewni wznowienie działalności gospodarczej, postęp i rozwój. O tym, że zachodnie firmy kupowały majątek narodowy wyjątkowo tanio – mówiono niewiele. By osłabić ewentualny opór, bądź sprzeciw społeczny wprowadzono mechanizm korumpowania załóg, działaczy związkowych czy dyrekcji przedsiębiorstw – dając im od kilku do kilkunastu procent akcji i udziałów w prywatyzowanych firmach. Dla biednych ludzi ten gotowy grosz był manną z nieba.

Społeczny skutek tej hojności był jednak tragiczny. Z jednej strony pracownicy firm bezpowrotnie tracili prawo do stania się współwłaścicielami, po drugie – skłócono społeczeństwo przeciwstawiając obdarowanych akcjami ogromnej rzeszy Polaków, którzy takich akcji nie otrzymali. Niestety, wielu szczęśliwych wydawałoby się posiadaczy akcji natychmiast je sprzedało wyspecjalizowanym firmom (w większości reprezentującym kapitał zagraniczny) nie mając pojęcia o tym, że zyski można pomnożyć, choćby inwestując na giełdzie. Tak czy inaczej większej części narodu skutecznie wybito z głowy pomysł bycia kimś innym niż tylko najemną siłą roboczą.

Akt trzeci

Przyszedł czas na skoordynowaną i bardzo profesjonalną, bo ozdobioną pseudonaukową i medialną argumentacją kampanię na rzecz prywatyzacji systemu emerytalnego. Reformę emerytur przedstawiono jako genialny sposób na pomnożenie przekazywanych przez nas składek przez prywatne instytucje finansowe. Zamiast do ZUS-u i budżetu państwa – pieniądze ze składek popłynęły na konta funduszy emerytalnych.

Powstał jednak niedobór środków na wypłaty bieżących emerytur w ZUS i budżecie państwa. Argument, którym „uwiedziono” obywateli brzmiał: Nie bójcie się, na wypłaty bieżących emerytur wystarczy pieniędzy ze sprzedaży prywatyzowanych przedsiębiorstw. Roztoczono mit o dziedziczeniu przez najbliższych zgromadzonego przez emeryta kapitału. Roztoczono mit godnej, dostatniej starości dla milionów Polaków w zamian za przyzwolenie na to, by polskie firmy i banki przeszły w ręce zagraniczne.

Akt czwarty

O dziwo, nie zauważono, a może nie chciano zauważyć, że kapitał zagraniczny nie lubi płacić podatków. Co więcej, użyje wszelkich sił i środków, by ukryć dochody i transferować zyski zagranicę. Było to tym łatwiejsze, że w polskim prawie dewizowym jest ponad 150 zwolnień podmiotowych upoważniających do transferu za granicę. O tym, że wpływy podatkowe od kapitału zagranicznego są problemem dla budżetu niech świadczą dane o ściągalności podatku CIT za kolejne lata: 2008 rok – 27,2 mld zł, 2009 – 24,2 mld zł, 2010 – 21,8 mld zł.

Po drugie majątek do prywatyzacji, który posiadaliśmy nie był wiecznie tryskającym źródłem. W krótkim czasie okazało się (co dla każdego, kto poważnie analizował dane demograficzne i wskaźniki przyjęte w nowym systemie emerytalnym było oczywistym), że zaczyna brakować środków z prywatyzacji na wypłatę bieżących emerytur. Państwo musiało zaciągnąć dodatkowy dług. I tak zadłużenie Polski w okresie od 1999 roku do 2010 roku wzrosło z 273 miliardów do 748 miliardów złotych, z czego przyrost z tytułu zasilania funduszy emerytalnych wyniósł 232 miliardy złotych. Dodajmy, że roczny koszt obsługi zadłużenia przekracza w chwili obecnej 40 miliardów złotych. Są to tylko odsetki od długu, które trzeba płacić z reguły bankom zagranicznym i – o paradoksie! – funduszom emerytalnym, które kredytują budżet.

Akt piąty

Widząc groźbę całkowitego załamania budżetu obniżono wielkość składki transferowanej do funduszy emerytalnych, za co chwała pani minister Jolancie Fedak. Obniżono także prowizję dla zarządzających czternastoma działającymi w Polsce funduszami emerytalnymi, co nie przeszkodziło im zarabiać rokrocznie tyle, że komentarz staje się w tym miejscu zbędny. Niech liczby mówią za siebie: 2008 rok – ponad 740 milionów złotych, 2010 – ponad 600 milionów złotych pensji i premii.

Akt szósty

Jak uczy fizyka – każda akcja spotyka się z reakcją. W tym przypadku nie może być inaczej, skoro najsilniejszemu w polskiej gospodarce, bo dysponującemu ponad 250 miliardami złotych kapitałowemu systemowi emerytalnemu wyrządzono przykrość odbierając część regularnych wpływów i ograniczając dochody panów prezesów. Ujawniła się siła polityczna funduszy emerytalnych, które zadziałały w myśl zasady: „odebrać odebrane”. Pod hasłem „że tak się dzieje w całej Europie”, „że żaden system tego nie wytrzyma” zmuszono rząd i premiera do rozpoczęcia kampanii na rzecz konieczności wydłużenia okresu pracy i skrócenia wieku emerytalnego. Chodzi o słynną już dzisiaj koncepcję „pracujmy do 67 roku życia.”

Co to oznacza z punktu widzenia firm emerytalnych? Ogromny zysk, ponieważ zostanie opóźniony i skrócony czas wypłaty świadczeń emerytalnych, zmniejszy się także liczba emerytów, którzy (przepraszam za żargon) na emeryturę się załapią. Mało tego. Gdyby ze względów zdrowotnych wynagrodzenie pracownika w ostatnich latach zatrudnienia zmniejszyło się, może się okazać, że potencjalna emerytura nie tylko nie wzrośnie, ale spadnie. Warto tu zwrócić uwagę na pewien aspekt, który kompletnie nie obchodzi funduszy emerytalnych, ale znowu rykoszetem uderzy w budżet. Gdyby niedoszli emeryci po przekroczeniu 60. roku życia nie mogli kontynuować pracy i musieli przejść na rentę, to wypłata renty obciąży oczywiście nie fundusze emerytalne, a budżet.

Akt siódmy

W tym momencie na scenę wraca… kwestia prywatyzacji. Na razie w ręce kapitału zagranicznego oddaliśmy przedsiębiorstwa, banki, handel, instytucje ubezpieczeniowe. Po 2017 roku będziemy mogli w majestacie prawa sprzedawać ziemię. Co nam zatem zostało? Mieszkania i domy. Mieszkań mamy około 11 milionów, z czego większość niestety w podłym stanie.

Pojawia się zasadne pytanie. Czy system emerytalny, który wprowadziliśmy dzięki zgodzie na wyprzedaż majątku produkcyjnego może posłużyć jako narzędzie do pozbawienia nas mieszkań i domów? Niestety tak. W sejmie złożony został projekt ustawy o tak zwanym odwróconym kredycie hipotecznym. Kredyt ten polega na tym, że właściciel mieszkania bądź nieruchomości podpisuje z bankiem lub instytucją finansową umowę o sprzedaży posiadanego majątku za około 40-50% jego aktualnej wartości, wypłacanej jednorazowo bądź w ratach do śmierci kredytobiorcy. Po śmierci kredytobiorcy zwrot kredytu następuje w postaci przejęcia nieruchomości przez instytucję pożyczającą pieniądze.

Do kogo adresowana jest ta ustawa? Czyż nie do przyszłych emerytów i rencistów mających groszowe emerytury, czyż nie do tych, którzy „nie dociągną w pracy do 67. roku życia”, lub tych, którzy zostaną zwolnieni i nie znajdą zatrudnienia w wieku ponad 50 lat (jak ma to miejsce z większością kobiet obecnie)? Odwrócony kredyt hipoteczny to będzie jedyny ratunek by uzupełnić domowy budżet, kupić drożejące lekarstwa, opłacić czynsz albo lekarza.

Epilog

Nietrudno dostrzec iście szatańską spójność systemu, w którym naród pozbawiony środków produkcji i własności, pozwalającej pomnażać kapitał poprzez odpowiednie mechanizmy ekonomiczne, jest wywłaszczony ze swego mieszkania i zmuszony do stania się wolnym najmitą, czyli obywatelem nie mającym nic.

Kupując mieszkanie za 40-50% jego obecnej wartości i płacąc przez kilka czy kilkanaście lat raty kredytobiorcy instytucje finansowe generują kolosalny zysk ponieważ kredytu udzielają nie w całości, a właśnie w ratach.

Zło społeczne odwróconego kredytu hipotecznego polega na tym, że rozrywa więź pokoleniową, w której wszyscy jesteśmy wychowani. Wszak będąc zmuszonym do sprzedaży nieruchomości nie pozostawiamy nic w spadku naszym dzieciom i wnukom. A przecież właśnie więź międzypokoleniowa jest jedną z najpiękniejszych cech naszej kultury. To ona buduje naszą świadomość, poczucie tożsamości, poczucie człowieczeństwa, poczucie sensu życia.

Twoim zdaniem…

Czy WŁASNOŚĆ jest podstawą wolności i dobrobytu narodu?

Jest to fragment książki Dariusza Grabowskiego “Myśląc o Polsce” (zobacz więcej…) . Jeśli chcesz otrzymać egzemplarz z autografem Autora, prześlij adres wysyłkowy na adres redakcja@pnp24.pl

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 6

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here