Wyjątkowo uprzejmy lider. Ale opozycja potrzebuje zwycięzcy

0
110

Przewodniczącym klubu parlamentarnego Koalicji Obywatelskiej został Cezary Tomczyk, dawny rzecznik rządu Ewy Kopacz, ostatniego jak na razie gabinetu wyłonionego przez Platformę Obywatelską w sojuszu z Polskim Stronnictwem Ludowym. Elekt zapowiada koniec wewnętrznych sporów i rekomenduje, że koalicja z udziałem PO pozostaje jedynym projektem, stwarzającym nadzieję na zmianę w kraju. Ale charyzmę trudno w nim dostrzec.

W obecnym parlamencie dialogu z pewnością nie jest za dużo tylko za mało – powiedział mi niedawno nowy szef klubu PO i to stwierdzenie znakomicie oddaje jego osobowość [1]. Wyrozumiały jest dla kolegów i… samego siebie, skoro po destrukcyjnym dla wizerunku partii wspólnym z PiS głosowaniu za podwyżką uposażeń poselskich mówił: naprawiliśmy błąd. Rzeczywiście bulwersujące decyzje cofnięto w Senacie, również głosami PO, ale powstałą sytuację lepiej oddają słowa kolegi Tomczyka z klubu senackiego, lublinianina Jacka Burego, który zresztą pierwszy zaprotestował przeciw gorszącej sytuacyjnej koalicji naprędce nazwanej “koryto plus”: mleko się rozlało, ale dzban nie potłukł.   

Za 36-letnim Tomczykiem przemawiają wszystkie względy tradycyjnej polityki, uprawianej w gabinetowym zaciszu i na sejmowym korytarzu. Warszawiak z wyboru (okręg poselski wciąż ma w Sieradzu) obiecał, że w Sejmie będzie codziennie obecny i wygrał z dużą przewagą z posłanką z Małopolski, kompetentną i pracowitą Urszulą Augustyn. Rekomendował go zarówno oddający stanowisko szefa klubu Borys Budka (pozostanie przewodniczącym partii) jak niedawny kandydat na prezydenta kraju i włodarz stolicy Rafał Trzaskowski, którego kampanią Tomczyk kierował.

Prezent Platformy dla Szymona Hołowni

I tu zaczyna się problem Tomczyka, człowieka dobrze wychowanego i układnego. Wielokrotnie stawał się twarzą przegranych projektów. A opozycja potrzebuje dziś zwycięzcy, zdolnego rozgromić PiS. Polityka o formacie podobnym, jakim w 1989 r. wykazał się Lech Wałęsa, w 1997 r. Marian Krzaklewski czy w 2007 r. Donald Tusk. U Tomczyka trudno doszukać charyzmy, zwykle ta zresztą rzuca się w oczy od razu.
W tej sytuacji jego wybór przez posłów PO-KO stanowi prezent dla Szymona Hołowni, który nie ma wprawdzie za sobą aparatu partyjnego ani karnych szeregów mandatariuszy ale nie tylko urokiem osobistym przewyższa nowego przewodniczącego. Hołownia ludzi porywa (słuchałem go pod Belwederem, jak stopniował reakcje przerzedzonego przez antykowidowe regulacje tłumu i umiejętnie stopniował napięcie, elektryzując nawet przypadkowych przechodniów), Tomczyk z trudem przekonuje, nawet jeśli argumentów mu nie brak. Trzeci w wyborach prezydenckich Hołownia dla starszych pań postaciuje wymarzonego kandydata na zięcia a dla przyjezdnych studentów najlepszego pierwszego pracodawcę. Od Tomczyka ta pierwsza grupa nie kupiłaby nawet kompletu garnków, ani ta druga aplikacji do testów językowych. Nowy przewodniczący po prostu samego siebie nie przeskoczy.

Dawał twarz rządowi Kopacz, przez wyborców PO słusznie odbieranemu jako schyłkowy. Klimat kampanii, już po taśmach z gorszącym gaworzeniem prominentów Platformy od Radosława Sikorskiego po Bartłomieja Sienkiewicza pozostawał tak nieprzyjazny, że czegokolwiek kandydatka nie zrobiła, czyniono jej z tego zarzut. Gdy podjęła decyzję, że na wyborcze spotkania jeździ pociągami a nie w kolumnie samochodów z kogutem – przezwano ją “Ewą Peron”. Rząd Tomczyka zapamiętano w podobnych kategoriach jak ostatni postsolidarnościowy przed postkomunistyczną recydywą gabinet Hanny Suchockiej. Z porażką się kojarzy – i uśmiech przewodniczącego klubu tego nie zatuszuje.

Wybrali święty spokój a nie wizję

Porażką okazała się również kampania prezydencka Trzaskowskiego, pomimo dziesięciu milionów głosów poparcia. Celebryta, znany z tego, ze jest znany, dawny aktor dziecięcy, wielokrotny parlamentarzysta na Wiejskiej i w Strasburgu, były minister i urzędujący prezydent stolicy zetknął się ze szklanym sufitem, bo wygrać po prostu nie mógł. Lęk społeczeństwa przed powrotem do władzy Platformy a wraz z nią dawnych praktyk okazał się silniejszy od rozczarowania rządami PiS i sprzeciwu wobec związanej z nimi wszechobecnej arogancji i korupcji. Jedyne, co Trzaskowskiemu się udało, to zablokowanie niezależnego kandydata Hołowni, który miał szanse wygrać z Andrzejem Dudą. Nie dał jednak kandydat pokoju wewnętrznego Platformie, skoro zapowiedział powołanie enigmatycznej wciąż Nowej Solidarności – ruchu społecznego nie wiadomo czy uzupełniającego czy konkurencyjnego dla partii – matki. Wspólne wskazanie Tomczyka przez Budkę, który stałby się głównym poszkodowanym stworzenia ruchu, oraz Trzaskowskiego jako jego beneficjanta uśmierzyć miało lęki aparatu i części wyborców PO przed podziałem. Zwłaszcza, że Platforma powstała przed laty na gruzach AWS i UW, z obu partii przez trzy lata wspólnie rządzących wyrywając całe środowiska.

Niedawno Tomczyk zapewniał mnie, że Trzaskowski nie wystartuje osobno w żadnych wyborach i że powinny o tym wiedzieć również ośrodki demoskopijne, które poparcie dla Nowej Solidarności i PO liczą oddzielnie, jak dla politycznych konkurentów.
Uzgodniony przez Budkę, Trzaskowskiego i paru innych czołowych działaczy PO (poparł go również Sławomir Nitras) wybór Tomczyka na szefa klubu istotnie minimalizuje zagrożenie, że dwaj pierwsi staną przeciw sobie.

Ale to działanie defensywne, nie zapowiadające zmiany, w sytuacji, gdy Polską wciąż rządzi PiS, nawet osłabione niedawnymi błazenadami wewnętrznymi i ostentacyjnym podziałem łupów (ujęte w nowej umowie koalicyjnej pieniądze z subwencji od podatnika). 

Wskazując Tomczyka, parlamentarzyści Platformy i współpracujących z nią wirtualnych sojuszników (Nowoczesna i inni) wybrali święty spokój. A nie wizję.     
Wyrazistości brakuje bowiem nie tylko nowemu przewodniczącemu. Nie ma jej również lider partii Borys Budka. Tyle, że wyróżnił się przynajmniej stanowczą i jak się wydaje szczerą obroną praworządności, przy tej okazji został nawet bohaterem powieści Marii Nurowskiej “Dziesięć godzin”, zainspirowanej sprawą bulwersujących prokuratorskich oskarżeń wobec bohatera pierwszej Solidarności Józefa Piniora i stylizowanej na współczesną wersję “Mistrza i Małgorzaty” Michaiła Bułhakowa. Niewiele jednak wiadomo o osobistych poglądach Budki na gospodarkę czy sprawy społeczne, chociaż partią zarządza już od stycznia. Pokazał się kiedyś jako sprawny minister sprawiedliwości, ale to wciąż jedna specjalizacja. 

Cezary Tomczyk ma jeszcze gorzej: wiadomo, że potrafi przemawiać przez tubę, jego poglądy zaś niewielu interesują. Trudno przyjdzie mu przełamać marazm posłów po kilku wyborczych porażkach zwłaszcza podwójnej z 2019 r, kiedy to nowa koalicyjna formuła wypracowana przez Grzegorza Schetynę nie przyniosła efektu ani w wyborach europejskich ani do Sejmu, dając jedyny tylko bonus w postaci senackiej demokratycznej większości.

Jednak mąż stanu czyli czas na Grodzkiego

Ten ostatni wynik wykreował nowy autorytet środowisk demokratycznych. Okazał się nim profesor Tomasz Grodzki. Nie kojarzy się z błędami Platformy, bo gdy pozostawała u władzy, zajmował się polityką wyłącznie w lokalnym wymiarze. Spokojny i rzeczowy, wydaje się impregnowany na histeryczne ataki medialnego zaplecza PiS, które okazało się wobec niego bezradne. Grodzki symbolizuje jedyny sukces, jaki opozycja w Polsce odniosła w ostatnich pięciu latach: demokratyczną i niepisowską większość senacką, utrzymaną przez rok pomimo zatrącających o korupcję polityczną zabiegów partii Jarosława Kaczyńskiego. Przez ten czas marszałek stworzył sobie jeszcze znaczące eksperckie zaplecze. Uczynił też Senat miejscem… ciekawym, chociaż uchodził za najnudniejszą z aren uprawiania polityki. 

Co więcej, wobec indolencji rządzących w kwestiach, które ich przerastały – dotyczące racji stanu i spraw zagranicznych – Grodzki jako marszałek Senatu skutecznie i godnie ich zastępował. A nawet zawstydzał.

Przyjmował jak należy w Senacie najpierw pierwszą od prawie ćwierćwiecza polską noblistkę Olgę Tokarczuk, dla której pisowski wicepremier Piotr Gliński jako minister kultury znalazł wyłącznie słowa, że żadnej z jej książek nie doczytał do końca. Później gościł również z sensem i pełnym czytelnym przekazem liderkę białoruskiej opozycji Swietłanę Ciechanouską, którą z kolei premier Mateusz Morawiecki obraził niefortunnym, bo nie uzgodnionym z partnerami zaproszeniem na szczyt grupy wyszehradzkiej, które trzeba było cofnąć z powodu sprzeciwu liderów z Czech i Słowacji, co w sztuce dyplomatycznej tłumaczy się na poważny despekt.

Grodzki nie został kandydatem na prezydenta, chociaż bez trudu pozyskałby pozytywny elektorat Trzaskowskiego, a miał szanse przekonać do siebie – jako stateczny starszy pan, lekarz na czas pandemii i postać spoza aparatu partyjnego – również tych, którzy na “podobasa z Warszawy”, specyficzną odmianę yuppie, nigdy by nie zagłosowali, bo reprezentuje obcy dla nich i odbierany jako wrogi świat. Nie dostał takiej szansy, bo zawodowi działacze szukali kogoś, kto nawet jeśli przegra, zabezpieczy ich interesy. Dopełnieniem równania okazał się Trzaskowski. Ale niespodziewanie problemem stał się lider.

Dziś Platforma Obywatelska ma przewodniczącego z garbem dwóch ciężkich błędów na karku. Budka odpowiada za fatalnie destrukcyjne dla obrazu ugrupowania wspólne z PiS głosowanie posłów za podwyżką własnych uposażeń. Ale też za zmarnowaną szansę wywołania kryzysu rządowego poprzez odrzucenie “piątki Kaczyńskiego”. Tymczasem, chociaż sprzeciw Solidarnej Polski Zbigniewa Ziobry i neutralność Porozumienia Jarosława Gowina oraz bunt kilkunastu posłów z dotychczas twardego rdzenia PiS otworzyły drogę do odrzucenia fatalnej i godzącej w interesy polskiej wsi ustawy o ochronie zwierząt, przeszła ona za sprawą głosów PO, spanikowanej w obliczu perspektywy wyborów przed terminem, do których kompletnie nie czuje się przygotowana. Towarzyszyły temu rozliczne humanitarne frazesy, chociaż rzeczywisty dobrostan zwierząt w projekcie pisowskim znalazł się na ostatnim miejscu.

Nawet internetowa twórczyni Klaudia Jachira skarży się na brak debaty w klubie PO. Jego nowy szef zapowiada powołanie sekretariatów tematycznych czy branżowych, co stanowi formę wykreowania gabinetu cieni, który już zresztą istniał w poprzedniej kadencji. To jednak środek, a nie cel sam w sobie. 

Kryzys władzy, kryzys opozycji. Może koniec duopolu…

Nowy lider klubu Cezary Tomczyk, pokazowo uprzejmy i koncyliacyjny, musi dopiero zapracować na własną wyrazistość.

Problem w tym, że… sam klub parlamentarny również pozostaje jej pozbawiony. Nawet nazwa Koalicja Obywatelska stanowi spadek po nieudanych mocarstwowych planach Grzegorza Schetyny. Dawny działacz radykalnie antykomunistycznej Solidarności Walczącej w ramach Koalicji Europejskiej zafundował pięcioletnią dobrą pracę w Strasburgu i Brukseli kilku prominentom byłej PZPR w tym Leszkowi Millerowi i Włodzimierzowi Cimoszewiczowi, ale wybory przegrał, choć za koalicjanta miał jeszcze PSL. Fiasko projektu Schetyny, oczywiste w kolejnej kampanii, kiedy PSL nie chciało pójść z Platformą na wybory do Sejmu z jednej listy, zaś samych postkomunistów jako partnerów nie życzyła sobie PO – nie zniweczyło formalnie koalicyjnego charakteru komitetu wyborczego. Jesienią ub. r. PO poszła więc na wybory jako Koalicja Obywatelska, cóż z tego, że stanowiła ją faktycznie sama Platforma z domieszką kanapowej Nowoczesnej oraz formacji Barbary Nowackiej Inicjatywa Polska. Platforma znów przegrała i tylko nazwa została z szerokich koalicyjnych planów.

W Sejmie nikt się nią jednak nie posługuje. Nie mówi się: idę do Koalicji Obywatelskiej, tylko po staremu: do Platformy. Na spotkanie, wywiad czy kawę.
Dziesięć milionów głosów, oddanych na Trzaskowskiego w drugiej turze, nie przełożyło się w żaden sposób na komfort działania posłów ani senatorów. Wciąż nie wiedzą, co zrobi niedawny kandydat, nominalnie zachowujący stanowisko wiceprzewodniczącego Platformy – podobnie jak posadę w Warszawie, którą jej poparciu zawdzięcza, bo gdy wygrywał wybory w pierwszej turze jeszcze tak znany nie był. 

Cezary Tomczyk nie ma wizerunku twardego polityka, zdolnego przerwać ciąg porażek. Wybór nowego przewodniczącego klubu parlamentarnego nie rozwiązuje ani jednego problemu, przed którymi Platforma – czy jeśli ktoś woli – Koalicja Obywatelska dziś stoi. Pamiętam jak niedawno po jednym z posiedzeń partyjnego zarządu poseł i rzecznik Jan Grabiec monotonnym głosem biurokraty wyliczał elementy kalendarza działań, jakie Platforma zamierza podjąć: wszystkie dotyczyły kwestii wewnętrznych, żaden sytuacji kraju, trapionego przez pandemię i jej następstwa dla gospodarki, stającego wobec deficytu budżetowego oraz niewyjaśnionej wciąż sytuacji na Białorusi, która w najlepszym wariancie skutkować będzie napływem uchodźców. Agenda Grabca nudzi nawet dziennikarzy, ale tym bardziej nie porywa wyborców PO, nawet nie tych, którzy mogliby w wyborach prezydenckich zagłosować na Grodzkiego i dać mu zwycięstwo, gdyby niedawne decyzje selekcjonerów partyjnych nie były samolubne, ale również typowego elektoratu “młodych, wykształconych, z wielkich miast” bez którego partia nie istnieje, albo może być równie dobrze czy nawet jeszcze lepiej zastąpiona przez Ruch Polska 2050 Hołowni. A po części być może przez nowe siły, jakie wyłonią się na przykład z protestów przedsiębiorców, skoro Trzaskowski wciąż zwodzi i hamletyzuje, choć nie był aktorem szekspirowskim, zagrał tylko w serialu “Nasze podwórko”. Ale ostatnim prawdziwym chłopakiem z podwórka potrafił być w tej grze Donald Tusk, jeśli trzeba dyskutujący na szosie z kibolami i podśpiewujący z górnikami na Barbórce. Wynik wyborów pokazał, że Trzaskowski – czy stoi za nim szyld starej PO czy Nowej Solidarności – nie przekona rozczarowanych rządami PiS wyborców, którzy widzą w nim kandydata establishmentu.

PO albo poszuka zwycięzcy, zdolnego przełamać traumę kilku kolejnych porażek wyborczych ale też popełnianych w Sejmie błędów na własne życzenie, albo potrzebować będzie zamiast niego syndyka masy upadłościowej.

Całkiem prawdopodobna klęska Platformy może okazać się albo ożywcza dla polskiej polityki – jeśli jej miejsce wobec nieruchawości Trzaskowskiego i specyfiki przekazu Hołowni (odbieranego jako antysystemowy czy wręcz antypolityczny)  zajmą reprezentacje środowisk protestujących dziś przeciw fatalnym rządom PiS od przedsiębiorców po rolników i hodowców, albo oznaczać dla niej może brak alternatywy dla urzędowej arogancji i samowoli. Jeśli wtedy zostanie – pomimo kryzysu – wyłącznie PiS i spalona ziemia… To jednak mało prawdopodobne, nie tylko dlatego, że natura nie znosi próżni. Oczywistą tendencję wielkich grup społecznych do wyrażania również w polityce własnych interesów można było długo tłumić wysiłkiem zwielokrotnionych przez media przekazów partyjnych, proklamowaniem wojny plemiennej czy stygmatyzacją przeciwnika (poprzez wyzywanie go od lemingów i moherów). Ale nie da się tego czynić w nieskończoność. 

Po raz pierwszy od dawna wewnętrzny kryzys trawi zarówno władzę jak opozycję. Widać to po kolejnych uaktualnieniach starych umów koalicyjnych (w sytuacji, gdy ludzie nie wiedzą nawet, co to Zjednoczona Prawica, bo dla nich po prostu rządzi PiS), z dzieleniem subwencji od podatnika włącznie albo uzgodnieniach foteli “na opozycji” jak mówią niegramatycznie w swoim slangu politycy. Cezary Tomczyk wie, że jego wybór stanowi efekt politycznego kontraktu, co raczej go wiąże, niż wzmacnia.

Zarówno PO jak PiS dobiegają już dwudziestki, w polskiej polityce, której stabilność nie przypomina zachodniej – to sporo. Z aktywnych na scenie publicznej sił starsze pozostaje tylko PSL, po katastrofie kampanii prezydenckiej Władysława Kosiniak-Kamysza przechodzące kryzys jeszcze głębszy, nawet Lewica chociaż wciąż identyfikowana z SLD proklamowała rebranding, odnowienie marki wzorowane na firmach komercyjnych, a poza tym za sprawą niefortunnej kandydatury Magdaleny Ogórek w poprzednich wyborach prezydenckich i równie absurdalnej, bo nie dającej bonusu koalicji z Januszem Palikotem zaznała czteroletniej banicji poza Sejmem.

Ludzie widzą dwie kwestie: główne partie łączy pazerność – jak dowiodła tego egzotyczna koalicja posłów PiS, PO i Lewicy za podwyżką własnych uposażeń oraz brak troski o swoich wyborców, jak przekonaliśmy się z kolei przy okazji przegłosowania szkodliwej dla polskiej wsi ustawy o ochronie zwierząt. Zabrakło podobnej zdolności porozumiewania się w kwestiach zwalczania pandemii, jej następstw dla gospodarki i nieuniknionych reperkusji deficytu budżetowego, który może wymusić rezygnację z części rozdawnictwa społecznego, jakie w lepszych czasach i bazując na dokonaniach poprzedników uruchomili obecnie rządzący. Zaś w kwestii Białorusi pozorna jednomyślność skrywała bezradność i brak samodzielnej polityki wschodniej, czyli takiej, która nie realizowałaby wyłącznie celów sojuszników amerykańskich i niemieckich, ale stawiałaby twardo jako wynik polskiej racji stanu kwestię respektowania praw naszej mniejszości na Białorusi i przedsiębiorców tam inwestujących oraz wsłuchiwałaby się w postulaty Kresowian równie bacznie jak czynią to Niemcy wobec głosów swoich wypędzonych i ich potomków. Charakterystyczne, że Tomczyk bronił formuły dotyczącego Białorusi spotkania przedstawicieli władzy i klubów parlamentarnych: uznał ją za dogodną bo skoro zaproszeni goście są posłami, można im przekazać informacje niejawne, w tym ostrzeżenia przed działaniami podejrzanych środowisk. Tyle, że od rozmowy minął miesiąc a efektów pokazowej jednomyślności ponad podziałami brak, co rodzi obawy, że właśnie… niedostatek własnych myśli ona skrywa. PO też niewiele tu wniosła, a niedawna wizyta Pawła Łatuszki, lidera białoruskiej opozycji pokazała, że sami Białorusini zainteresowani są mediacją a nie interwencją, co gość jasno podkreślił.

Nie palą się zaś do importu nadwiślańskiego modelu demokracji, którego mankamenty właśnie za obecnych rządów stały się oczywiste. Szukają lepszych wzorców, niż podsuwane przez propagandę Telewizji Biełsat, niewiele subtelniejszą od tej, jaką podaje Jacek Kurski widzom TVP Info czy Wiadomości, prowadzonych przez Danutę Holecką. Zaś z powodu głośnej wojenki z sądami, która zresztą dotkliwą dla zwykłego obywatela przewlekłość postępowań pogorszyła zamiast je skrócić, dla sojuszników nie okazujemy się wiarygodni, czego dowodzi amerykańska operacja ewakuowania z ojczyzny zagrożonej represjami konkurentki Aleksandra Łukaszenki, Swietłany Cichanouskiej na Litwę, zamiast do Polski.

O nastrojach społecznych świadczy jednoznacznie wygwizdanie premiera Mateusza Morawieckiego w sobotę 26 września przez publiczność koncertu na rzecz białoruskiej demokracji na Stadionie Narodowym. W tym wypadku nie chodziło jednak o politykę wschodnią, tylko o fakt, że szef rządu mentorskim tonem wiele mówił o wolności, której nadmiaru – podobnie jak równości i braterstwa – Polacy raczej od kilku lat nie odczuwają.

Gwiżdżą więc na premiera, ale opozycji, w tym najliczniej reprezentowanej w Sejmie Platformy wcale nie mają za co oklaskiwać. Skończyła się gra o sumie zerowej, że gdy PiS traci, to PO zyskuje. W ostatnich tygodniach zdyskredytowały się oba ugrupowania, najbardziej wtedy, gdy działały wspólnie – jak w kwestii “koryta plus” i sławetnej ustawy antynorkowej zakazującej również uboju rytualnego, a na jedności w kwestii sytuacji na Białorusi też nie zyskały.

Rola opozycji – skoro o Tomczyku i jego wyborze była mowa – jeśli pominąć starania pojedynczych polityków (jak marszałek Grodzki) czy indywidualne misje posłów (odważny pobyt Michała Szczerby w Mińsku w gorących dniach protestu jako jedynego zagranicznego parlamentarzysty) okazała się nikła nawet w uzupełnianiu i monitorowaniu działań władzy. Również tych, które dotyczą pandemii, najpoważniejszego dziś lęku Polaków. To o koronawirusie a nie Łukaszence rozmawia się dziś w kolejkach do kas Biedronki czy Żabki.

Nawet w niedzielę, gdy gazety nie wychodzą, czołówki serwisów internetowych alarmują, że w szpitalach w związku z wdrożeniem przez władze – jak na ironię – nowej strategii walki z COVID-19 panuje chaos: brakuje łóżek a izby przyjęć są przepełnione [2]. Nowy minister Adam Niedzielski, zapewne uczciwszy od poprzedniego, okazuje się równie nieudolny w działaniach, stanowiących elementarny obowiązek państwa wobec obywatela, podatnika i pacjenta.

Już parę razy po zmianie ustrojowej wiatr historii skutecznie poprzewracał szyldy partyjne, które wydawały się dane niemal raz na zawsze. A dziś mamy do czynienia również z morowym powietrzem, które jak z tej samej historii pamiętamy, zawsze było przyczyną gwałtownych kulturowych, gospodarczych i politycznych zmian. Polska Kazimierza Wielkiego swój dobrobyt zawdzięczała szczęściu, że doszła do nas destrukcyjna dla zachodniej Europy epidemia dżumy, dziś na dobre i na złe pozostajemy częścią globalnej wspólnoty i żaden z jej problemów nas nie ominie.   
Nie wiadomo jeszcze jak pandemia zmieni przekonania Polaków, widać tylko, że ich cierpliwość wobec indolencji władzy (przeplatanej co gorsza, z pospolitym cwaniactwem, jak dowiodły rodzinne i koleżeńskie interesy Szumowskich) się wyczerpuje. Jak stwierdza filozof Slavoj Zizek w książce “Pandemia! COVID-19 trzęsie światem”: “Nową normalność trzeba będzie zbudować na ruinach naszego starego życia” [3]. Politycy muszą zrozumieć, że ich też to dotyczy, albo wyborcy wymienią ich na innych.  Wśród pojawiających się w ostatnich dziesięcioleciach tak licznych koncepcji państwa-minimum (ich polską wykładnię dał Czesław Bielecki) ani jedna nie przewidywała zdjęcia z rządzących odpowiedzialności za przeciwdziałanie epidemiom i katastrofom.  

[1] Z Cezarym Tomczykiem rozmawia Łukasz Perzyna. Warszawa i Okolice, wio.waw.pl z 27 sierpnia 2020
[2] por. Wirtualna Polska wp.pl z 27 września 2020
[3] Slavoj Zizek. Pandemia! COVID-19 trzęsie światem. Relacja, Warszawa 2020, s. 13

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 9

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna
Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here