czyli TVP jako dobro kultury

Czy przyszłość telewizji w Polsce wyznaczać muszą populizm, odwet, histeria oraz zakulisowe interesy…

Zapowiedź likwidacji TVP lub znaczącej jej części (kanału Info i dzienników) zgłoszona przez część opozycji wyrasta z podobnie instrumentalnego podejścia do problemu najsilniejszego z mediów jakie stało się przyczyną jego powtórnego upaństwowienia przez PiS i przekształcenia w broń propagandową. Bliższą cepa niż lasera. Wstydzić powinni się jedni i drudzy.

TVP pozostaje taką samą instytucją życia publicznego jak ekstraklasa piłkarska czy Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej. Skąd akurat takie porównania? Gdy ujawniono kupowanie meczów w lidze czy afery korupcyjne w IMGW, nikt za karę nie rozpędzał piłkarzy ani nie zwalniał synoptyków. Wystarczały degradacje klubów zamieszanych w drukowanie wyników lub wytoczenie spraw karnych kacykom od meteorologii. Likwidacja jako represja to fatalne rozwiązanie.

Były wicepremier Henryk Goryszewski w takich wypadkach zwykł powtarzać powiedzenie: co by tu jeszcze spieprzyć, panowie…
Ale z polityków wydaje się to dzisiaj rozumieć wyłącznie pozaparlamentarny Szymon Hołownia powtarzający, że amputacja to żadna metoda leczenia. Wie swoje, bo lata całe przepracował w telewizji.

Gdy rozum śpi, budzą się upiory

Za to dla liderów PiS i PO cała TVP to kapliczka o 19,30 oraz “dziesiątki” (nazwane tak od czasu trwania w minutach) po dzienniku, w których sami pragną być adorowani. Aż wstyd, bo rolę telewizji doceniają bez wyjątku oświeceni politycy zachodni. Ale najlepiej rozumieją ją zwyczajni obywatele.
Znakomity pisarz Janusz Głowacki w powieści “Moc truchleje”, przetwarzającej doświadczenie jego pobytu w Stoczni Gdańskiej w Sierpniu 1980 r. utrwalił, jak strajkujący robotnicy oglądają amerykański serial “Pogoda dla bogaczy” w telewizji rządowej, bo innej przecież wówczas nie było. Jak opowiada jego bohater: “(..) Ludzie rozchodzili się spod bramy, natomiast ogromny tłum pchał się do telewizora drzwiami i wisiał w oknach. Nikt się nie śmiał ani nie gwizdał, czyli że nie był to dziennik, tylko film, chociaż główny bohater – mężczyzna z ogólnej elegancji i rozumnej twarzy, był podobny do Przełożonego Wysokiego Towarzysza. Pod sam koniec on osobiście, ponieważ miało to miejsce w Ameryce, rządzonej przez rekiny, wymierzył z rewolweru do zwykłego, wynajętego przeciw sobie zbója i tytułując go Falconetti z palcem na cynglu waha się i waha, chociaż tamten zabił mu brata. Tutaj już cała sala krzyczy: – Strzelaj, strzelaj do skurwego syna! On by cię nie oszczędził! – i zaraz jęczy z żalu, kiedy tamten opuszcza rękę i odwraca się z całkowitą pogardą” [1].

Robotnicy oglądali w telewizji seriale i mecze, zaś studenci i inteligenci filmy Federico Felliniego, Akiro Kurosawy i Andrieja Tarkowskiego czy Teatr Telewizji wszyscy razem zaś – Kabaret Olgi Lipińskiej, Studio 2 i transmisje papieskie. 

Kręcąc gałką radioodbiornika zyskiwało się wybór między rządową propagandą zohydzającą Zachód w paśmie “Tu jedynka” (tu jedynka, tu jedynka, panie Gierek, a gdzie szynka – rymował w odpowiedzi lud) a nadającą z tegoż kierunku Wolną Europą, na której falach głos Jana Nowaka-Jeziorańskiego, Józefa Ptaczka czy Wiktora Trościanki przebijał się przez – jak to ujmował w protest-songu bard opozycji Jan Krzysztof Kelus “zagłuszarki ten kurewski poryk, aż się sam w kieszeni otwiera scyzoryk”.
Komfort odbioru zachodniej telewizji w języku narodowym mieli jednak wyłącznie sąsiedzi z NRD, którym pod innymi względami nie mieliśmy czego zazdrościć, może z wyjątkiem medali na olimpiadach.

Nad Wisłą, Odrą, Wartą i Wielkimi Jeziorami Mazurskimi telewizja była tylko jedna, rządowa, partyjna i państwowa. Dyrektorom z radiokomitetu za czasów Macieja Szczepańskiego prezesa TV za Edwarda Gierka przysługiwało prawo do wczasów w luksusowym mazurskim Łańsku, gdzie podchodziły przy śniadaniu sarny i daniele dające się pogłaskać, bo zawczasu oswojone, żeby nie uciekły z celownika lubującym się w polowaniach a często nietrzeźwym towarzyszom: od jugosłowiańskiego Josipa Broz Tito po kubańskiego Fidela Castro. Sami dyrektorzy z TV nie musieli się też przejmować groźbą dmuchania w balonik, bo specjalna przepustka “erka” gwarantowała im immunitet od kontroli MO, zaś pragmatyka służbowa sytuowała ich na równi z wiceministrami.

To jedna strona medalu: ale poniekąd za sprawą ambicji kacyków Telewizja Polska dzięki zakupom sprzętu i kształceniu wykwalifikowanych kadr oraz ściąganiu artystów osiągnęła wtedy poziom renomowanych stacji zachodnich. Na międzynarodowych targach sprzętu audiowizualnego rozmach transakcji dokonywanych przez kolegów z Polski wzbudzał podziw i uznanie nawet wśród ich znajomych z wolnego świata. 
To za pośrednictwem telewizji Polacy oglądali lądowanie Neila Armstronga na Księżycu (1969 r.) i triumf piłkarzy na olimpiadzie w Monachium (1972 r.) po którym komentator Jan Ciszewski wykrzykiwał: “Proszę państwa i co ja teraz mam powiedzieć?”.

Tłumy przed telewizorami (kolorowy Rubin czasem wybuchał, bezpieczniejsza była filigranowa i nadająca się na daczę radziecka Junost) skupiały czwartkowy Teatr Sensacji “Kobra” na zmianę z serialami o porucznikach Columbo i Kojaku oraz detektywach Mannixie z Kanady i Benacku z Chicago – ten ostatni śmieszył zwłaszcza recytowaniem “starych polskich przysłów” w stylu “nic nie uchroni Białegostoku przed zamiecią śnieżną”. W niedzielę wyświetlano sagi rodzinne, te same co na Zachodzie, Forsythów według brytyjskiego pisarza Johna Galsworthy’ego nagrodzonego za dziesięć tomów o nich literackim Noblem czy Thibaultów innego, francuskiego noblisty Rogera Martina du Gard. Żona jednego z profesorów przybyłych na konferencję naukową do pałacu w Jabłonnie, typowa amerykańska housewife, nie posiadała się ze zdumienia: – Paul, oni tu mają Palliserów (to z kolei wedle powieści Anthony’ego Trollope’a). Bo TVP nadawała akurat ten sam serial, co stacja w jej ojczystym stanie. 

Dziennik Telewizyjny miał charakter potiomkonowski, budował wygodną fasadę władzy. Informacją sterowano ręcznie, jak wspominał jego były szef z lat 70 Jerzy Ambroziewicz: “(..) gdy wydarzyła się katastrofa w kopalni i od tąpniecia zginęło kilkunastu górników (..) postanowiłem, że będzie to pierwsza wiadomość w dzienniku, ale akurat tego dnia w Belwederze profesor Jabłoński wręczył kilkunastu wojskowym nominacje na stopnie generała brygady i dywizji. Nieomal do początkowego sygnału dziennika przekonywałem urzędników od propagandy, że popełniają straszliwy błąd, że działają na szkodę własną i telewizji. Nie pomogło. Społeczeństwo najpierw miało dowiedzieć się o pompie w Belwederze, a w drugiej kolejności o tragedii w kopalni” [2]. Henryk Jabłoński był wtedy przewodniczącym Rady Państwa, gremium, które w parę lat później wprowadziło stan wojenny. 
Propagandę ograniczano jednak do dziennika i “dziesiątek” po nim oraz transmisji z pochodów pierwszomajowych i partyjnych zjazdów, bo władza nie była całkiem indolentna i zależało jej, aby ktoś to wszystko oglądał. Pozwalało to choćby artystom, chociaż nie tylko im, na realizację znaczących kulturowo przedsięwzięć. 

Grany na ekranie “Kabaret starszych panów” stworzył metr sewrski inteligenckiego poczucia humoru, w dobrym stylu, subtelnego, błyskotliwego i bez wulgaryzmów. Zaś wykpiwane raczej przez ludzi wykształconych Telewizyjne Technikum Rolnicze otworzyło tysiącom gospodarskich synów drogę przynajmniej do zdobycia papierów niezbędnych do uzyskania przydziału na ciągnik lub kredytu bankowego na maszyny, a niektórym – do kolejnych szczebli wiedzy już na zwykłych politechnikach czy wyższych szkołach rolniczych. Bank miast czy teleturnieje bardziej bawiły, trochę uczyły, ale nie szkodziły nikomu. Zaś “Polskie drogi” czy “Dom” nie były zwykłymi serialami, lecz stałym pretekstem do długich nocnych Polaków rozmów po emisjach kolejnych ich odcinków. Gdy w pierwszej z tych produkcji zamach na szefa Arbeitsamtu dokonany przez Armię Krajową podczas okupacji przypisano proradzieckiej Gwardii Ludowej telewidzowie bezbłędnie fałszerstwo wychwycili.    

Gram na emocjach? Warto się do nich odwoływać, gdy… rozum śpi. Przynajmniej wśród polityków. Bo gdy rozum śpi, budzą się demony, o czym wiemy za sprawą geniuszu Goi.

Demony propagandy opanowały telewizję w stanie wojennym, gdy nie było Teleranka, tylko przemówienie gen. Wojciecha Jaruzelskiego z pamiętnymi słowami “ojczyzna nasza znalazła się nad przepaścią”. Dziennik prowadzili spikerzy w mundurach, na co opozycja zaregowała organizowaniem ostentacyjnych spacerów w trakcie emisji, w Świdniku pod Lublinem tak tłumnych, aż Milicja Obywatelska równie masowo legitymowała ich uczestników.

Ale jesienią 1988 r. znów wszyscy zasiedli przed telewizorami, żeby obejrzeć debatę Lecha Wałęsy z przewodniczącym oficjalnego Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych Alfredem Miodowiczem. Zwycięstwo przewodniczącego Solidarności oznaczało jej symboliczny powrót do oficjalnego życia publicznego na długo przed Okrągłym Stołem i wyborami z 4 czerwca 1989 r. Dokonało się to za pośrednictwem telewizji, jaka by wtedy nie była. Dlatego gdy zmieniał się ustrój, nikt nie proponował zaorania bloków przy Woronicza ani nawet dwóch połączonych budynków na placu Powstańców i przekształcenia ich w muzeum oporu przeciw komunizmowi ani przyznania wyłączności stacjom prywatnym, gdy powstaną. Zwłaszcza, że w ogłoszonym w piątym roku nowej Polski konkursie koncesyjnym wśród dziesięciu ubiegających się o ogólnopolski glejt na nadawanie znalazł się biznesmen – nazwisko pamiętam, ale litościwie pomijam – którego rodzony brat skazany został za paserstwo samochodów kradzionych w Niemczech.

Zaś sam zwycięzca, nagrodzony koncesją za czysto polski kapitał, zanim został magnatem medialnym legitymował się przy okazji różnych interesów aż pięcioma nazwiskami, co rychło wyciągnęli mu konkurenci. Po ogłoszeniu korzystnej dla Zygmunta Solorza i jego Polsatu decyzji Lech Wałęsa zadzwonił do przewodniczącego Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji Marka Markiewicza, którego przedtem sam do niej powołał, z pytaniem: – Ile wziąłeś? Zaś Markiewicz ujawnił na konferencji prasowej treść rozmowy z prezydentem i publicznie złożył podpis pod koncesją dla pierwszej stacji ogólnopolskiej.

Dziś przyszły los Polsatu zależy od powodzenia całości imperium finansowego Solorza, dotkniętego jak cała gospodarka przez skutki pandemii. Z kolei w drugiej stacji prywatnej – TVN panują panikarskie klimaty, oczekuje się masowych zwolnień w związku z zamiarem kupienia jej od Discovery przez Disneya. Ćwierkają o tym nie tylko wszystkie wróble na Augustówce ale i liczne wpisy na Twitterze. Oznacza to, że w wypadku likwidacji TVP po dojściu do władzy obecnych ugrupowań demokratycznych, z zemsty lub po to, by spłacić publiczne długi wobec stacji prywatnych, możemy mieć… obraz kontrolny na wszystkich monitorach. Albo liczyć na uruchomienie przez putinowskiego Sputnika lub RTR Rossija pełnokrwistego programu w języku polskim. To już jednak ponury żart.   

Czy 40 milionów rodaków zasługuje na telewizję publiczną

Telewizja publiczna powinna istnieć w 40-milionowym kraju, podobnie jak działa we Francji czy Niemczech (tam nawet dwie: ARD i ZDF), w Wielkiej Brytanii (stawiana często za wzorzec innym BBC) i we Włoszech (kontrowersyjna ale silna i kochana przez zwykłych ludzi RAI).

Liczącej się telewizji publicznej brak za to w Ameryce (PBS pozostaje tam nadawcą niszowym), czego efekt opisywał jeszcze za prezydentury Billa Clintona Zbigniew Brzeziński w książce, której polski tytuł “Bezład” słabiej jej treść oddaje niż oryginalny “Out of Control. Global Turmoil on the Eve of the Twenty – First Century”: “Uderzające, że według danych z Nielsen Media Services przeciętna gospodyni domowa w Ameryce ogląda telewizję dwadzieścia osiem godzin i trzynaście minut tygodniowo czyli około jednej czwartej swojego czasu, a nastolatek – około dwudziestu godzin (..). Smutnym faktem jest to, że twórcy kulturowej pornografii stanowią konkurencję dla ambitnych producentów (..).

Nawet pobieżny przegląd papki słownej, jaka wypełnia programy dzienne, i zawartości rozrywek wieczornych, nie wspominając już o reklamach, ukazuje, że dominuje w nich właśnie zmysłowość, seks i sensacja (..). Wpływ srebrnego ekranu sprowadza się do propagowania zasady egoistycznego zaspokojenia, traktowania przemocy i brutalności jako rzeczy normalnej, zachęty do seksualnego promiskuityzmu przez intensyfikowanie nacisku na grupy rówieśnicze (..). Telewizja schlebia najniższym gustom publiczności (..). Powyższe stwierdzenia stosują się szczególnie do takich eksportowych produktów amerykańskiej telewizji, jak “Dallas” i “Dynastia”, szeroko oglądanych w ponad stu krajach (..). Wulgarność i pustka duchowa, upowszechniane przez te obrazy, każą w ogóle wątpić w to, czy Ameryka ma głębsze przesłanie dla współczesnego świata (..).

Dobre życie w wydaniu telewizyjnym obraca się wokół zdobycia dóbr i dążenia do natychmiastowego zaspokojenia. Żyjącego utopią fanatyka zastępuje nienasycony konsument (..). Wybór – i związany z nim dylemat – został wnikliwie scharakteryzowany w społecznej encyklice papieża Jana Pawła II “W setną rocznicę encykliki Rerum Novarum” (Centisimus Annus, 1991): Pragnienie, by żyć lepiej, nie jest niczym złym, ale błędem jest styl życia, który wyżej stawia dążenie do tego, by mieć aniżeli być, i chce więcej mieć nie po to, by bardziej być, lecz by doznać w życiu jak najwięcej przyjemności” [3]. 

Demokracja zakłada jak wiemy zasadę prawdy względnej, można więc też założyć, że mylili się zgodnie współtwórcy upadku komunizmu: Ojciec Święty i prof. Brzeziński, zaś rację co do wyższości stacji prywatnych mają Tomasz Lis z Milanem Suboticiem, którzy też do nich przypłynęli z TVP, gdzie pierwszy wprawiał się do roli męskiej odmiany pierwszej lalki Barbie polskich mediów zaś drugi pełnił funkcję komisarza politycznego. Albo że większym od filozofa Karola Wojtyły autorytetem w dziedzinie środków społecznego przekazu pozostaje zaszczepiony poza kolejnością biurokrata z TVN Edward Miszczak – chociaż jak wiadomo celebryci szczepieni gorsi są od nie szczepionych, w odróżnieniu od dogów niemieckich.

Poważnie już: moralna kompromitacja TVN przy okazji afery szczepionkowej (na lewo zabezpieczył się przed pandemią również twórca stacji Mariusz Walter oraz partnerka rzeczonego Miszczaka Anna Cieślak, aktorka znana z tego, że jest znana) kładzie ostateczny kres złudzeniom, że telewizja prywatna zastąpić może publiczną w roli strażnika standardów życia publicznego. Bossowie TVN powinni przecież podwładnych zachęcać do demaskowania podobnych afer zamiast samemu na nich korzystać. Wejścia na żywo gwiazdorków i gwiazdeczek prywatnej stacji nie okazują się wiele mądrzejsze od sławetnych pasków TVP Info. TVN świeci światłem odbitym, zresztą jak może dziać się inaczej, skoro jej oblicze kształtują dawne kadry telewizji publicznej sprzed ćwierćwiecza. Dlatego postwalterowska stacja przypomina piłkarską Pogoń Szczecin z czasów, gdy jej właściciel zatrudnił do grania kilkunastu miernych Brazylijczyków bo wychodziło taniej niż uczciwie zapłacić porządnym zawodnikom z Polski.

W związku z przejęciem TVN przez Disneya od Discovery trwają spekulacje, kogo nowi Amerykanie przy tej okazji zwolnią a kogo zostawią. Zapewne tych pierwszych będzie sporo, skoro teraz w Sejmie żurnaliści TVN24 nierzadko jednego polityka nagrywają w trzy ekipy zdjęciowe, przeszkadzając sobie nawzajem przy czym zadają pytania, przerywają odpowiedzi w pół słowa i stawiają następne: wytrawny kapitalista nie będzie tego tolerować. Ta rosyjska ruletka pokazuje niski poziom stabilności prywatnych stacji. Wprawdzie Polsat – jak pokazują badania opinii – oceniany jest jako bardziej wiarygodny, ale wszyscy wiedzą, że dla jego właściciela multibranżowego Zygmunta Solorza… telewizja nie jest najważniejsza.     

Niepowodzenie polskiego eksperymentu z telewizją publiczną, zresztą dopiero po ćwierćwieczu nie pozbawionym też sukcesów, powinno skłaniać do drugiego podejścia a nie zgruzowaniu hal i biurowców “na Woro” albo studiów “na Placu” w dawnej kamienicy Banku Zbożowego i sąsiedniej. 
TVP pozostaje bowiem instytucją kultury podobnie jak Filharmonia Narodowa czy Archiwum Akt Dawnych. Kto na nią się porwie, podniesie rękę, zyska herostratesową tylko sławę. Polityków warto więc przestrzec przed przyjęciem roli barbarzyńców, atakujących młotkiem mechanizm zegarowy.

Spytać ktoś może, dlaczego warto bronić TVP, skoro przedtem przystano na likwidację polskiej motoryzacji i elektroniki, zamykanie wcale nie przestarzałych zakładów – dawnych twierdz Solidarności, nie pozwolono odrodzić się Ursusowi, torpedując plany Andrzeja Zarajczyka? Odpowiedź wydaje się prosta: to, że postępowano źle nie stanowi argumentu, że musi tak dziać się w nieskończoność. Zaś za likwidację rodzimego przemysłu i milionów miejsc pracy zapłaciliśmy falą populizmu, która przez ostatnie pięć lat zalała tak telewizję jak wszystkie z nielicznymi wyjątkami instytucje demokratyczne.

Skoro jednak przez tyle lat się udawało – dlaczego nie spróbować jeszcze raz… Polską ustawę o radiofonii i telewizji, wprowadzającą instytucje publicznej TVP, Polskiego Radia i jego spółek regionalnych, wzorowano na najlepszej w świecie francuskiej. Jednak gdy jako dziennikarz Obserwatora, pierwszego programu informacyjnego bez komunistów nagrywałem na wyłączność rozmowy z Janem Olszewskim i Janem Krzysztofem Bieleckim, gdy mieli zostać premierami – ustawy jeszcze nie było. Nie brakowało za to woli zmiany, nawet nie abstrakcyjnego przywrócenia telewizji społeczeństwu, tylko robienia programu nie gorszego od CNN, który zwykle grał w naszym pokoju redakcyjnym, bo na oglądanie przestawiających się – acz pracujących tym samym starym dziennikowym składem – z propagandy komunistycznej na nową informację Wiadomości nie traciliśmy czasu. 
Jeśli więc odzyskiwanie telewizji przez widzów ma się powieść teraz, nie da się tego czasu marnować na małostkową zemstę za to, że dziennikarz TVP Info Miłosz Kłeczek na konferencji prasowej wypytywał przewodniczącego klubu parlamentarnego Koalicji Obywatelskiej Cezarego Tomczyka czy swoje BMW kupił z poselskiej pensji a w materiale filmowym pokazał jak marszałek Senatu Tomasz Grodzki nadskakuje ekipie TVN. 

Fatalną inauguracją zmian wydaje się stresowanie artystów sztuki telewizyjnej, cenionych w świecie polskich operatorów obrazu i dźwięku, montażystów, realizatorów i kierowników produkcji, że po kolejnej zmianie władzy w kraju przyjdzie im zapłacić posadami za błazeństwa Danuty Holeckiej, lizusowstwo programów Jacka Łęskiego (“Motel” nawet jak na pisowską propagandę wykpiwany pozostaje ponad normę… i zasłużenie), tendencyjność i demagogię komentarzy Marka Króla lub granie publiczności na nerwach przez Magdalenę Ogórek.

Zwłaszcza, że nie są to wcale żurnaliści ideowi: Holecka doskonale prosperowała za rządów SLD, Łęski rzecznikował rosyjskojęzycznemu konsorcjum biznesowemu z Donbasu, kupującemu polskie fabryki wraz z robotnikami, Król był w latach 80. sekretarzem KC PZPR, zaś Magdalena Ogórek przed sześciu laty nieudaną kandydatką Leszka Millera na prezydenta.

Dlaczego telewizja publiczna jest potrzebna

Telewizje publiczne istnieją we wszystkich największych demokracjach Europy, czasem nawet dwie jak ARD i ZDF w Niemczech. Niekiedy stanowią wzorzec dla innych jak brytyjska BBC, nierzadko stwarzają kłopot jak włoska RAI, zdarza się, że rywalizują z prywatnymi jak we Francji. W Polsce od pięciu lat faktycznie znów mamy telewizję rządową zamiast publicznej. Dla opozycji może […]

Read more


TVP skupia jednak wciąż fachowców lepszych niż stacje prywatne – mowa o artystach sztuki telewizyjnej, nie propagandystach. 
Twórcą materiału telewizyjnego, czy to w “newsach” czy reportażu pozostaje zwykle cała ekipa. Czasem gdy spotykamy się z niedostatkiem potwierdzonych informacji (dziennikarz powinien je pozyskiwać z dwóch niezależnych od siebie źródeł), najlepiej przemawia sam obraz. Gdy w grudniu 1995 r. po porażce w wyborach Lech Wałęsa zwołał spotkanie marszałków, niektórych ministrów i prezesów instytucji publicznych w sprawie domniemanych kontaktów Józefa Oleksego z rosyjskim szpiegiem – stałem przed Pałacem Prezydenckim z ekipą operatora Wacława Szewczyka. Uczestnicy rozmowy kolejno odmawiali nam wypowiedzi. Dałem więc do materiału dojazd kamerą do zamkniętej szyby samochodu ministra spraw wewnętrznych Andrzeja Milczanowskiego pokazujący jego zaciętą w skupieniu twarz. Ujęcie to mówiło więcej, niż dość ogólny tekst informacji, oddawało dramaturgię, naprowadzało na główny temat.

Pokazanie wszystkich wyjeżdżających dawało też pojęcie, o kogo chodzi, bo tylko Oleksego wśród najwyższych funkcjonariuszy państwa na historycznym spotkaniu zabrakło.  Stacje prywatne telewizji publicznej nie zastąpią, bo żadnej z nich nie opłaca się wystawienie dramatu Szekspira ani Wyspiańskiego w Teatrze Telewizji czy produkcja serialu ambitniejszego niż “Chyłka” czy “Diagnoza”, pomińmy już “Rodzinę Kiepskich” czy dalszy ciąg przygód Hansa Klossa na wesoło.

Skoro nie zgruzowano Telewizji Polskiej w 1989 r, tym bardziej nie ma potrzeby robić tego teraz, chyba, że części opozycji naprawdę zależy wyłącznie na płaceniu w ten sposób długów wdzięczności zaciągniętych wobec stacji prywatnych. Jednak gdy Andrzej Wajda nazywał TVN “naszą telewizją” mógł sobie na to pozwolić jako wybitny reżyser, politykom jednak, żyjącym z naszych podatków, w podobny sposób rozumować nie wolno.         
Po 1989 r. politycy demokratyczni przejęli telewizję wraz ze skamielinami, odziedziczonymi po ponurych czasach, lub powracającymi tam po paru latach: starym kadrom z partyjnego betonu przypisywano fachowość, chociaż nikt nie określił, na czym miała ona polegać. Ekipa Tadeusza Mazowieckiego kierowanie Wiadomościami, jak naprędce nazwano nowy dziennik, powierzyła dawnemu propagandyście z frakcji gen. Mieczysława Moczara a później delegatowi na IX zjazd PZPR Jackowi Snopkiewiczowi. Za rządów Hanny Suchockiej wicedyrektorem Telewizyjnej Agencji Informacyjnej nadającej dzienniki pozostawał posiwiały w służbie socjalizmu Andrzej Turski o twarzy w barwach flagi na pochód pierwszomajowy. Nawet młody prezes publicznej już telewizji Wiesław Walendziak wiceszefem informacji zrobił Karola Sawickiego, którego największym osiągnięciem zawodowym pozostawało wspólne zdjęcie z Edwardem Gierkiem. Zaś na czele Teleexpressu postawił Milana Suboticia, za którego kierownictwa zespół biesiadował z gangsterami w klubie “Dekadent”. 

Łatwiej jednak bez porównania wskazać dobre wzorce, do których wciąż warto nawiązywać. Wywodzący się z dawnej opozycji antykomunistycznej Karol Małcużyński, wieloletni pracownik BBC w Polsce, jako szef Wiadomości niedługo po przełomie ustrojowym skutecznie bronił programu przed naciskami polityków i nie bał się nawet uchodzącego wtedy za pulpit sterowniczy polskiego życia publicznego Belwederu. Młody zespół Obserwatora udowodnił, że da się robić ciekawy i profesjonalny dziennik bez komunistów, a po zdjęciu programu z anteny zasłynął pierwszym w historii polskiej telewizji dziesięciodniowym strajkiem okupacyjnym.

Jacek Bochenek, kolejny młody szef TAI, również za rządów SLD pokazał, że politycy mu nie będą układać serwisów informacyjnych ani dyktować, z kim współpracuje. Piotr Sławiński i Jan Szul w równie trudnych czasach skutecznie dbali o jakość programu. Rozpoznawalnymi prezenterami, zaliczanymi do grona pierwszych celebrytów nowej Polski stali się Jolanta Pieńkowska i Filip Łobodziński. Wysoki poziom i rzetelność sejmowych relacji zapewniły Danuta Ryszkowska z Iwoną Sulik. Wnikliwym zmysłem analitycznym wykazywał się na antenie filozof z wykształcenia Grzegorz Miecugow. Wytrawny reporter Wojciech Nomejko sprawił, że to gazety codzienne powoływały się na Panoramę TVP, nigdy odwrotnie, czasem przydawało się nawet to, że on z kolei jest absolwentem Akademii Wychowania Fizycznego.

Kiedyś politycy spotkali się w Urzędzie Rady Ministrów, rozmawiając o koalicji. Wojciech Nomejko przeszedł wtedy aleje Ujazdowskie, wziął na plecy ławkę z parku i przytargał przed główne wejście URM.
– Ta ławka nie może tutaj stać – zaprotestowali borowcy.
– Jak nie może, skoro już stoi – odparował przytomnie Nomejko. I zaskoczonym funkcjonariuszom Biura Ochrony Rządu opowiedział o swoim zamyśle: on na tej ławce posadzi polityków negocjujących ugrupowań i będzie im zadawał pytania. Przejęci szacunkiem goryle dali mu spokój.
Kiedyś w połowie lat 90 zmontowałem materiał do głównego wydania Wiadomości i udałem się na naprędce umówione spotkanie z politykiem do śródmiejskiego hotelu “Holiday Inn”, gdzie rozmówca miał się ze mną “byle bez kamery” podzielić wyprzedzającymi wydarzenia informacjami.

Spóźnił się jednak trochę, bo właśnie – wedle własnego sformułowania – przyklepywał zmiany w rządzie. Wiedząc, że nie zdążę już na plac Powstańców ani do domu w porze emisji, poszedłem na Dworzec Centralny, gdzie w hali głównej wisiał wtedy okazały telebim. Oglądałem więc program w towarzystwie stałych mieszkańców tego miejsca. Okazało się, że mój materiał idzie jako pierwszy. Jeden z “bezdomniaków” odezwał się wtedy nie w porę.
– Ciszej, my oglądamy Wiadomości – skarcili go zaraz pozostali.
Ten dowód uznania do dziś cenię sobie szczególnie… 

[1] Janusz Głowacki. Moc truchleje. [w:] Ścieki, skrzeki, karaluchy, utwory prawie wszystkie. Polska Oficyna Wydawnicza “BGW”, Warszawa 1996, s. 797
[2] Jerzy Ambroziewicz. Znam was wszystkich. Polska Oficyna Wydawnicza “BGW”, Warszawa 1993, s. 150
[3] Zbigniew Brzeziński. Bezład. Polityka światowa na progu XXI wieku. Editions Spotkania, Warszawa 1993, s. 68-71, przeł. Krzysztof Murawski; Encyklika Centisimus Annus, Watykan 1991, s. 36

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 10

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here