Prawybory, lansowane dziś przez Platformę, to pomysł skopiowany z demokracji amerykańskiej, gdzie przeprowadzają je obie główne partie: republikanie i demokraci. Tyle, że w Polsce niedawne wybory do Sejmu znamionowały odejście od dwubiegunowości w polityce, pozostałe trzy partie oprócz PiS i PO uzyskały w sumie 27 proc głosów, zaś według niedawnego sondażu Kantar dziś mogłyby liczyć na 32 proc [1].

Bliższy polskiej scenie i kulturze politycznej pozostaje model wyborów prezydenckich we Francji, gdzie kandydatów jest wielu, a dla wyniku kluczowe okazują się decyzje, podejmowane między pierwszą a drugą turą. Francuzi mają znakomite określenie: presidentiable. Dosłownie nieprzetłumaczalne na polski, określa kandydata mającego ambicje, żeby zostać prezydentem, ale również podstawy, żeby je zrealizować.

Charyzma do tego wystarczy, nie trzeba koniecznie kończyć ENA, elitarnej Ecole Nationale d’Administration, od wielu lat kuźni kadr francuskiej klasy politycznej. Listonosz Olivier Besancenot w wieku 28 lat nie tylko przeprowadził ciekawą kampanię, ale uzyskał w 2002 r. poparcie 1,2 mln wyborców, pięć lat później egzotycznego z pozoru kandydata o trockistowskich przekonaniach poparło 1,5 mln francuskich obywateli.

Smutny wynik i trochę nadziei

Suweren – tyle razy przywoływany – zdecydował. O jego werdykt przegrani nie mają prawa się obrażać, z kolei zwycięzców nie powinien on skłaniać do zbytniej pychy.

Read more

Do wyborów w 2017 r. stanęło 11 pretendentów, a ostatecznie wygrał je Emmanuel Macron – syn profesora, wywodzący się z establishmentu, ale niedługo po zwycięstwie… zapowiadający likwidację ENA jako szkodliwie elitarnej.

Zwycięski Macron przełamał hegemonię głównych partii politycznych. Wystartował z własnego ugrupowania En Marche, nie wpuścił do drugiej tury kandydatów dominujących wcześniej socjalistów i centroprawicy, a potem pokonał pozornie antysystemową, ale wywodzącą się z formacji o utrwalonym miejscu na scenie politycznej Marine Le Pen. Później poprowadził swoje ugrupowanie do zwycięstwa również w wyborach do Zgromadzenia Narodowego i uzyskania w nim większości.

W Stanach Zjednoczonych nie jest to możliwe, dominacja dwóch partii: republikańskiej i demokratycznej ma trwały charakter i datuje się od 1912 r. Pojawiali się wprawdzie egzotyczni kandydaci niezależni, jak Ross Perot w 1992 r, ale ich rolą pozostawało tylko zaszkodzenie któremuś z głównych pretendentów. Miliarder Perot odebrał głosy George Bushowi seniorowi, pomagając tym samym Billowi Clintonowi wprowadzić się do Białego Domu.

W Polsce budowa systemu dwupartyjnego na zasadzie umacniania postępującej dwubiegunowości marzyła się w kadencji 1997-2001 zarówno politykom AWS jak SLD, w obu wypadkach z opłakanym skutkiem. Akcja po przeprowadzeniu czterech wielkich reform (administracyjno-samorządowej, edukacji, zdrowia i ubezpieczeń) w ogóle nie weszła do Sejmu, co po kilkunastu latach stało się również udziałem SLD, które teraz dopiero tam powróciło, ale już pod szerszą marką Lewicy. Od ostatnich wyborów rysuje się raczej potwierdzona w sondażach tendencja odwrotna do bipolaryzacji polityki, w badaniu Kantar z końca listopada PiS i Koalicja Obywatelska zbierają razem raptem 61 procent.

Polskie wybory prezydenckie były zwykle bliższe francuskim niż amerykańskim. Już w 1990 r. do drugiej tury obok Lecha Wałęsy niespodziewanie przedarł się Stanisław Tymiński, wyprzedzając urzędującego premiera Tadeusza Mazowieckiego, którego spadek poparcia wiązał się z kosztami społecznymi planu Leszka Balcerowicza. Podobne zjawisko miało miejsce we Francji w 2002 r., kiedy to rywalem broniącego prezydentury centroprawicowego Jacquesa Chiraca zamiast urzędującego socjalistycznego premiera Lionela Jospina został w drugiej turze prawicowy radykał Jean-Marie Le Pen. W obu wypadkach wyborcy pozostałych kandydatów skupili się przy pretendencie bardziej obliczalnym, bojąc się antysystemowego, co tak Wałęsie jak Chirackowi przyniosło stanowcze zwycięstwo.

Zarówno we Francji jak w Polsce na wyborach prezydenckich zyskuje nie tylko zwycięzca – czwarte miejsce z dobrym wynikiem w 1995 r. pozwoliło Janowi Olszewskiemu zbudować Ruch Odbudowy Polski, który dwa lata później znalazł się w Sejmie. Dzięki trzeciemu miejscu z 2015 r. własną formację stworzył Paweł Kukiz, wciąż pozostaje obecna – teraz jako koalicjant PSL.

W wyborach prezydenckich w 2000 r., jedynych dotychczas, które rozstrzygnęły się już w pierwszej turze równie istotna, co zwycięstwo Aleksandra Kwaśniewskiego okazała się przegrana w walce o drugie miejsce lidera rządzącej AWS Mariana Krzaklewskiego z Andrzejem Olechowskim, przedstawiającym się jako kandydat obywatelski, a zgłoszonym przez środowisko krakowskiego „Tygodnika Powszechnego”. Wielu innych kandydatów też nie wywodziło się z partii: środowiska przedsiębiorców i elektorat kierujący się pojęciem Polskiej Racji Stanu reprezentował wtedy Dariusz Grabowski, radykalną lewicę i ideę równościową – Piotr Ikonowicz. W zgodnej opinii ekspertów była to jedna z ciekawszych kampanii prezydenckich.

Tyle wolności, ile własności

W XXI wieku miarą wolności narodów i państw będzie własność. Tyle wolności, ile własności – oto credo epoki. A ja pytam, czy zwycięstwo w walce o wolność w 1989 roku okupimy całkowitą utratą własności, przez własną głupotę?

Read more

Francuska zasada, że w pierwszej turze wyborca kieruje się bardziej sercem niż rozumem, a w drugiej już odwrotnie – nie tylko czyni politykę barwną, ale zmusza kandydatów do maksymalnego wysiłku, elastyczności i niezbędnej pokory. Politycy zmuszeni są tonować agresję. Nie mogą palić za sobą mostów, w sytuacji, gdy za chwilę – między pierwszą a drugą turą – przyjdzie im zabiegać o zwolenników obecnych rywali. Lepiej więc uczyć się od Francuzów niż Amerykanów, by socjologowie nie musieli znów po głosowaniu diagnozować podziału Polaków na dwa wrogie plemiona.

Wybory prezydenckie to nie rosyjska ruletka. Tylko czas świadomych decyzji.

Wielu kandydatów – to dla wyborców większa szansa, że znajdą wśród nich własnego. Skarżymy się często, że nasi rodacy politykę uznają za obcą i im nieprzyjazną. Cieszymy się z wyższej frekwencji, frasujemy, gdy okazuje się niższa – a żaden pojedynek gigantów już w pierwszej turze nie ściągnie obywateli do punktów wyborczych, bo postrzeganie polityki jako meczu dla wielu z nas okazuje się nużące.

Zaś kalkulowanie czy obstawianie z góry zwycięzcy – w czym celują dziś środowiska Koalicji Obywatelskiej – wydaje się z góry skazane na niepowodzenie. Nie znamy bowiem żadnego analityka, który przewidziałby już na starcie poprzedniej kampanii zwycięstwo Andrzeja Dudy nad Bronisławem Komorowskim. A to przecież żadna prehistoria, jeszcze pięć lat nie minęło…

Twoim zdaniem…

Kto wygra wybory prezydenckie?

[1] sondaż Kantar z 29-30 listopada 2019

Czytaj inne teksty Autora:

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 25

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna
Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here