Aparatczycy, nieudani ministrowie, w najlepszym wypadku polityczni weterani – polska reprezentacja w europarlamencie głównie za sprawą zwycięskiego PiS przedstawia się słabiej niż kiedykolwiek. Również sposób potraktowania przez Grzegorza Schetynę Julii Pitery czy Bogdana Zdrojewskiego, którzy w ogóle nie znaleźli się na listach, chociaż wiedzieli po co są w Brukseli i Strasburgu wskazuje na działanie prawa Kopernika-Greshama, zgodnie z którym moneta gorsza wypiera lepszą.

Łukasz Perzyna


Żywy symbol kompromitacji PiS ma arenie europejskiej Jacek Saryusz-Wolski, który jako operetkowy kontrkandydat Donalda Tuska na stanowisko prezydenta Zjednoczonej Europy dopracował się słynnego już na cały świat wyniku 1 do 27, indagowany o plany, jakie zamierza zrealizować w nowej kadencji europarlamentu opowiadał coś o totalnej opozycji bez związku z pytaniem.

Lepszym refleksem wykazała się medialna rzeczniczka i wicemarszałkini Beata Mazurek, która zapowiedziała przynajmniej, że w Brukseli i Strasburgu zajmie się promocją polskiej kultury ludowej. Chociaż etnografką z wykształcenia jest nie ona, lecz była premier Beata Szydło, która w wyborach osiągnęła rekordowy rezultat 520 tys głosów. Zapisała się jednak w dziejach polskiej polityki nie nową wykładnią naszego miejsca w Europie, lecz bon motem, że te pieniądze się po prostu należały, najsłynniejszym od czasów urbanowego „rząd się wyżywi” symbolem arogancji i pazerności.

Wbrew obietnicom tylko siedmiu jej ministrów (Witold Bańka, Mariusz Błaszczak, Jarosław Gowin, Mateusz Morawiecki, Konstanty Radziwiłł, Krzysztof Tchórzewski, Zbigniew Ziobro) przekazało nieformalne „drugie pensje” na Caritas. Dla pozostałych chciwość okazała się motywacją silniejszą niż rady speców od marketingu i wizerunku oraz publicznie składane zobowiązania.

W polskiej polityce nie ma miejsca na partie antyeuropejskie

Dzisiaj mówimy po polsku, mamy polskie szkolnictwo, polski rząd – ale polskie resursy nie pracują na nasze miejscowe, polskie, dobro.

Czytaj więcej

A w kuluarach parlamentu – tego na Wiejskiej, a nie unijnego – krąży żart, że przeciwnicy Brexitu mają kolejny argument za tym, żeby nigdy nie nastąpił: bo wtedy odwieszony zostanie warunkowy mandat Dominika Tarczyńskiego. Strach pomyśleć, co ten ostatni wyczyniał będzie w Strasburgu i Brukseli, skoro w krajowym Sejmie wyróżnił się głównie fryzjerską elegancją, której towarzyszyły kabotyńskie zachowania ze słynnym już wymachiwaniem do wyborców stopą wystawioną z jacuzzi. Liczni poważniejsi od niego nowi deputowani nie kojarzą się z specjalnie polityką europejską, jak Joachim Brudziński który był ministrem spraw wewnętrznych, a nie zagranicznych, a w partii zajmował się zarządzaniem strukturami czy Patryk Jaki, próbujący wyrobić sobie markę przy okazji zmian w sądownictwie i odwracania warszawskich decyzji reprywatyzacyjnych.

Biedroń całkiem jak Kaczyński…

Jeśli ktoś liczy, że na poprawę opinii polskiej załogi zapracuje nowa formacja, powinien zwrócić uwagę, że Sylwia Spurek polityczny mandat do PE z Wiosny Roberta Biedronia uzyskała przeskakując tam bezpośrednio z… apolitycznego przynajmniej w założeniu urzędu Rzecznika Praw Obywatelskich, gdzie była zastępczynią głównego ombudsmana Adama Bodnara.

A sam Biedroń nie tylko objął mandat, chociaż obiecywał, że tego nie zrobi, ale został szefem europarlamentarnej reprezentacji Wiosny. Nic dodać, nic ująć.

Z oczywistego faktu, że Biedroń może pochwalić się wyższym od Kaczyńskiego ilorazem inteligencji i lepszymi manierami nie wynika, że zamierza w politycznej praktyce postępować bardziej moralnie od starszego kolegi, o czym nowi wyborcy nowej partii przekonali się, zanim tydzień od wyborów minął.

Maj obywateli, czyli kto płaci za cały ten cyrk

Przebudzenie obywatelskie jeszcze się nie dokonało, trzeba na nie poczekać do jesieni. Oferta musi zostać poszerzona. Pojawienie się nowego wyborcy wymaga zbudowania nowej formacji.

Czytaj więcej

…a Schetyna jak Churchill

Julia Pitera zna się na walce z korupcją, Bogdan Zdrojewski na samorządności, oboje zasiadali w europarlamencie, ale nie zyskali uznania Grzegorza Schetyny a w ślad za tym miejsca na listach. Za to wyborcom z antykomunistycznej Warszawy zaproponowano Włodzimierza Cimoszewicza i Danutę Huebner. Ten pierwszy w kampanii zapisał się spowodowaniem wypadku drogowego oraz skandaliczną wypowiedzią o Polakach, cieszących się, że mogą nie oddać tego, co się należy ofiarom Holocaustu, chociaż jako prawnik wie doskonale, że były one obywatelami polskimi, a amerykańskie ustawy – nawet sławetna 447 – nie obowiązują w innych niż USA krajach.

Zaś sam Schetyna w pięć dni po porażce wyborczej, która bardziej wrażliwego męża stanu skłoniłaby do autorefleksji, zajął się promocją książki własnego autorstwa, jakby zamierzał pójść drogą Winstona Churchilla, który po przegranych wyborach został laureatem literackiej nagrody Nobla. Schetyna, który jeszcze niedawno w kampanijnej reklamówce rzucał piłką do kosza, demonstrując oczywistą przewagę nad niezgułowatym i całe życie zwalnianym z wuefu Kaczyńskim, pracuje na opinię cenionego literata i intelektualisty – przed wyborami debatował z samym Timothym Snyderem.

Jesienią nastąpi przebudzenie Polski pracującej na swoim i tworzącej miejsca pracy

PiS potwierdziło hegemonię, ale jesienią powtórzyć ten wynik będzie trudno. Rozbudowane rozdawnictwo i przekazywanie obywatelom pieniędzy, które przedtem państwo odebrało im pod postacią podatków – wyczerpie swoje możliwości.

Czytaj więcej

Inny lider Włodzimierz Czarzasty pragnie, jak się wydaje, zasłużyć na miano najskromniejszego polityka w Polsce. W powyborczym bilansie z ewangeliczną pokorą zaniżył urobek własnej formacji wyliczając jej 5 eurodeputowanych (Marek Balt, Marek Belka, Włodzimierz Cimoszewicz, Bogusław Liberadzki, Leszek Miller) zamiast 7, a zapominając o wywodzących się również z SLD Danucie Huebner i Bartoszu Arłukowiczu. Dzięki hojności, jaką wykazał się Schetyna z kieszeni swoich wyborców podupadłe SLD uzyskało więcej niż wywalczyłoby pod własną flagą, ale te dysproporcja nie służy ani czytelności polskiego życia publicznego ani jakości naszej reprezentacji w Europie.

Z tą ostatnią jeszcze w pierwszej polskiej kadencji (2004-9) nie było najgorzej, skoro wtedy z woli wyborców do Brukseli pojechali deputowani kojarzeni z polityką europejską jak negocjator Jan Kułakowski bądź twardą obroną rodzimej własności jak Bogdan Pęk oraz przedstawiciele, którzy już w trakcie sprawowania mandatu wyrośli ponad format własnych ugrupowań, jak Marek Czarnecki z listy Samoobrony czy Dariusz Grabowski wybrany z LPR, dbający też o współdziałanie polskich europosłów z rozmaitych komitetów wyborczych dla dobra wspólnego. W tej kadencji wydaje się to trudne, zarówno ze względu na emocje, podsycane w kampanii, jak charakter i zdolności samych deputowanych.

Donald, jak ty mnie imponujesz!

Donald Tusk zachował się jak ktoś, kto porzuca rodzinę, żonę, dzieci, wybierając za granicą większe pieniądze, młodszą żonę i zapominając o dzieciach. Tak postępuje mąż stanu?

Czytaj więcej

Europejskie wybory, czyli kibolska „ustawka”

Cel tej “ustawki”? Za żadne skarby nie dopuścić, by konflikt skręcił w stronę spraw ważnych dla większości Polaków. Dwie „scapione” w uścisku partie biją pianę i dostarczać wyborcom igrzysk.

Czytaj więcej

Podobało Ci się?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen / 5. ilość głosów

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Łukasz Perzyna
Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here