Jeden znachor, jeden głos

0
110


Afera Łukasza Mejzy, który do Sejmu wszedł za zmarłą koleżankę z listy opozycyjnego PSL, po czym zachęcony posadą wiceministra sportu uzupełnił sejmową większość Zjednoczonej Prawicy, stanowi wyrazisty sygnał, jaką cenę płaci się w Polsce za utrzymanie władzy.

Domorosły biznesmen od znachorskich praktyk, oferujący ciężko doświadczonym przez los ludziom niekonwencjonalne terapie za astronomiczne kwoty, chociaż medycyny nie skończył, w roli jednoosobowego koalicjanta rządzącej prawicy stał się dla Jarosława Kaczyńskiego chodzącą kompromitacją. Balastem trudnym do zniesienia dla co wrażliwszych wyborców. Ale przecież to nic nowego.    

Gdy przed siedemnastu laty wypytywałem w bezpośredniej rozmowie prezesa PiS o ewentualną koalicję z Samoobroną – Kaczyński nazwał taką ewentualność “skrajnie mało prawdopodobną”. Rok później taki właśnie sojusz rządowy zawarł, dołączając do niego jeszcze Ligę Polskich Rodzin, chociaż dekadę wcześniej dużo mniej katolickie Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe określił mianem “najkrótszej drogi do dechrystianizacji Polski”. Przy okazji kantował środki masowego przekazu, bo zaprosił nas na podpisanie umowy koalicyjnej z Andrzejem Lepperem i Romanem Giertychem, po czym w trakcie oczekiwania na tę ceremonię dowiedzieliśmy się, że partnerzy swój sojusz raz już sygnowali na antenie Telewizji Trwam. Wyszliśmy wtedy z sali na znak protestu. Zaś gdy zbudowana w ten sposób większość zaczęła się kruszyć, PiS kaptował uciekinierów z różnych klubów. Wśród nich znalazł się Bogusław Kowalski. Historyk i dawny działacz NZS Andrzej Anusz ujawnił wtedy, że tenże Kowalski donosił na niego i innego opozycjonistę Marcina Mellera, brał pieniądze od esbeków i kwitował, gdy płacili za spożywane przez niego posiłki. Jarosławowi Kaczyńskiemu, nominalnie zwolennikowi lustracji i wyeliminowania dawnej komunistycznej agentury z życia publicznego, podobna przeszłość jednoosobowego koalicjanta wcale nie przeszkadzała. W kolejnej kadencji przyznał mu nawet miejsce na liście PiS określane w slangu polityków jako “biorące” – czyli po prostu mandatodajne… Ojczyzną dojną zachowaj nam Panie, jak podobno wedle anegdoty zdarzyło się zaśpiewać podczas uroczystości kościelnych jednemu z pisowskich dostojników. 

Za wiedzą Renaty Beger dziennikarze Andrzej Morozowski i Tomasz Sekielski nagrali niemoralne propozycje, jakie składał posłance zastępca Kaczyńskiego w partii, wiceprezes Adam Lipiński. W zamian za poparcie w Sejmie oferowano jej i innym chętnym posłom stanowiska w administracji rządowej. Gdy rzecz się wydała, Kaczyński przeprosił, a próby skaperowania resztówki Samoobrony podsumował obietnicą, że nigdy więcej nie będzie rozmawiać z ludźmi o tak marnej reputacji.

Gdy partia znów wybory wygrała, w 2015 r. podwójnie (prezydenckie i parlamentarne) podobnie jak dekadę wcześniej – wciągnął do współrządzenia nawet środowiska dawnego betonu PZPR. Twarzą reformy wymiaru sprawiedliwości został dawny prokurator ze stanu wojennego Stanisław Piotrowicz. Jak już odszedł to do Trybunału Konstytucyjnego. Zaś w roli ambasadora do Berlina pojechał mąż prezeski tegoż gremium Julii, dyplomata Andrzej Przyłębski, niegdyś zwerbowany przez SB jako TW “Wolfgang”. 

Kaczyński przez kategorię wyższej konieczności rozumie wszystko, co tylko ułatwia mu rządzenie.    

Gdy przed wyborami w 1993 r. po raz pierwszy wprowadzano w Polsce próg pięcioprocentowy, wymagany do obecności partii w Sejmie – miało to ułatwić sformowanie rządowej większości. 

Rozwiązanie ze względu na swoją genezę dla Polaków obraźliwe – bo przecież zapożyczone z Niemiec, gdzie wysoki próg poparcia miał zapobiec obecności w Bundestagu partii neonazistowskich, my zaś byliśmy pierwszą w historii ofiarą zbrojnej hitlerowskiej agresji – nie okazało się skuteczne. Rząd Waldemara Pawlaka, powołany, gdy próg obowiązywał, nie okazał się zapewne w niczym lepszy od ekipy Jana Olszewskiego, która po pierwszych wolnych wyborach szukała poparcia w Sejmie, gdzie zasiadali przedstawiciele m.in. Sojuszu Kobiet Przeciw Trudnościom Życia, Związku Podhalan i Unii Wielkopolan obok oczywiście Unii Demokratycznej, SLD, KPN, Unii Pracy i Kongresu Liberalno-Demokratycznego. Gabinet Mecenasa, chociaż nie miał nawet uchwalonego budżetu i rządził w oparciu o prowizorium, a stabilną większością nie dysponował, zmienił jednak podejście władzy do majątku narodowego i powstrzymał jego wyprzedaż. Nie próbował nawet tego żaden z późniejszych rządów, chociaż legitymowały się bez porównania szerszą parlamentarną bazą. 

W 2000 r, gdy dołowała kampania kandydata rządzącej AWS Mariana Krzaklewskiego, ze zdumieniem dowiedziałem się, że jego sztabowcy zabiegają, żeby również ubiegający się o najwyższy urząd w państwie, a wykazujący się aptekarskim zgoła wskaźnikiem poparcia gen. Tadeusz Wilecki przekazał mu swoich wyborców. To wtedy zauważyłem ironicznie: liczy się każdy procent. Zaś teraz jak widać, jeśli strawestujemy znaną formułę Witolda Gombrowicza, w sejmowych głosowaniach głos znachora znaczy tyle samo, co głos profesora. Trudno o bardziej spektakularny upadek żoliborskiego inteligenta, który taki system autoryzuje. 

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 9

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here