https://www.cdc.gov/coronavirus/2019-ncov/summary.html

Politycy marnują szansę, żeby wobec zagrożenia Polski epidemią zaprezentować się choć trochę lepiej, niż zwykle

Prezydent Andrzej Duda zwrócił się do Sejmu o nadzwyczajne posiedzenie, jakby posłów nie mogła z własnej inicjatywy zwołać marszałek Elżbieta Witek. Ale to nie ona walczy teraz o reelekcję. 

Tryb wydaje się zupełnie niedorzeczny, własnych wyborców PiS traktuje jak dzieci, skoro próbuje im wmówić, że marszałkini sama na ten pomysł by nie wpadła. Dodatkowe posiedzenie Sejmu nie wydaje się skutecznym narzędziem obrony kraju przed nadciągającą ze wszystkich stron epidemią koronawirusa. Przypomina to trochę propagowane przez pisowskich urzędników stawianie płotu na granicy z Białorusią w celu zatamowania wcześniejszej plagi ASF lub projekty powstrzymywania jej na liniach kolejnych rzek. Tym razem jednak chodzi o ludzi i ich zdrowie.

Prezydent mógł zamiast Sejmu zwołać Radę Bezpieczeństwa Narodowego, obradującą w warunkach tajności, co pozwoliłoby – zamiast nieuniknionego w parlamencie konkursu krasomówstwa – bez groźby wywołania paniki rozważyć kolejne scenariusze rozprzestrzeniania się koronawirusa, a w dalszej perspektywie zlecić wyspecjalizowanym służbom znalezienie skutecznych wariantów przeciwdziałania. W tym jednak wypadku trzeba by podzielić się ewentualnym sukcesem z opozycją. A każda z obecnych w Sejmie partii uprawnionych do udziału w radzie wystawia swojego pretendenta do prezydentury, kontrkandydata Dudy, zabiegającego również przy tej okazji o punkty w sondażach. Nikt w sztabie urzędującej głowy państwa nie ma też złudzeń, że po posiedzeniu szef rozprawiałby o epidemii z większym znawstwem niż Władysław Kosiniak-Kamysz, kandydat PSL na prezydenta i zarazem kompetentny lekarz. Jeszcze trudniej przyszłoby mu w kwestii empatii, której tak mało wykazał przez pięć lat rządów (przypomnijmy lekceważenie frankowiczów pomimo danych im obietnic), konkurować z Małgorzatą Kidawą-Błońską. Albo stawać do prospołecznej licytacji ze skłonnym wszystko wyborcom obiecać Robertem Biedroniem.      

Zwoływanie Sejmu w sprawie koronawirusa nie ma wielkiego sensu również dlatego, że wcześniej w tej samej kwestii obradował Senat. Lekarzami są zarówno obecny (Tomasz Grodzki) jak poprzedni (Stanisław Karczewski) marszałek „izby refleksji”. Efektowna okazała się ich polemika przed kamerami co do skutecznego sposobu odkażania dłoni (dozownika nie wolno przyciskać kciukiem, bo na nim zbiera się najwięcej bakterii – zawstydził Grodzkiego Karczewski, przy czym występowali nawet nie razem, tylko każdy z osobna na własnej konferencji) – ale nie takich spektakli ludzie oczekują.  

Polacy cenią własne zdrowie, co potwierdzają wszystkie sondaże. W trudnych momentach nie otrzymują jednak wsparcia od polityków, nawet tych, co legitymują się lekarskimi dyplomami.     

Płacimy za lata zaniedbań. Jeden lekarz – specjalista od chorób zakaźnych przypada na 40 tys osób, co nie stanowi optymistycznej statystyki. Znawcy tej dziedziny – to przede wszystkim medycy w starszym wieku. Polska ponosi koszt wypychania kolejnych roczników absolwentów uniwersytetów medycznych na emigrację.

Lekarze wciąż cieszą się społecznym szacunkiem, fenomen popularności Grodzkiego codziennie metodycznie obrażanego i hejtowanego przez państwową telewizję i inne pisowskie środki przekazu również – poza urokiem osobistym marszałka – stanowi tego efekt. Stan służby zdrowia w Polsce, nawet bez ataku epidemii – oznacza jednak od lat chroniczną zapaść. Recept na to nie znajdowała żadna z rządzących ekip. Przez ponad trzydziestoletni już czas transformacji ustrojowej opinia publiczna oswoiła się z protestami lekarzy, pielęgniarek i ratowników medycznych. Różniło się co najwyżej podejście władzy do nich – gdy za rządów AWS-UW pielęgniarki okupowały Ministerstwo Zdrowia, urzędnicy wprawdzie nie znaleźli odpowiedzi na ich postulaty, ale chociaż dostarczyli protestującym śpiwory. Za to kiedy za pierwszych rządów PiS pielęgniarki po fiasku rozmów nie opuściły Kancelarii Premiera – służby zakłócały im telefony komórkowe, a jeden z notabli wyrażał się o uczestniczkach protestu per „te panie”. Dawny pisowski wicepremier Ludwik Dorn przeszedł do historii za sprawą groźby brania medyków „w kamasze” i rymowanego konceptu: „pokaż lekarzu, co masz w garażu”, co nie przeszkadzało jego partii pomawiać konkurentów o zamiar totalnej prywatyzacji służby zdrowia. W istocie proces ten w pełzającej formie już się dokonuje za rządów PiS, bo wydłużone ponad miarę kolejki do specjalistów powodują konieczność szukania przez pacjentów pomocy w lecznictwie prywatnym.      

Kiedyś protesowali anestazjolodzy, niedawno lekarze – rezydenci, ale wszystkie ekipy rządzące łączy przekonanie, że jeśli Polacy chcą skutecznego leczenia, muszą za nie zapłacić. Państwowa służba zdrowia dostaje środki na utrzymanie dotychczasowego stanu, kolejki są codziennym krajobrazem. A koronawirusa – gdy się pojawi – nie zwalczą najpiękniej urządzone lecznice prywatne.

Minister zdrowia Łukasz Szumowski od swojego poprzednika Konstantego Radziwiłła korzystnie odróżnia się brakiem arogancji. Trudno jednak go nazwać mocnym człowiekiem tej ekipy, przynajmniej w ostatnim czasie takich cech nie objawił. Władzy pozbawionej autorytetu i wizerunku wysokiej kompetencji trudniej przychodzi przekonywać opinię publiczną czy dementować panikarskie wersje. Obserwujący uspokajającego innych szefa MSW Mariusza Kamińskiego telewidzowie kojarzą go z niedawnymi kłopotami tej władzy: reklamówkami z pieniędzmi znikającymi z CBA i nieudolnym ujawnianiem dokumentacji sprawy willi Kwaśniewskich. Chociaż on akurat nie jest lekarzem tylko historykiem, pasuje do niego znane powiedzenie: medice, cura te ipsum. 

Gdy wszyscy – czy to w warszawskim metrze czy na bazarach Polski wschodniej – rozmawiali o koronawirusie, w propagandowym TVP Info słuchaliśmy wicepremiera Piotra Glińskiego, rozprawiającego o setnych urodzinach Papieża. Z całym szacunkiem dla pamięci Ojca Św. ale i ministerialnego majestatu zastępcy Mateusza Morawieckiego  dodajmy, że rocznicowy termin, o którym mowa przypada… w maju. A w kwestii złowrogiej „korony” liczą się już bardziej godziny niż dni.      

Problem ogólnoświatowej epidemii, która wkrótce – co fatalistycznie przyznają decydenci – dotrze do Polski, nie jest wyłącznie kwestią medyczną. Już teraz na giełdzie dołują akcje wielkich spółek Skarbu Państwa. Zatrzymanie wymiany towarowej z Chinami dotknie gospodarki rozwiniętych krajów, w tym polską. Łódzkie tkalnie nie zastąpią tych z Wuhanu, bo pozamykano je przed trzydziestu laty. Straty Włoch z powodu krachu turystyki (koronawirusa nie ulękli się wyłącznie rosyjscy turyści, nie odwołujący wakacyjnych rezerwacji) pogłębią chaos i tak newralgicznej i podatnej na wcześniejsze kryzysy południowej flanki zjednoczonej Europy.   Zachorowania już pojawiły się w Niemczech, od których jesteśmy najbardziej uzależnieni  z powodu pozycji polskich firm jako kooperantów i wykonawców tamtejszych zleceń oraz poziomu importu.

W wielu komentarzach do zmian w globalnej ekonomii powraca motyw czarnego łabędzia. Nie chodzi wcale o poetycką przenośnię. Tym mianem ceniony ekspert Nassim Taleb, Amerykanin libańskiego pochodzenia, określa zjawiska w światowej gospodarce niemożliwe do przewidzenia w tradycyjnych prognozach. Epidemia globalna jest jednym z nich. Skąd się wziął czarny łabędź? Długo uchodził za stworzenie legendarne, jak jednorożec lub pięknie opisywany przez Marco Polo ptak – skała z Madagaskaru. Okazało się jednak, że w Australii czarne łabędzie żyją naprawdę. Teoria Taleba, głoszącego, że wielu tendencji ludzkość nie jest w stanie przewidzieć,  a gospodarka świata nie rządzi się wyłącznie racjonalnymi kryteriami okazała się bardziej pasować do rzeczywistości niż optymizm Francisa Fukuyamy, obwieszczającego tytułowy „koniec historii” i zwycięstwo liberalnej demokracji z chwilą rozpadu ZSRR i upadku faszyzujących dyktatur w wielu państwach Trzeciego Świata. Terroryzm, fale uchodźców a teraz masowe choroby okazały się trwałymi kłopotami świata pozbawionego już żelaznej kurtyny. Zmuszają również – co szczególnie znaczące – do ponownego wznoszenia barier od kontroli na lotniskach po zamykanie granic. Dotknie to również Polskę, do niedawna główną beneficjentkę wielkiego otwarcia, dzięki niemu doraźnie rozwiązującą społeczne problemy – eksportującą bezrobocie do zamożniejszych państw a u siebie angażującą przybyszów z Ukrainy. Przekonamy się teraz, że rozstrzygnięcia tymczasowe naprawdę wyłącznie takimi się okażą. Zaś fakty do tej pory utrudniające zadanie planistom – jak niemożność oszacowania liczby emigrantów zarobkowych w Polsce czy nawet mieszkańców największych miast – mogą uniemożliwić skuteczne zarządzanie kryzysowe. W dobie zagrożenia stajemy się zakładnikami słabości, przed którymi ostrzegali eksperci, ale politycy nie uczynili z ich raportów użytku.     

Nadzwyczajne posiedzenie Sejmu ani oglądane w telewizji dozowniki z odkażającym mediseptem w gmachu parlamentu nie dadzą obywatelom poczucia bezpieczeństwa. W chwilach zagrożeń – wystarczy przypomnieć katastrofę powodzi stulecia z lata 1997 r – Polacy wykazywali się niezwykłą ofiarnością i solidarnością. Pewnie nie inaczej będzie i tym razem. Mają jednak prawo liczyć na własne państwo, które utrzymują ze swoich podatków.

Drwić można z władzy, dla której zagrożenie epidemią stanowi kolejny – po drożyźnie, przewlekłości  postępowań sądowych czy kradzieżach samochodów, których liczba w Warszawie znów zaczęła wzrastać  –  problem, z którym rządzący sobie nie radzą. Jednak również od opozycji nie usłyszeliśmy w kryzysowych dniach niczego, co pozwalałoby uznać, że gotowa jest przejąć odpowiedzialność za państwo. Koalicja Obywatelska przypomniała… jeden projekt ustawy, w dodatku już złożony. W obecnej sytuacji powinna wystąpić z pakietem, obejmującym calosć reformy służby zdrowia i ratownictwa. Politycy jednak, niezależnie od barw klubowych, już ten egzamin oblali. Nie słychać nawet o zapowiadanych sposobach przeciwdziałania patologiom, które ujawniły się w już dotkniętych koronawirusem krajach, takim jak paskarska spekulacja środkami zapobiegawczymi od masek po substancje odkażające, których ceny choćby we Włoszech osiągały kilkusetprocentowe przebicie.

W propagandowym  efekciarstwie maskującym faktyczną bezradność kumulują się wszystkie słabości polskiej polityki. Jeśli nie przebudzą się jej liderzy, zrobią to ich wyborcy przy urnach. O czarnym łabędziu była już mowa, teraz słychać łabędzi śpiew.                                     

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 4.8 / 5. ilość głosów 20

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna
Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here