W krótkim czasie odeszli na zawsze, z powodu zarazy koronawirusa lub zaniedbań służby zdrowia spowodowanych faktem, że zajęła się wyłącznie walką z COVID-19 nasi przyjaciele z Telewizji Polskiej. Maciej Krogulski, Włodzimierz Madanowicz, Tadeusz Peńsko i Tadeusz Roman.

Mistrzem był w swoim zawodzie oparatora, ale cierpliwości dydaktycznej też mu nie brakowało. Kiedyś na korytarzu Sądu Najwyższego na sugestię reporterki, żeby “wszedł na salę i w minutę zrobił parę planów”, bo była zgoda sędziny, ale czasu brakowało – Maciek Krogulski wytłumaczył spokojnie, że tak się nie da. Inaczej: można, ale wyjdzie byle jak. Nie celebrował roboty, ale miał wysokie poczucie godności. Jeśli dziennikarz rzucał z dezynwolturą, żeby machnąć kilka ujęć, odpowiadał: machnąć to można dzieciaka. Zawodu nauczył się jeszcze w telewizji państwowej za dawnego ustroju, kiedy to starsi operatorzy bali się oficjalnych wyjazdów czy oficjałek bo każdy drobny błąd nawet zawiniony przez technikę a nie człowieka mógł poskutkować zwolnieniem z pracy – a on był jednym z tych młodszych, którzy wiedzieli, że nie zawiodą ich ani kamera- żywicielka ani własny talent. Dlatego przebił się tak szybko i zyskał uznanie, nie tylko po śmierci słyszy się o nim, że był najlepszy.

Filmowaliśmy Margaret Thatcher, która na pół godziny przed emisją głównych Wiadomości odwiedziła konserwatywną fundację na Starym Mieście, wracaliśmy przejeżdżając czerwone światła, ale z góry wiedziałem, że na montażu nie będę musiał długo dobierać ujęć. Maciek wiedział, że materiał ma pójść “w głównych” i to, co utrwalił w miejscu wydarzenia zmontował w kamerze, jak mówi się w telewizyjnym slangu. Pozostawał jednym z tych operatorów, o których opowiadano, że dziennikarza właściwie na zdjęciach nie potrzebują, sami poradziliby sobie ze wszystkim.
Wysportowany, grał w tenisa. Kiedyś w drodze na zdjęcia pochwaliłem się, że też czasem rakietą macham. Spytał mnie rzeczowo:
– A kiedy pan ostatni raz grał?
– Tydzień temu.
– E, to jakby pan w ogóle nie grał.
Sam Maciek bowiem na kort chodził codziennie i uznawał, że dopiero od takiej częstotliwości można o grze w tenisa w ogóle mówić.

Niestety nawet wysportowanie nie zapewniło mu jednak długiego życia. Sąsiad znalazł go rano w jego wiejskim domu na Kaszubach, do którego zawsze zapraszał kolegów z TAI. Podobno to był zator. Wiadomo, że w ostatnim czasie służba zdrowia rozliczana z efektów walki z pandemią kazała czekać długo wszystkim niemal, co cierpią na inne dolegliwości.
Nie do końca wiadomo, skąd wzięła się ksywa “Bułgar”, ale wszyscy tak na niego mówili. O tym, że nazywał się Włodzimierz Madanowicz niektórzy dowiedzieli się dopiero z rozklejonych na telewizyjnych korytarzach nekrologów.

Posturą rzeczywiście bardziej przypominał bułgarskiego sztangistę niż Roberta Lewandowskiego. Łączył to jednak z wyjątkową łagodnością, podobną tej, z jaką opiekował się troskliwie wiekowym ojcem. Bez przerwy niemal do siebie dzwonili. Włodek swojej cierpliwości odmawiał tylko jednej jedynej kategorii ludzi: politykom. Nie tak dawno w Sejmie strasznie go zdenerwował Rafał Trzaskowski… na ekranie mojego komputera.   

Telewizja od lat 70 była całym jego życiem, studiował trochę na Politechnice, ale chyba wybrał nie ten co trzeba kierunek, zostawił to i zajął się praktyczną stroną techniki dźwiękowej. Szefowie a zwłaszcza służby go nie rozpieszczały, spotkały go rozmiate szykany, co zawsze jakoś znosił, czas dla telewizji był trudny.

Pamiętam, jak w czasie już nieco lepszym, kiedyś wspólne zdjęcia, planowane do godz, 22 przedłużyły się do piatej rano, jak w Wiadomościach niekiedy się zdarzało. Nie usłyszałem wtedy od niego nawet słowa reklamacji, o skardze nie wspominając. A rano jak zawsze był do pracy, gotów na kolejny dzień zdjęciowy i tylko musiał swoim kierownikom wytłumaczyć, że skoro nie spał w nocy, nie da rady prowadzić samochodu.    
Tadeusz Peńsko w zawodzie był perfekcyjny przy tym szczery, życzliwy i otwarty. Bezpretensjonalny, można powiedzieć. Nie pamiętam, żeby zdjęcia z nim się nie udały. Syn kolejarza, pochodził z miasta Korsze znanego jako węzeł kolejowy i o ziemi warmińsko-mazurskiej mozna było z nim rozmawiać bez końca. Ze wszystkim sobie radził, ale zawsze obawiał się, czy czegoś nie zaniedba. W trakcie mszy na 50. rocznicę Powstania Warszawskiego na chwilę straciliśmy kontakt, bo poszedłem szepnąć do któregoś z zyjących jeszcze bohaterów, żeby po uroczystości zaczekał chwilę i dał się nagrać. Aż nagle usłyszałem Tadzia, wołającego do mnie, jeśli nie przez całą katedrę polową, to przez jej połowę.  
– Łukasz, tego nie gramy?
Gorzej, że wtrącił się też jeden z kombatantów.
– Grajcie wszystko, przecież to wszystko ważne.
Uspokoiłem go zaraz, że tak, że oczywiście.

Gdy wychodzi się do Sejmu o siódmej rano a wraca ok. 21 nie da się czasem nie prosić tam o pożyczenie drobnej sumy, czasem pojawi się jakieś niespodziewane spotkanie na mieście albo przyjaciółka zadzwoni, żebym jeszcze coś po drodzę kupił. Już w trakcie pandemii poprosiłem Tadzia o 50 zł. Jak zawsze rzeczowy, odpowiedział krótko, że nie ma. Po dłuższej chwili sam podszedł, wręczył mi pięćdziesiątaka, po którego jak się okazało specjalnie udał się do odległego bankomatu – w Sejmie wszystko zrobione jest bowiek tak, żeby wygodnie było posłom, a nie przybyszom. Podając mi banknot rzucił komentarz, który zapamiętałem:
– Nie oddawaj mi teraz, tylko dopiero jak to wszystko się poprawi.  
Obiecuję, że te 50 zł od Tadzia przeznaczę na jakiś dobry cel.Tadeusz Roman reprezentował najstarsze telewizyjne pokolenie. Mistrzów, to fakt, nie mowa-trawa. Pomimo 95 lat, których dożył, jeszcze niedawno sam… uczestniczył w pogrzebach kolegów, już na wózku. Związany z nimi, bardzo chciał, a innym jakoś udawało się zorganizować mu transport i opiekę. Mir miał wśród swoich wyjątkowy, bo od niego zawodu uczyli się inni. Legendą pozostawał naprawdę.

– Byłeś asystentem pana Tadzia? – upewniłem się po jego śmierci u Jerzego Ernsta, wśród pracujących w newsach jednego z największych artystów kamery, przed laty ranionego w Iraku w pamiętnym zamachu, w którym zginął nasz kolega z Wiadomości Waldemar Milewicz.
– Wszyscy byliśmy jego asystentami – odpowiedział mi lapidarnie znakomity operator.  
Całą ich czwórkę, o której piszę, to łączy: od nich uczyliśmy się telewizji, również jej możliwości i satysfakcji, jaką daje. To za sprawą takich jak oni mogłem głosić przez lata, czy to w publicystyce czy w rozmowach prywatnych, że z TVP bez szkody dla widzów dałoby się zwolnić 99 proc dziennikarzy, ale artystów sztuki telewizyjnej mogą nam pozazdrościć i niemieckie ARD z ZDF razem wzięte i włoska RAI.   
Gładka formuła głosi, że siłę telewizji tworzą ludzie. Najgorzej jest wtedy, kiedy odchodzą.  

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 6

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna
Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here