Nikt nie wie, jak w szczycie zachorowań władza zamierza przeprowadzić wybory prezydenckie, zwłaszcza jeśli jeszcze listonosze przy tam zastrajkują. Kandydat na prezydenta Szymon Hołownia oznajmił, że Polska może liczyć na pomoc Boską, równocześnie zaproponował wydłużenie do pół roku wakacji od ZUS, inny – Krzysztof Bosak chce zawieszenia obowiązku spłat kredytów.  

Paradoksalnie najmniej pomysłów na zwalczanie pandemii i jej ekonomicznych następstw  ma władza, która za to odpowiada. Co więcej można się obawiać, że tak już zostanie. Premier Morawiecki pozostaje tolerancyjny dla spekulantów i lichwiarzy a surowy dla obywateli, co autorytetowi rządu wróży jak najgorzej.      

Pojęcie Boskiej pomocy, do którego odwołuje się kandydat Hołownia wydaje się kluczowe, zwłaszcza gdy w obozie władzy nie widać ani pomysłu ani nawet… ludzkiej twarzy. A po 16 kwietnia tej ostatniej nikt już nie dostrzeże, bo obowiązywać będzie nakaz noszenia masek. Dlaczego nie od jutra? Bo ich brakuje. Jak zresztą wszystkiego, co potrzebne do walki z pandemią. Braki zaczęły się od testów na koronawirusa, które władza mogła zamówić w styczniu, ale tego nie zrobiła. 

Nie wygasło ani jedno z ognisk choroby, coraz więcej za to tych, które wiążą się z konfliktem społecznym.  Poczta Polska może zastrajkować, zamiast organizować wybory prezydenckie na „kopertowych” zasadach przewidzianych przez władzę, narażającej zdrowie listonoszy. Pracownicy domagają się teraz po 1000 zł podwyżki na rękę, bo ich postulaty od dawna lekceważono. Oznacza to podobny konflikt jak z nauczycielami, tylko tamten toczył się w normalnych warunkach a nie w trakcie epidemii, teraz to kolejny spór z grupą mogącą liczyć na szerokie zrozumienie i poparcie w społeczeństwie. Żeby to uzasadnić nie trzeba przywoływać tradycji Poczty Polskiej w Gdańsku z 1939 choć jest ważka i istotna: wielu współczesnym Polakom, emerytom i rencistom, jedyny kontakt ze światem i co miesiąc środki do życia daje listonosz, za poprzedniego ustroju nazywany czasem doręczycielem. Podobnie jak strażak budzi powszechną sympatię. Jeśli pocztowcy się zbuntują przeciw histerycznym oczekiwaniom PiS związanym z przeprowadzeniem wyborów – zwykły Polak uzna, że rację mają oni a nie władza. A oporu listonoszy nie da się przeczekać jak protestu nauczycieli wiosną ub. r.     

Trudno oprzeć się wrażeniu, że władza antagonizuje sobie już wszystkich, zamiast o przychylność kolejnych grup społecznych zabiegać. Gdy rządzący zrażają do siebie kolejne kręgi i autorytety – ostatnio także Justynę Kowalczyk – pozostaje rzeczywiście już tylko przywoływana przez Hołownię pomoc Boska.

Premier zapowiada, że wszystko potrwa góra rok, nie podaje jednak wiarygodnego źródła tej prognozy. Oczekiwanie by ludzie w taką niby uspokajającą deklarację uwierzyli wydaje się szamaństwem. Co charakterystyczne od początku kryzysu Mateusz Morawiecki nie wykazał się nie tylko zdolnościami z dziedziny zarządzania kryzysowego ani nawet marketingu politycznego.

Pod tym ostatnim względem premier – były bankier, wciąż najskuteczniej zabiegający o interes dawnego środowiska (spłat kredytów nie zawieszono. Choć powinno to nastąpić z automatu ze względu na powagę sytuacji: trudno wymagać, by je spłacali ci, którzy nie z własnej winy w ogóle nie zarabiają, to absurd na miarę dawnej socjalistycznej ekonomii, gdzie przedsiębiorca musiał czasem pożyczać by zapłacić własnym pracownikom)  mógłby brać przykład nawet z Donalda Tuska. Pamiętamy jak szef rządu po krachu Lehman Brothers prezentował się na tle jarzących się różnymi kolorami map Europy i wykreował koncepcję Polski jako zielonej wyspy w morzu powszechnego kryzysu. Obywatele to kupili. Tyle, że wielu wskaźników nie trzeba było naginać, globalny kryzys rzeczywiście znosiliśmy łagodniej niż inne gospodarki, zaś teraz podstaw do podobnego optymizmu brakuje. Próby przekonywania przez rząd czy Narodowy Bank Polski, że z pandemią i jej następstwami radzimy sobie lepiej niż inni prezentują się wręcz nieprzywoicie wobec prawie dwustu już ofiar koronawirusa w Polsce.

To ogromna i budząca lęk oraz zadumę liczba. Przynajmniej – we wszystkich ludziach dobrej woli.

Stan wojenny – przypomnijmy – pociągnął za sobą kilkanaście ofiar śmiertelnych (dziewięciu górników z Wujka, czterech poległych w Lubinie, pojedyncze przypadki w trakcie innych demonstracji)  najgorsze szacunki wspominały góra o setce, z uwaględnieniem tajemniczych pobić przez milicję i służby bezpieczeństwa, a tamte zdarzenia wciąż pozostają traumą dla Polaków. Po co porównywać? Dlatego, że sama wymowa liczb nakłada na władze pewien obowiązek powagi. Nad trumnami błaznować nie wolno, jak Macierewicz po Smoleńsku. Znaczące, że w kwestii dramatu sprzed 10 lat ta sama władza od narracji trefnisia odeszła, bo w jej własnym obozie działania samozwańczego kapłana wzbudzały zbyt wielki sprzeciw, kolejna rocznica katastrofy ten odwrót tylko potwierdza. Ale też pamięć już nie o samym Smoleńsku tylko o tym, co pod pretekstem uczczenia jego ofiar wyprawiali guślarze na Krakowskim Przedmieściu i na Wawelu pokazuje, że jeśli o propagandę chodzi – ta władza nie cofa się przed niczym. A ściślej rzecz ujmując, zdefiniować można to w sposób następujący: rządzący od pewnych praktyk odstępują wtedy dopiero, gdy stwierdzą, że słupki poparcia im z ich powodu maleją, a nie ze względu na obrażone poczucie przyzwoitości: pamiętamy przecież ekshumacje przeprowadzane wbrew protestom rodzin czy sprawę sądową Tomasza Arabskiego w formie kapturowej i absurdalnej, skoro nikt po salach rozpraw nie ciągał ówczesnych kancelistów Lecha Kaczyńskiego.

Jako współautor biografii jednej z ofiar katastrofy smoleńskiej: Tomasza Merty, wiceministra kultury w rządach Kazimierza Marcinkiewicza, Jarosława Kaczyńskiego i Donalda Tuska – książka ukazała się na pierwszą a nie dziesiątą rocznicę tragedii – mam również moralne prawo, by zauważyć, że pisowski szum propagandy nie przełożył się na sensowne upamiętnienia [1]. Nawet warszawskie „schody do nieba” na placu Piłsudskiego trudno zaliczyć do najpiękniejszych pomników w stolicy. Po co o tym mówić w kontekście pandemii? Żeby nie pozwolić władzy na podobny słomiany ogień. Ma walczyć a nie gadać i tyle.

Dramat ekipy Mateusza Morawieckiego – ale też prezydenckiej załogi Andrzeja Dudy – polega jednak nie tylko na niemożności rozwiązywania problemów wiążących się z pandemią. Gorzej – chodzi o niezdolność ich zdefiniowania. Symptomatyczne okazuje się tu przywoływanie choćby przez ministra spraw wewnętrznych Mariusza Kamińskiego kategorii dyscypliny społecznej. Całkiem tu zbędnej. Wystarczy bowiem społeczna solidarność. A wiele z wprowadanych ograniczeń – co potwierdzają prawnicy i Rzecznik Praw Obywatelskich – nie znajduje żadnej podstawy legislacyjnej. Co oznacza, że władza może tylko ludzi prosić, żeby je respektowali. Niech więc to robi, zamiast straszyć. Zwłaszcza że nikt się nie ulęknie: Morawieckiego nie przypadkiem przecież przezwano Pinokiem. Pozostaje wyłącznie prezenterem pomysłów Kaczyńskiego. A Duda to kolejny papierowy tygrys. Nadaje się do przeszkadzania w pracy ratownikom w Garwolinie, ale nikt się go nie przestraszy.

Lękać się można raczej nieudolności tej władzy.

W parkach patrole policjantów i żandarmów zaczepiają emerytów ale nie niepokoją rozbijających się tam – a także na ulicznych chodnikach – rowerzystów choć pandemia to nie czas na kolarstwo amatorskie a przy tym niesforni cykliści pozostają zwykle pod wpływem alkoholu, bo taki mają styl. Centrum Warszawy znajduje się we władaniu panoszących się lumpów, gdy zwykli ludzie mniej wychodzą marginesu społecznego optycznie jest coraz więcej, czemu nie przeciwdziałają policja ani straż miejska, ponieważ to zadanie niewdzięczne: agresywni żebracy nie mają bowiem dokumentów, bo je wyrzucili, a przy tym są brudni. Przyjemniej więc legitymować popijających z nudów (szkoły nie ma od dawna, koncertów ani kina też) piwo w parku nastolatków, zwłaszcza, że w świetle obowiązujących regulacji w ogóle nie powinni opuszczać domów bez towarzystwa kogoś starszego. Tyle, że nie oni stanowią zagrożenie.

Władza obca zwykłym Polakom

Nawet żarty o rządzie przestały być przyjazne. Obchody rocznicy smoleńskiej w trakcie których władza sama złamała zasady przez siebie ustanowione, choć ich przestrzegania wymaga od obywateli pokazują, jak daleko ekipa dobrej zmiany znalazła się od suwerena. Upamiętnienie się należy, ale prawie dwustu już ofiarom pandemii. Uczcić ofiary katastrofy lotniczej władza zdąży, gdy obecny dramat się zakończy. Ale ona tego nie rozumie.

Read more

Patologia pandemii rozwija się w najlepsze: trwa masowa spekulacja środkami ochronnymi (maski, rękawiczki), część z nich nie ma atestu i pochodzi z przemytu (gł. Ukraina). Trudno dziwić się ludziom, że to kupują. Przecież to władza środków ochronnych wymaga a równocześnie nie zapewnia ich dostaw. Tym samym państwo okazuje się paserem. Nie ściga zachowań przestępczych i otwarcie niemoralnych. Toleruje również działalność instytucji lichwiarskich i windykacyjnych, które – jak można mieć wrażenie – od początku kryzysu jeszcze nasiliły działania, bo na nim żerują. Walka z hienami, które na powszechnym nieszczęściu zarabiają pozostaje obowiązkiem władzy. Uniki nie pomogą, nikt jej z tego nie zwolni.  Niech rządzący testują siłę swoich służb na patologii i spekulantach a nie emerytowanych spacerowiczach i dzieciakach w parku.

[1] por.  Beata Mikluszka, Łukasz Perzyna. Poeta na urzędzie. Rzecz o Tomaszu Mercie. Akces, Warszawa 2011 

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 2

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna
Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here