Przywarą każdej ekipy rządzącej Polską było upartyjnianie państwa, ale PiS zarówno przez pięć ostatnich lat jak w pierwszym okresie u władzy (2005-7) przelicytowało w tej smutnej tendencji wszystkich poprzedników. Bronią obywateli pozostaje jednak karta do głosowania. Tak jak podziękowali za sprawowanie rządów AWS, SLD i PO, tak dziś skupiają się coraz bardziej przy kandydacie opozycyjnym na prezydenta. Awansu w sondażach jaki odnotował Rafał Trzaskowski już po pierwszej turze nie da się wytłumaczyć jego osobistymi walorami, charyzmą ani dynamiką kampanii – bo wszystko to trudno dostrzec. Łatwiej za to wskazać analogię z niedawnej historii: to fenomen zwycięskiej kampanii… Andrzeja Dudy sprzed pięciu lat, kiedy to społeczeństwo odczuwało zmęczenie ośmioleciem rządów PO. 

W Polsce istnieje wprawdzie system wielopartyjny, daleki od dwubiegunowości – w pierwszej turze na kandydatów PiS i PO padło łącznie mniej niż 74 proc głosów, czyli co czwarty wyborca nie kierował się narzucaną przez media i sztaby logiką podziału plemiennego – ale dla specyfiki drugiej tury głosowania analogii najlepiej szukać w doświadczeniach amerykańskich i brytyjskich, gdzie scenę zdominowały dwie główne partie. Nie przypadkiem też Andrzej Duda jeszcze przed pierwszą turą pojechał do republikańskiego prezydenta USA Donalda Trumpa nie po to, by w polskim interesie zadawać mu trudne  pytania o zagrożenia, wynikające dla nas z osławionej ustawy 447 o restytucji mienia bezspadkowego, pozostałego po ofiarach Holocaustu – lecz by ogrzać się w gwiazdorskim blasku najpotężniejszego światowego przywódcy. Zaś Rafał Trzaskowski niejako w odpowiedzi rozmawiał o demokracji z poprzednikiem Trumpa – Barackiem Obamą, też nie uzyskując konkretów od rządzącego wcześniej przez dwie kadencję Ameryką charyzmatycznego demokraty. Tradycyjnie już realizatorzy polskich kampanii prezydenckich korzystają z amerykańskich doświadczeń, to stamtąd pochodzą powszechnie akceptowane reguły socjotechniki jak choćby „jeden dzień, jeden przekaz”. Prostuduszny doradca Dudy eurodeputowany Adam Bielan przed każdą pisowską konwencją zapewnia, że odbędzie się ona „w amerykańskim stylu”. Ale też niezależnie od błazeństw sztabowców jest się od kogo uczyć, bo amerykańska demokracja liczy już sobie niemal 250 lat.

Nie trzeba jednak sięgać aż do Jerzego Waszyngtona i innych ojców założycieli, żeby spostrzec, jak w polskiej kampanii 2020 r. stosuje się metody skutecznie wypróbowane w Ameryce. Co charakterystyczne – korzystają z nich sztaby obu kandydatów. Każdy jednak odwołuje się do innej strategii.

Chłopak z Naszego podwórka lepszy od Tuska

George Stephanopoulos, wieloletni doradca polityczny i rzecznik demokratycznego prezydenta Billa Clintona, pełniącego urząd w latach 1993-2001, opisuje zrodzoną w połowie tego czasu i lansowaną przez konsultanta politycznego Dicka Morrisa – którego zresztą serdecznie nie znosi, czego nie ukrywa – strategię neutralizacji republikańskich konkurentów: „Opowiadając, Morris stukał znacząco w kieszonkowy komputer, w którym miał – jak zapewniał – wyniki najnowszych sondaży. – To jest mój modlitewnik – podkreślał, snując wielce złożoną teorię kampanii (..). Neutralizacja miała polegać na przejęciu sporej części programu republikanów. Tak więc trzeba działać na rzecz zrównoważonego budżetu, zgodzić się na cięcia podatkowe, na reformę systemu opieki społecznej (..). Triangulacja z kolei ma polegać na tym, że Clinton odrzuci dogmat demokratów o walce klas, że wzniesie się ponad partię i zajmie miejsce w politycznym centrum (..). Teoria triangulacji oznaczała więc, że Clinton powinien odciąć się od sojuszników w Partii Demokratycznej a następnie wypowiedzieć im wojnę” – relacjonuje ze zgorszeniem Stephanopoulos [1]. Coś jednak przerwie wywód Morrisa.

„Z transu wyrwał go brzęczyk aparatu przywoływawczego.

– Prezydent – obwieścił z dziwnym uśmiechem.

Żebym nie miał wątpliwości, kto jest ważny” – kwituje złośliwie George Stephanopoulos, dawny rzecznik Clintona [2].    

W tej koncepcji… jedynym anachronizmem okazuje się pager, który dzwoni pod koniec rozmowy. Spytajcie dwudziestolatków, czy wiedzą, co to takiego było… Całą resztę odnajdziemy bez trudu w tegorocznej kampanii Rafała Trzaskowskiego w Polsce, którego pierwszą rolą publiczną był występ w wieku ośmiu lat w serialu „Nasze podwórko”. Zaczynał więc… jak Kaczyńscy. Tusk niech się schowa…

Od PiS – co Morris nazwałby neutralizacją – Trzaskowski, czy ścislej zapewne jego sztab, zapożyczył koncepcję rozszerzania prorodzinnych świadczeń społecznych. Znalazło to wyraz w pomyśle dodatku 200 zł do emerytury za każde wychowane dziecko dla kobiet, co po pierwsze wyrówna dysproporcje ich świadczeń w porównaniu z tymi, które pobierają mężczyźni, po drugie wydaje się elegantsze niż 500plus bo nie jest prostym płaceniem za urodzenie dziecka na wzór byłej NRD, ale godnym uhonorowaniem matki. 

Z kolei echo triangulacji czyli po ludzku mówiąc powściągnięcia własnych zwolenników czy po części nawet odcięcia się od tych najbardziej radykalnych znajdujemy w poznańskim przemówieniu Trzaskowskiego, w którym – jakby zgadzając się przy okazji z pisowską propagandą – zapewnił, że nie będzie prezydentem totalnej opozycji. Deklarację kandydata PO można nazwać konformizmem albo wyczuwaniem nastrojów społecznych. Krzywdzi sojuszników, przez lata organizujących marsze w obronie demokracji ale też wyciąga wnioski z niepowodzenia jakie spotkało KOD i Obywateli RP oraz fiaska wszelkich „kongresów opozycji ulicznej” jak ubiegłoroczny  łódzki. O konsekwencjach przesadnego pobratania się z radykałami przekonał się przed rokiem sam Donald Tusk, przykryty – jak mówią w swoim slangu politycy – przed przedmówcę opowiadającego pomimo dostojności miejsca (Auditorium Maximum) o zapasach ze świnią w błocie. Tusk i tak miał wiele szczęścia, że po tamtym 3 Maja media rzuciły mu się do gardła za wspomniany suport Leszka Jażdżewskiego, a nie za pełniącą wtedy obowiązki gospodyni spotkania dawną współpracownicę aferzysty Marka Dochnala – Agatę Stremecką. Miałby gorzej.

Obrońca rodziny i polskości czyli Trump by się uśmiał  

Od Amerykanów uczy się też Duda, zresztą pośrednio przez nich napominany za ataki zaplecza na stacje telewizyjne, będące ich własnością – za TVN ujęła się ambasador Georgette Mosbacher. Kandydat PiS próbuje powtórzyć zwycięski manewr Donalda Trumpa z utwardzaniem elektoratu. Tyle, że republikański kandydat oparł się na klasie pracującej a nominat PiS odwołuje się do beneficjentów świadczeń społecznych. Wspólne za to okazuje się hasło przywracania dumy – nawet jeśli nie wiadomo, czego ma ona dotyczyć. Hasło uczyńmy Amerykę znów wielką nie sprawia wrażenia bardziej konkretnego niż swojskie wstawanie z kolan.

Jak charakteryzuje Michael Wolff w książce „Ogień i furia. Biały Dom Trumpa”: „Kampania Trumpa została zorganizowana wokół wieców, które przyciągały dziesiątki tysięcy uczestników. Był to polityczny fenomen, którego znaczenia demokraci najwyraźniej nie zdołali odczytać i niesłusznie uznali go za przejaw ograniczonej skuteczności Trumpa. Zespół Trumpa dostrzegł tymczasem w tym stylu i bezpośrednim kontakcie z ludźmi – w jego przemowach, tweetach i spontanicznych telefonach do radia i telewizji, a często również do innych zainteresowanych odbiorców – coś zupełnie nowego i odkrywczego, powiew osobistej, inspirującej polityki. Druga strona interpretowała te zachowania jako błazenadę, w najlepszym razie kojarząc je z obcesową i autorytarną demagogią, od dawna już pozbawioną racji bytu i skazaną na śmietnik historii. (..) Teraz zespół Trumpa nie miał już żadnych wątpliwości, że takie podejście przynosi wymierne korzyści. Problem polegał jedynie na tym, że często – żeby nie powiedzieć regularnie – wiązało się ono z publicznymi wypowiedziami, które zupełnie mijały się z prawdą” – zauważa Wolff [3]. Przywodzi to na myśl wyjaśnienia przez Dudę i jego kancelistów kwestii ułaskawienia pedofila, niektóre – jeśli można tak powiedzieć – jeszcze obrzydliwsze od samego faktu. Zaś w mediach społecznościowych polski prezydent niczym jego amerykański odpowiednik zapisał się flirtowaniem z Karoliną Wazeliną a nawet internautką o nicku ruchadło leśne. Opozycję zaś krytykował parodiując przy okazji „Boże, coś Polskę”, że niby modli się ona „ojczyznę dojną racz nam zwrócić Panie”, co katolikom z jego otoczenia nie przeszkadza a z ostentacyjną pobożnością głowy państwa jakoś się w jej publicznym wizerunku nie kłóci.       

Główny strateg medialny Steve „Bannon przyjmował następujące założenia: 1. Trump nigdy się nie zmieni; 2. Wszelkie próby nakłaniania go do zmiany mogą mieć szkodliwy wpływ na jego styl; 3. Dla zwolenników Trumpa to nie ma znaczenia; 4. Media i tak go nie polubią (..). Jak podkreślał Bannon, Trump zawsze był z faktami na bakier, a na domiar złego nigdy nie potrafił się do tego przyznać, w zwi,azku z czym nie miał do liczyć na uznanie ze strony dziennikarzy. Pozostawało zatem tylko agresywnie bronić go przed brakiem takiego uznania” – relacjonuje autor „Ognia i furii” [4]. Niemal dokładnie w tę strategię wpisują się bieżące ataki Dudy na warszawkę i poprzednią ekipę, która doprowadziła do nadużyć w związku z VAT, samego prezydenta i jego zaplecza na niemieckie media czy TVN określaną jako telewizję wojskowych służb informacyjnych. Niemieckie media nie przeszkadzały PiS dopóki „Newsweek” za Tomasza Wróblewskiego, „Fakt” za Grzegorza Jankowskiego czy „Dziennik” za Roberta Krasowskiego stanowiły przechowalnię i maszynkę do zarabiania pieniędzy dla propagandystów tej partii jak Zdort, Karnowscy, Zaremba czy Semka. W kwestii obłudy… obie strony pozorowanego konfliktu wydają się wzajemnie sobie dorównywać. Ale skoro znana z pokazywania w lumpenproletariackim geście wystawionego palca posłanka PiS i skandalistka Joanna Lichocka pracowała kiedyś w założonym przez Janusza Palikota „Ozonie” to czemu się dziwić w tym wypadku?          

Znaczące za to, że po aferach z dwoma wieżami prezesa i austriackim deweloperem, co miał je zbudować, sprawie rodzinnej Szumowskich czy sprzeniewierzeniu funduszu operacyjnego CBA pisowcy – nie tylko z kręgu Dudy – przestali rozprawiać o rewolucji moralnej chociaż za rządu Kazimierza Marcinkiewicza (2005-6) pozostawała sztandarowym hasłem.  Zaś z całej polityki historycznej zostało prawowanie się z Europejskim Centrum Solidarności o tablice z 21 postulatami robotników gdańskich z Sierpnia 1980, przywodzące na myśl fredrowską zemstę o mur graniczny. Generałowi Jaruzelskiemu w stanie wojennym z marksizmu-leninizmu pozostała tylko walka ze spekulantami i niebieskimi ptakami, jak określano ówczesnych bezrobotnych z wyboru.  Duda zaszedł też daleko: obrońca polityki prorodzinnej i zwolennik wprowadzenia do Konstytucji zakazu adopcji dzieci przez pary jednopłciowe (chociaż i tak nie zezwala na to… ani jedna zwykła ustawa) nie tylko pedofila ułaskawił ale jeszcze publicznie tej decyzji bronił. To trochę tak, jakby Trump potajemnie wspierał przemyt Meksykanów przez zieloną granicę a po wykryciu tego procederu dla zatuszowania go zaproponował ustawowe rozszerzenie uprawnień strażników z Teksasu.             

Ten dzień nadejdzie

Gnuśność Dudy w roli prezydenta nie oznacza braku talentu politycznego, tyle, że objawiał go, gdy załatwiał sprawy personalne a nie wagi publicznej – dowodzi tego sprawne wyeliminowanie z rządu Antoniego Macierewicza, kiedy to zawarł skuteczny sojusz z premierem Mateuszem Morawieckim i przekonał uznającego kadry za rzecz pierwszoplanową Jarosława Kaczyńskiego.

W tym roku Duda mierzy się jednak ze zmęczeniem społeczeństwa pięcioma latami rządów PiS. Dla wielu oznaczają one niepewność, opresję i permanentny konflikt. Wysokie wciąż wskaźniki osobistej popularności i liderowanie rankingom zaufania mogą w tym wypadku nie pomóc. Bronisławowi Komorowskiemu nie posłużył ani wizerunek sarmaty ani swojego chłopa, chociaż w prezydenckiej roli wielkich błędów nie popełnił – zapłacił za taśmy Marka Falenty z ministrami rządu Tuska, chociaż wśród nagranych jego głosi nie było. Beneficjentem efektu zmęczenia stał się wtedy Duda. Dziś ta sama prawidłowość zwraca się przeciwko niemu.

Jeśli ten dzień nadejdzie – jedyny samodzielny decydent w obozie władzy Jarosław Kaczyński nie będzie biernie czekał, aż z kolei jego partia przegra wybory do Sejmu (te do Senatu już zakończyły się w ub. r. jej porażką). Wtedy zapewne tak szybko, jak tylko to możliwe pójdziemy po raz kolejny do urn. W niedzielę zdecydujemy więc nie tylko o tym, kto zostanie na następne 5 lat lokatorem Pałacu Prezydenckiego czy jak mawiał sfrustrowany po porażce z Lechem Kaczyńskim Tusk – strażnikiem żyrandola.

Niespodziewana zmiana miejsc

Wystarczył tydzień – i to ten roboczy, bez weekendu – żeby Andrzej Duda stracił pozycję faworyta wyborów prezydenckich. Płaci za fatalne zaplecze (kolejne lapsusy Adama Bielana), własne błędy urzędnicze (ułaskawienie pedofila) ale przede wszystkim za to, że jest cieniem samego siebie sprzed 5 lat: niespodziewanego zwycięzcy. Nadrabia więc agresją.

Read more

Dylemat sprowadza się do wyboru: szybka zmiana czy długa kontynuacja. Nagły wzrost poparcia dla Trzaskowskiego już po pierwszej turze nie znajdujący uzasadnienia w samym przebiegu kampanii, przecież raczej niemrawej, wskazuje na tendencję, że Polakom coraz bliższy staje się ten pierwszy wariant. Cierpliwi być potrafimy, ale niekoniecznie wobec kiepskiej władzy. Jeśli lider rankingów zaufania zapłaci za nieprawości własnej formacji, będziemy mieli do czynienia z jeszcze jednym polskim paradoksem. Ale też w kampaniach prezydenckich wiele ich oglądaliśmy, od wejścia do drugiej tury w 1990 r. wraz z Lechem Wałęsą egzotycznego reemigranta z Kanady Stanisława Tymińskiego zamiast urzędującego pierwszego niekomunistycznego premiera Tadeusza Mazowieckiego, który zapłacił za społeczne koszty planu Leszka Balcerowicza – aż po zaskakujące zwycięstwo, jakie nad Komorowskim odniósł przed 5 laty mało znany pretendent z odległego pisowskiego szeregu Andrzej Duda. A od tego momentu, jak pamiętamy, napięcie stale rosło.                 

[1] George Stephanopoulos. Cały Clinton. Wspomnienia doradcy prezydenta. Tł. Grzegorz Woźniak. Wydawnictwo MAGNUM, Warszawa 1999, s. 330
[2] ibidem
[3] Michael Wolff. Ogień i furia. Biały Dom Trumpa. Prószyński i S-Ka, Warszawa 2018, s. 79-80.       
[4] ibidem, s. 81

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 3

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna
Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here