zdjęcie KPRP

Planiści PiS starają się stworzyć wrażenie, że porażka Andrzeja Dudy przyniesie straszne następstwa: wybory przed terminem, może zimną wojnę domową. Nic tego nie potwierdza. Urzędujący prezydent podąża ścieżką Bronisława Komorowskiego sprzed pięciu lat, coraz więcej wskazuje na to, że jeśli nie wygra w pierwszej turze – w drugiej przegra. Od tego właśnie PiS chce uciec, strasząc.       

W Stanach Zjednoczonych w wyborach najczęściej zwycięża urzędujący prezydent, ale nie jest to wcale regułą bez wyjątków. Odkąd liczbę kadencji po 12-letniej prezydenturze Franklina Delano Roosevelta ograniczono do dwóch, przez taki właśnie czas zasiadali w Białym Domu: Dwight Eisenhower, Ronald Reagan, Bill Clinton, George Bush junior i Barack Obama. Ale cenionemu w świecie za wprowadzenie praw człowieka do agendy spraw międzynarodowych Jimmy’emu Carterowi wyborcy podziękowali już po czterech latach, bo nie zdołał uwolnić zakładników amerykańskich w Iranie, a próba ich odbicia zakończyła się kompromitacją, gdy lądujące na pustyni śmigłowce wyzwolicieli powpadały na siebie bez udziału choćby jednego islamisty. Podobnie tylko przez cztery lata rządził Ameryką George Bush senior, bo wprawdzie wygrał pierwszą wojnę w Zatoce przeciw Irakowi, ale przegrał pokój, nie potrafiąc trwale poskromić Saddama Husajna.  Również we Francji zasłużyli na  dwie kadencje mężowie stanu, jak Francois Mitterand czy Jacques Chirac, za to mniejszego formatu politykom uwikłanym w partyjne spory z woli wyborców wystarczy jedna, jak Nicolasowi Sarkozy’emu czy Francois Hollandowi. W Polsce jedynym jak do tej pory prezydentem, sprawującym przez dwie kadencje urząd był Aleksander Kwaśniewski. Gdy w 2000 r. walczył o reelekcję, jego sztabowcy szczególnie dbali o to, by nie popełnił błędu faworyta i nie zdemobilizował własnego elektoratu (skoro i tak wygra po co na niego głosować), starali się też nie sugerować, że wybory rozstrzygną się w pierwszej turze. Dzięki respektowaniu tych reguł już w niej Kwaśniewski wygrał. Za to błędy arogancji kosztowały prezydenturę faworyzowanych przed startem: Lecha Wałęsę (1995 r.) i Bronisława Komorowskiego (2015 r.). Pierwszemu zaszkodziło podawanie nogi Kwaśniewskiemu w debacie telewizyjnej, drugiemu – publiczne rozprawianie o potrzebie zaoszczędzenia na drugiej turze i nietrafne bon-moty zwolenników, zwłaszcza Adama Michnika, dowcipkującego, że Komorowski zwycięży, chyba że po pijanemu przejedzie na pasach zakonnicę w ciąży [1]. Wyborcy zamiast zrywać boki ze śmiechu woleli faworyta skarcić, tak narodziła się prezydentura Andrzeja Dudy.

Teraz to Duda znajduje się w sytuacji Komorowskiego sprzed pięciu lat i powtarza szkolne błędy, jakie popełnił wówczas pokonany konkurent.

Komorowski przegrał również dlatego, że nie umiał zdystansować się od rządzącej wtedy PO, wzbudzającej w wyborcach przesyt (8 lat u władzy) i niesmak (wulgaryzmy i brednie notabli, ujawnione za sprawą afery taśmowej). Duda po próbach łagodnej emancypacji (zawetowanie kilku ustaw parę lat temu) w chwili próby – jaką stanowiły regulacje sądowe na czele z osławioną „kagańcową” – wystąpił w roli już nawet nie notariusza, ale długopisu Jarosława Kaczyńskiego. Prezes ma rację, że Duda to wymarzony kandydat, nie dodaje tylko, że… dla niego a nie wyborców. 

Na starcie kampanii dopełnił się stereotyp Adriana z popularnego serialu, w prezesowskim sekretariacie wyczekującego bez końca na audiencję. Prawie połowa Polaków postrzega Dudę w ten sposób, skoro w niedawnym sondażu Ibris po raz pierwszy okazało się, że więcej z nas urzędującemu prezydentowi nie ufa (44 proc) niż obdarza go zaufaniem (42 proc) [2]. Regres wytłumaczyć można podejściem prezydenta do problemów, trapiących zwykłych ludzi, jak drożyzna.

– Ja sobie zdaję z tego sprawę, że ceny rosną – tłumaczył Duda mieszkańcom  Nowego Miasta Lubawskiego w grudniu ub, r. – Ale musicie mieć państwo świadomość, że jak rosną wynagrodzenia, to niestety rosną też i ceny. Dlaczego? Bo przedsiębiorcy podnoszą ceny, dlatego, że im wzrastają koszty. Jak im wzrastają koszty, to oni starają się sobie to zrekompensować wzrostem cen. To są niestety normalne mechanizmy gospodarcze. Nic nie zdołamy na to poradzić  [3].

Wspomniany Bill Clinton dwukrotnie wygrywał wybory prezydenckie po tym, jak wywiesił sobie w biurze kartkę: „Ekonomia, głupcze!”. Sokratejski jego samokrytycyzm nie wpłynął jednak na polityków obozu u nas rządzącego. Typ wiedzy, zademonstrowany przez głowę państwa polskiego w Nowym Mieście Lubawskim nazywano kiedyś ekonomią księżycową. Ale nie o erudycję chodzi, lecz o wskazanie winnych. Drożyzna jest, bo przedsiębiorcy podnoszą ceny. Spadek zaufania dowodzi jednak, że niewielu ta argumentacja przekonuje.

Maleje również systematycznie – do zupełnie aptekarskiej – przewaga, jaką Duda miałby nad rywalami w drugiej turze. A w tego typu demoskopijnych konstrukcjach liczy się nie najnowszy wynik, lecz progresja. Donald Tusk w 2005 r. jeszcze w przedwyborczy piątek miał przewagę nad Lechem Kaczyńskim, a wybory prezydenckie przegrał. Badacze opinii nie pomylili się, krzywe poparcia dla obu rywali przecięły się w sobotę czyli na dzień przed głosowaniem, nie zobaczyliśmy tego zawczasu, bo politycy uchwalili wiele lat wcześniej ciszę wyborczą rozciągającą się również na przeddzień tego aktu…

Symbolem stosunku PiS do wyborców staje się wysunięty w wulgarnym geście palec posłanki Joanny Lichockiej i towarzyszący mu straszny grymas na jej twarzy. Błędem zaś Dudy – fakt, że zamiast wymóc na kolegach natychmiastowe wywalenie jej z klubu, a na konwencji po męsku potępić ją z imienia i nazwiska – ograniczył się do ogólników o potrzebie szacunku dla rywali. Znów okazał się Adrianem a nie mężem stanu. Dla kontrastu – mocny człowiek PiS Joachim Brudziński zareagował właściwie, ale to nie on na prezydenta kandyduje. Teraz już na przeciwdziałanie za późno, można się spodziewać, że cała kampania Dudy okaże się, jeśli użyć gry słów, nie tyle licha co lichocka

Kolega z klasy Jarosława Kaczyńskiego – prawnik i twórca wielu przekształceń własnościowych Lejb Fogelman ocenił, że Lichocka pokazała na wschód [4]. Dla wielu wyborców stanowi to sygnał alarmowy. Dla innych zaś – osobistą zniewagę. Zaś do planistów kampanii Dudy wydaje się trafiać przekonanie, że jeśli ich pryncypał nie  wygra w pierwszej turze – to w ogóle te wybory przegra.

W drugiej turze bowiem nastąpi mobilizacja i połączenie elektoratów wszystkich – może z wyjątkiem mikroskopijnego tak w sondażach jak na wyborczej arenie Krzysztofa Bosaka – konkurentów, skutkująca przykryciem kartkami wyborczymi  pozostałych glosujących, którym nie przeszkadza ani szpetny paluch Lichockiej ani nie tak dawny występ samego prezesa, wdrapującego się „bez żadnego trybu” na mównicę sejmową i wyzywającego stamtąd oponentów od kanalii, co mu brata zamordowały. Zwolennicy Dudy, których nie razi to, że napuszczał górników na sędziów w karczmie piwnej zostaną przegłosowani przez nowych wyborców, co pójdą na głosowanie dopiero wówczas, gdy zobaczą że naprawdę warto – bo wyśmiewany Adrian nie wygrał w pierwszej turze.    

Dlatego planiści tej kampanii zrobią wszystko, żeby do drugiej tury nie doszło.

W tym celu stwarza się propagandowe napięcie wokół banalnych publicznych wystąpień prezydenta, uwypukla w przekazie protesty i pikiety przeciw niemu, sugerując, że stał się celem wzmożonych i niesprawiedliwych ataków, za które odpowiadają wszyscy konkurenci. Jednak po geście Lichockiej coraz trudniej to robić. Bo śmiech pusty ogarnie nawet widzów TVP Info.

W drugiej turze Dudę pokonać może – jak się wydaje – każdy rywal, może z wyjątkiem celebrytów: Szymona Hołowni i Krzysztofa Bosaka. Jednak żaden z nich raczej do niej nie wejdzie, nawet jeśli pierwszy po raz kolejny przeprosi wyborców za własną reklamówkę, tłumacząc się, że jej nie obejrzał. Drugi zaś już nawet ślub w tej kampanii wziął, pozostaje mu więc tylko się przed kamerami rozwieść, ale odłóżmy żarty na bok. Wybory to nie taniec z gwiazdami ani żaden talk-show z TVN. 

Zaś sztabowcom urzędującego prezydenta i propagandystom partii rządzącej pozostaje więc straszyć, co złego się stanie, jeśli kandydat PiS wybory przegra. W krótkim czasie, również w mediach odległych od władzy – to nieuniknione, jeśli ma być skuteczne, bo tych pisowskich prawie nikt nie ogląda ani nie czyta – pojawiły się oparte na przeciekach kontrolowanych z obozu władzy groźne prognozy. Wybory przed terminem, kolejna ostra kampania, PiS gra wtedy o wszystko – to powtarzające się wątki. Cel wydaje się jasny: chodzi o to, żeby wyborcy dla świętego spokoju zagłosowali na Dudę albo przynajmniej zostali w domu i nie wsparli żadnego z jego konkurentów poważniejszych od Bosaka i Hołowni. Po ekscesach Lichockiej (tłumaczyła się jeszcze bardziej głupio niż zachowała)  nie da się już prezydenta przedstawiać jako niewinnej ofiary wzmożonego hejtu. Ale da się wykazywać, że głosowanie na niego uchroni Polskę przed czymś bez porównania gorszym. Przed czym? Lepiej nie mówić. Przypomina to trochę taktykę władzy po 13 grudnia 1981 r, zresztą realizują ją niekiedy ci sami ludzie (Marek Król). Jednak za publicystami wielokrotnego użytku stoją wytrawni stratedzy marketingu politycznego, jak doradzający Dudzie od lat Piotr Agatowski. Odwołanie się do odruchów państwowotwórczo nastawionego elektoratu, na co dzień mniej interesującego się polityką, a znużonego nadmiarem konfliktów – może sprawić, że przy niższej frekwencji i bonusowi za utrzymanie status quo Duda jednak wygra. Ale tak być nie musi.

Cała konstrukcja opiera się bowiem na strachu a nie racjonalnej analizie. Już raz w 2007 r. Jarosław Kaczyński po zerwaniu koalicji z Samoobroną i Ligą Polskich Rodzin poprowadził Polaków na przyspieszone wybory, które przegrał. Chociaż miał wtedy brata za prezydenta – nie wywołał wojny domowej. Wprost przeciwnie, wynik przyczynił się do uspokojenia emocji, które rozgorzały na powrót dopiero po Smoleńsku. Wcześniej przegrana PiS zakończyła poranne zatrzymania polityków – również z własnego obozu – i przerwała pewną spiralę nerwicowych zachowań w życiu publicznym.

Werdykt wyborców z października ub. r. – sprawiedliwy w tym sensie, że komu innemu  powierzyli odpowiedzialność za Sejm a komu innemu za Senat – ograniczył samowolę PiS i nie doprowadził do wojny domowej. Z wywodzącym się z opozycji Tomaszem Grodzkim jako senackim odpowiednikiem marszałek Elżbiety Witek  demokracja działa z pewnością lepiej, niż w czasach, gdy partnerami w obu izbach byli Stanisław Karczewski i Marek Kuchciński.

Podział władzy wpisany jest w samą naturę demokracji, koabitacja jej służy.

Znamy wypowiedziane kiedyś przez królewską faworytę przekonanie, że po nas choćby potop, do którego ugruntowania monarchia francuska potrzebowała wieków – i z jego też powodu została obalona. PiS-owi wystarczyło 5 lat, by jego prezydent nabrał pewności, że państwo to ja.      

Nie ma zresztą żadnej gwarancji, że jeśli nawet Duda wygra – PiS nie zdecyduje się na wybory przed terminem, poprzedzone ostrą kampanią. Jarosław Kaczyński coraz bardziej przypomina Leonida Breżniewa, jego fizyczne słabości dostrzegają nawet brukowce zwykle tej władzy życzliwe [5], czasu ma już niewiele i doskonale o tym wie. Zaryzykuje więc całą pulę, żeby po raz ostatni wszystko osobiście poukładać, bo istniejącą koabitację zwłaszcza konieczność tolerowania Grodzkiego odbiera jako upokarzającą (stąd opluwanie marszałka Senatu przez reżimową telewizję i radio). Przez cztery lata jedynowładztwa odzwyczaił się od mechanizmów demokracji i dzielenia się władzą, wpisanego w samą jej istotę.   

Polacy wiele razy udowodnili przy urnach wyborczych, że nie pozwalają się szantażować, ani zastraszyć. Nie tylko w 2007 r, kiedy to Mariusz Kamiński na konferencji prasowej dumnie przedstawiał efekty działań operacyjnych Tomasza Kaczmarka,  na którego teraz polują tajne służby PiS wciąż nadzorowane przez jego niedawnego promotora i chwalcę. Na podsycane w publikatorach niepokoje wyborcy okazali się odporni również 4 czerwca 1989 r, kiedy władza z PZPR obiecywała stabilizację i straszyła w reklamówkach, że jak wygra Solidarność, to zabraknie pieniędzy na milicję, więc przestępcy się rozpanoszą. Strach jest złym doradcą, a notariusz Kaczyńskiego w roli gwaranta społecznego spokoju to jednak konstrukcja całkiem absurdalna.                        

[1] Adam Michnik w progr. Tomasz Lis na żywo z 5 stycznia 2015
[2] badanie Ibris, styczeń 2020
[3] Andrzej Duda 11 grudnia 2019 na spotkaniu z mieszkańcami Nowego Miasta Lubawskiego (woj. warmińsko-mazurskie) cyt wg: Patrycja Krzywińska. Andrzej Duda o sytuacji ekoomicznej. RadioZet.pl z z 21 grudnia 2019
[4] Gość Radia Zet 16 lutego 2020
[5] Fakt.pl z 16 lutego 2020

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 13

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna
Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here