Wejście smoka przez komin

0
71

czyli w tym roku zamiast szopki

Kiedy przed ćwierćwieczem spekulowano na temat przejęcia siłą zdominowanej wówczas przez postkomunistów TVP, a beneficjentem tej – jak się okazało niedoszłej – operacji stać się miała Akcja Wyborcza Solidarność, posła tej ostatniej i wiceszefa komisji kultury spytano o plan desantu na Woronicza, gdzie mieszczą się gabinety telewizyjnych prezesów.

– Tak, mieli mnie spuszczać przez komin, ale wyszło, że się nie zmieszczę – potwierdził żartobliwie Tomasz Wełnicki, utrzymujący wtedy wagę ok. 150 kilo.

Co wtedy było żartem, teraz stało się faktem a nawet dominującym tematem życia publicznego, A to z kolei dobitnie świadczy o mierności polskiej polityki.

Zacznijmy od pokrzywdzonych, a ściślej tych, co w tej roli się pozycjonują. 

Bufiaste rękawy Joanny Lichockiej oraz jej dumne rozpieranie się w telewizyjnej reżyserce łączą styl “wieś tańczy i śpiewa” z kompletnym i zapewne szczerym pomyleniem obowiązków poselskich, opłacanych przez podatnika przecież, także tego co na PiS nie głosuje – z rolą komisarza politycznego.

Posłowie do Sejmu – chciałoby się wskazać kierunek.

Ich miejsce jest tam właśnie, a także roboty, choćby w czas powszechnej drożyzny, zabraknąć tam nie powinno. I to pracy w interesie publicznym. Wystarczy chcieć. 

Polityków zaś na Woronicza i placu Powstańców Warszawy, w obu siedzibach TVP, mieliśmy aż nadmiar w czasach, kiedy to PiS rządził telewizją i krajem.

Dziesięć lat i wystarczy – chciałoby się powtórzyć to, co paryscy studenci wykrzykiwali gen. Charlesowi de Gaulle’owi: do ostatnich dwóch kadencji doliczam tu czas pierwszych rządów Jarosława Kaczyńskiego (2005-7), bez porównania zresztą mniej gorszących niż te drugie, głównie za sprawą powołanego wtedy na premiera Kazimierza Marcinkiewicza, który okazał się postacią nie pozbawioną umiaru i roztropności, dlatego zresztą w fotelu szefa rządu zmienił go rychło osobiście prezes partii.

Generał Charles De Gaulle jednak był autentycznym wyzwolicielem Francji spod niemieckiej okupacji, podczas gdy Jarosław Kaczyński, co każdej rocznicy wypominają mu demonstranci pokrzykujący pod jego willą – 13 grudnia spał do południa.

Lichocka natomiast nie zasnęła wprawdzie na sejmowej mównicy za to próbowała nas, obywateli, hipnotyzować porównaniami tego, co robią dziś przejmujący TVP premier Donald Tusk oraz bezpośredni wykonawca operacji Bartłomiej Sienkiewicz – z praktykami “komuny”.

Zbiegiem okoliczności akurat kiedy ta ostatnia upadała, miałem okazję na warszawskiej polonistyce w drugiej połowie lat 80. studiować wraz z Joanną Lichocką. I jako ówczesny szef Konfederacji Polski Niepodległej na wydziale oraz kolporter podziemnych wydawnictw na uczelni, kładę rękę na sercu i zaręczam, że nie przypominam sobie z tego trudnego acz pięknego czasu żadnych, nawet najdrobniejszych przejawów opozycyjnej działalności antykomunistycznej studentki Joanny Lichockiej. Zaś jeśli teraz dopiero doszła z opóźnieniem niemal czterdziestoletnim, że komuna jednak jej nie opowiadała – mogłaby zacząć od zawstydzenia prezesa, że poranek, kiedy zszokowało nas wprowadzenie stanu wojennego przespał tak bezwstydnie. Zamiast sugerować fałszywe zaszłości historyczne tym, co wykonali operację odbijania TVP z rąk PiS, wzbudzającą oczywiste wątpliwości zarówno prawne jak moralne – ale jednak życiorysy mają czyste, bo Tusk wspomagał strajk gdańskich stoczniowców a Sienkiewicz działał w niby to pacyfistycznym ale w istocie antykomunistycznym na wskroś Ruchu Wolność i Pokój. Za to biografie tak Kaczyńskiego jak Lichockiej zaczynają się od 1989 r. 

Lichocka z bufiastymi rękawami i dyżurnym łgarstwem w ustach nadawałaby się zapewne do prowadzenia lokalnej gali disco polo. 

Ale nie ona jedna minęła się z powołaniem, jak pokazuje nam mydlana opera związana z przejęciem kontroli nad telewizją, niegdyś publiczną, a po ośmiu latach pisowskich tam rządów już tylko państwową.

Nowy a raczej odświeżony po rebrandingu gwiazdor 19,30, która stała się teraz tytułem flagowego programu informacyjnego, dawny giermek Kamila Durczoka – MarekCzyż wprawdzie nie wykazał się umiejętnościami prezenterskimi za to kaznodziejskimi niewątpliwie tak. Jego pamiętne “słowo na środę” wygłoszone nie przed ani nie po, lecz zamiast programu o 19,30 pozostawiło odbiorców w przekonaniu, że jeśli o coś tu chodzi, to na pewno nie o informację. Zamiast bowiem przygotować i pokazać serwis wydarzeń, Czyż opowiadałnam, jak wraz z kolegami ma zamiar to robić w przyszłości.

Obiecanki cacanki, jak się zresztą okazało już kolejnego wieczoru. Jak przystało na celebrytów, nowi panowie na 19,30 skupili się na sobie samych. Dziennik zaczynał się i kończył materiałami, w których jego autorzy wyłuszczali, jak bardzo i zasadniczo różnią się od poprzedników. 

Jakoś nas nie przekonali.

Czyż nie tak?

Pozostaje mieć nadzieję, że Święta będziemy mieć w tym roku… lepsze niż szopkę, czego Państwu, ale i sobie życzę. 

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 6

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here