Cztery ofiary śmiertelne i szturm na Kapitol pokazują, że amerykański spór powyborczy wymknął się spod kontroli. Nawet mechanizmy najstarszej demokracji świata okazały się niewystarczające. To nie tak, że winien jest wyłącznie Donald Trump.

Ustępujący prezydent ponosi oczywście odpowiedzialność za histeryczne deklaracje, które jego bardziej prostoduszni zwolennicy pojęli dosłownie. Skoro demokraci ukradli wybory, to oni z kolei ruszyli na Kapitol. Nie zmienia to jednak faktu, że sam Trump przed czterema laty wybrany został w sposób demokratyczny. I wciąż warto przyjrzeć się temu, dlaczego wówczas został prezydentem.

Równie dogłębnie warto się przypatrywać, dlaczego ekscentryczny szef państwa na odchodnym mimowolnie sprowokował krwawy konflikt, a mechanizmy kontrolne temu nie zapobiegły. 

Powinny: przecież od odejścia Richarda Nixona po aferze podsłuchowej Wategrate w 1974 r. groźba impeachmentu – zdjęcia prezydenta z urzędu w trakcie kadencji – pozostaje wcale nie iluzoryczna.Amerykanie wcześniej już wybrali Joego Bidena, mając dość nie tyle wiecznych błazeństw Trumpa co bezradności jego administracji w zmaganiach z koronawirusem. Najpotężniejszy kraj świata okazał się pomimo wielkich środków na badania i pozostawania ojczyzną połowy wszystkich noblistów w dziedzinie fizjologii i medycyny niezdolny do zapewnienia bezpieczeństwa zdrowotnego własnym obywatelom, nie wspominam już o zdolności do udzielenia pomocy innym, której po światowym liderze również można było oczekiwać. 

Zwycięski Joe Biden przeciwstawił niezborności Trumpa rzeczowość i opanowanie oraz ograniczenie ideologizacji programu, która przed czterema laty pogrzebało prezydenckie szanse Hillary Clinton. Amerykanie nie chcieli wtedy jednak kolejnej po Bushach dynastii. Szturm na Kapitol i inne dramatyczne zdarzenia pokazują teraz, że demokrata na urzędzie będzie musiał rozwinąć swoje pojednawcze i negocjacyjne talenty, jeśli nie chce go w przyszłości opuszczać w klimacie podobnym co dzisiaj Trump.

Polityka okazała się po raz kolejny poważną sprawą. Okazało się, że znaczna grupa wyborców dosłownie traktuje jej hasła, a nawet – co szokuje we wciąż dostatniej i pokojowej Ameryce – gotowi są za nie umierać. Dziwaczne stroje czy hasła niektórych zwolenników Trumpa, poubieranych w futra dzikich zwierząt, ustrojonych w rogi bizona i wyposażonych we flagi rasistowskiej Konfederacji Południa sprzed ponad 150 lat nie powinny mylić obserwatorów. Ci cudacy wyrażają frustrację i poczucie wykluczenia znacznej części Amerykanów, którym pogardzany przez prawników i artystów Trump dał poczucie współobywatelstwa. Hippiesi byli długowłosi, niechlujni i chodzili boso, ale w kwestii bezsensu i niemoralności interwencji w Wietnamie to oni mieli rację, a nie ich gładko ogoleni i powbijani w markowe garnitury oponenci. Jeśli Biden chce pokoju społecznego – musi teraz postarać się zostać prezydentem tych, którzy dziś kontestują jego wybór do Białego Domu.
Od dawna zresztą zdarzał się z tym problem. Już w 2000 r. liczenie głosów trwało niezmiernie długo, zanim okazało się, że republikanin George Bush junior wygrał z Alem Gorem. Rok później chaos w Nowym Jorku i masowa panika po ataku terrorystycznym na wieże World Trade Center pokazały, że opinie o kryzysie amerykańskiego państwa nie są przesadą. Nie przypadkiem też najbardziej przytomnym z liderów okazał się wtedy burmistrz Nowego Jorku Rudolph Giuliani, za co magazyn “Time” wybrał go człowiekiem roku. Zaś o postawie Busha lepiej zamilczeć. 

Nawet cztery i pół roku temu Trump wygrał z Hillary Clinton, uzyskując – podobnie jak wcześniej Bush w starciu z Gore’m – mniej głosów od nominalnie pokonanej demokratki. Skomplikowany amerykański system wyborczy, gdzie o wyniku decydują głosy elektorskie, ich suma z poszczególnych stanów, dopuszcza i taką możliwość. Ostatnio zdarzała się często, akurat na korzyść Republikanów, których radykałowie teraz protestują. Jednak nie świadczy to o doskonałości wyborczych mechanizmów.
Donald Trump, celebryta i miliarder, znany z zachowań ekscentrycznych i wybujałego egotyzmu, wygrał w 2016 r dzięki buntowi amerykańskiej klasy pracującej. Płacący podatki z własnej pracy biali mężczyźni zmobilizowali się w głosowaniu na rzecz kandydata, który obiecywał ratowanie rodzimego przemysłu, przeciwstawienie się chińskiej ekspansji i “uczynienie Ameryki znowu wielką”.

Zasadnicze dla nich znaczenie miały jednak nie tyle gromkie hasła, co fakt, że zwolennicy rywalki Trumpa, Hillary Clinton w większości utrzymywali się ze świadczeń społecznych. Biała klasa średnia i pracująca upomniały się więc o swoje… pieniądze. Nagle prawnik z Wall Street i hutnik z “pasa rdzy” dostrzegli wspólnotę interesów, której nie podważyły lapsusy republikańskiego kandydata ani jego niezdolność do skupienia się… na czymkolwiek, którą potwierdzają również najbliźsi współpracownicy.

Po czterech latach koło się zamknęło, o zwycięstwie Joego Bidena przesądziła bezradność trumpowego państwa wobec epidemii.  

Lepiej, że szaleństwo Trumpa objawiło się w sprowokowaniu ataku zwolenników na Kapitol niż przy okazji inwentaryzacji kodów dostępu do wyrzutni nuklearnych. W polityce zagranicznej pierwszego mocarstwa świata kardynalnych błędów nie popełnił. W odróżnieniu od bardziej poważanych poprzedników żadnej wojny nie wywołał, jak John Kennedy w Zatoce Świń na Kubie, Lyndon B. Johnson z eskalacją w Wietnamie czy obaj Bushowie, ojciec i syn, w Zatoce Perskiej. 

Tym gorzej, że najbardziej piętnowanym dziś w świecie politykiem okazuje się ten, wobec którego pisowski prezydent i premier manifestowali uniżoność aż do granic absurdu: podkreślając dumę z gołosłownych deklaracji, że Polska jest najlepszym sojusznikiem Ameryki, obiecując budowę u nas Fortu Trump, chociaż sami Amerykanie wystrzegali się tej nazwy czy wreszcie podpisując jak Andrzej Duda umowę dwustronną na stojąco przy rozwalonym w fotelu amerykańskim prezydencie. Trump wprawdzie zniósł wizy dla Polaków, ale ironiczny uśmiech historii sprawił, że gdy pandemia dalece bardziej niż one ograniczyła możliwość podróży nie możemy się z tego cieszyć. Najgorsze jednak, że podpisał sławetną ustawę 447, otwierającą drogę do roszczeń do majątku bezspadkowego, pozostałego po ofiarach Holocaustu z obywatelstwem polskim, przedstawicielom organizacji powstałych wiele lat po wojnie. W upokarzający sposób zrównuje nas ona z pomagierami Hitlera jak Słowacy czy Węgrzy. Tyle przyjaźń z Trumpem okazała się warta.

Tym bardziej warto się przyglądać działaniom jego następcy. Joe Biden wybrany został wbrew regule, że klęska żywiołowa – a epidemia tak jest odbierana – zwiększa szanse aktualnie rządzących. Indolencja Trumpa przyczyniła się do przełamania tej reguły. Podwyższa to jednak poprzeczkę wymagań wobec kolejnego prezydenta. Nie będzie mu łatwo.

Nieważne, że mniej więcej w tym czasie, gdy w Waszyngtonie padły ofiary śmiertelne, oznajmiono o wielkim sukcesie Demokratów. Wygrali podwójnie wybory dodatkowe do Senatu w Georgii, co oznacza, że zyskują większość w obu izbach Kongresu. Nie oznacza to z pewnością jednak spokojnego rządzenia, lecz wymusza wysiłek na rzecz zakopywania rowów i niwelowania różnic.

Republikańscy kongresmeni w ostatnich dniach i godzinach wielokrotnie odcinali się od nieprzejednania Trumpa, teraz ze strony zwycięzców należy się im przynajmniej tyle, żeby nie znaleźli się w roli permanentnie przez nich przegłosowywanych. Nawet Trump przyznał, że inauguracja Bidena powinna odbyć się spokojnie. Wybór Demokraty na prezydenta potwierdził Kongres. Teraz amerykańskich polityków czeka najtrudniejsza część pracy. To, co się zdarzyło, to więcej niż kryzys, to bolesne pęknięcie. Nikt więc nie zwolni zwycięzców z obowiązku scalenia społeczeństwa na powrót i przywrócenia sprawności najstarszej demokracji świata.  Inaczej dla krajów na dorobku bardziej atrakcyjny może się okazać model chiński…           

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 9

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna
Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here