Wyjście z Orwella

0
48

Przełomu 1989 r, który symbolizuje data wyborów 4 czerwca, nie zawdzięczamy politykom antykomunistycznej opozycji. Dokonał się najpierw w świadomości ludzkiej.

Z realiów znanych z George’a Orwella wyszliśmy w zaskakującym tempie. Zanim ruszyła machina wydarzeń, już wcześniej, jak zaświadczają socjologowie, system wartości identyfikowanych z socjalizmem został w krótkim czasie przez społeczeństwo odrzucony. Skuteczną konkurencję znalazł bowiem zarówno w odradzającej się swobodnej inicjatywie gospodarczej jak w papieskiej nauce społecznej. Do upadku marksistowskiej dyktatury nad Wisłą i Odrą przyczynili się zarówno właściciele firm polonijnych jak odważni kaznodzieje, ale rozstrzygnęły o nim głosy kilkunastu milionów Polaków oddane na Solidarność. 

Tak jak czerwiec ’89 na długo stał się symbolem nadziei, chociaż zagłosowało tylko 62 proc z nas – trudno sobie wyobrazić czas bardziej dla nas ponury, niż wcześniej symbolicznie Orwellowski rok 1984. Zapamiętano z niego zabójstwo ks. Jerzego Popiełuszki przez funkcjonariuszy komunistycznej służby bezpieczeństwa, niedobory zaopatrzenia oraz słabnącą siłę Solidarności podziemnej, na której apele o udział w kolejnych protestach nie chcieli już reagować robotnicy. Zarazem jeszcze wtedy, jak charakteryzuje Mirosława Marody “wciąż jednak ustrój socjalistyczny zachowuje w świadomości badanych pewne przewagi nad ustrojem kapitalistycznym. Dotyczą one przede wszystkim sfery stosunków społecznych. W 1984 roku nadal:

– 50 proc badanych uważa, że w kapitalizmie jest więcej niesprawiedliwości i wyzysku niż w socjalizmie (27 proc odrzuca tę opinię) (..)

– 70 proc uważa, że socjalizm lepiej zapewnia ludziom pracę i pewność jutra niż kapitalizm [1].

W badaniach OBOP-u z 1985 roku za modelem państwa opiekuńczego opowiada się wciąż 62 proc respondentów, podczas gdy za modelem państwa, w którym każdy sam odpowiada za swą indywidualną pomyślność – tylko 29 proc” [2].

Socjalizm? Innego ustroju nie znamy…

W telewizyjnej debacie o wszystkich sobotach wolnych, których wprowadzenia domagała się legalnie wtedy działająca pierwsza i dziesięciomilionowa Solidarność pod koniec 1980 r. – przewodniczący jej Regionu Dolnośląskiego Władysław Frasyniuk tłumaczył, że Związkowi chodzi o to, żeby w Polsce władza należała “do ludu pracującego miast i wsi”. Cytował tym samym bez ironii konstytucję PRL. Wprawdzie protestujący robotnicy wtedy inaczej niż w 1956 r. nie podkreślali już, że są za socjalizmem, a na bramach swoich zakładów umieszczali portrety Papieża Jana Pawła II – ale obowiązywała wykładnia, że socjalizm zamierzają ulepszać a nie likwidować. Chociaż już rok wcześniej powstająca KPN rzuciła hasło niepodległości Polski (w deklaracji założycielskiej ogłoszonej 1 września 1979 r.).

W znakomitym filmie Krzysztofa Kieślowskiego według scenariusza Krzysztofa Piesiewicza, fabularnym ale rzetelniejszym niż liczne dokumenty tego czasu “Bez końca”, robotnik aresztowany za organizowanie strajku w swoim zakładzie pracy przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego, na pytanie adwokata, czy jest za socjalizmem, odpowiada, że innego ustroju nie zna.

Bezradni sekretarze, znękane społeczeństwo

O wielkiej przemianie świadomości, jaka poprzedziła werdykt wyborców z 4 czerwca 1989 przesądziły jednak nie ideologiczne dywagacje lecz narastające trudności życia codziennego, prowadzące do przekonania, że socjalizm nie tylko – o czym wiedziano od dawna – nie jest najlepszym z ustrojów, ale nie radzi sobie z rozwiązywaniem podstawowych problemów.  

Zmiany dokonywały się powoli. 

Aniołami w latach 80. nie byliśmy. Jeszcze bowiem – jak opisuje Anna Giza-Poleszczuk – w badaniach, przeprowadzonych w 1984 roku, znowu tym samym znanym książki George’a Orwella, wśród robotników warszawskich [3]: “na liście przyczyn, wyjaśniających pogarszanie się fizycznego i psychicznego samopoczucia ludzi na drugim miejscu (ponad 70 procent wskazań) znalazła się kategoria “wzajemna nieżyczliwość ludzi” – wyprzedziło ją jedynie “zmęczenie uciążliwościami życia codziennego” [4]. Zarazem, jak zauważa ta sama autorka, w latach 80. “na czołowych miejscach różnych list “zagrożeń”, “czynników hamujących rozwój Polski” lokuje się pijaństwo. W badaniach CBOS-u (1986) pijaństwo (64 proc wskazań) wyprzedziło takie zjawiska jak zła organizacja gospodarki, zadłużenie itp” [5]. Rzutowało to na oceny Polski za granicą. Kiedy mój ojciec w połowie lat 80. rozmawiał z francuskim uczonym światowej marki i przy obiedzie zdziwił się, że Francuzi wypijają tak dużo wina, usłyszał bezceremonialną jak na środowisko profesorskie ripostę:

– Przecież wy Polacy więcej wódki pijecie.

Za to w 1987 r. sam wylądowałem na paryskim Orly i zaraz po przejściu przez kontrolę skierowałem się do stoiska ze sprzedawanymi książkami, prosząc o “Wałęsę”. Młody człowiek za ladą słysząc polską wersję nazwiska wzruszył bezradnie ramionami. Nie rozumiem…

– “Un chemin d’espoir” – podałem więc francuski tytuł “Drogi nadziei”.

– A, Waleza! – wykrzyknął z akcentem na ostatniej sylabie. Z jego entuzjazmu wnioskowałem, że najchętniej gdyby mógł, wręczyłby mi tę książkę za darmo w prezencie. To był mój pierwszy wydatek w trakcie drugiego pobytu na ziemi francuskiej, ale i dowód, że nie tylko za sprawą pierwszego miejsca autobiografii przewodniczącego na listach bestsellerów wizerunek Polaków zmienił się nad Sekwaną na korzyść od czasu, gdy identyfikowano nas głównie – niczym my Czapajewa z dowcipów – ze zdolnością do wypicia morza wódki. Zresztą był to problem całego bloku wschodniego, stąd “suchoj zakon” Michaiła Gorbaczowa i wprowadzony u nas przez generała Wojciecha Jaruzelskiego zakaz podawania alkoholu przed godz. 13. W czasach, gdy Polacy mieli mnóstwo powodów, by robaka zalewać. 

Od pesymizmu do sprzeciwu

Bezkonkurencyjnie stan ówczesnej świadomości określa Mirosława Marody: “Charakterystyczne dla społeczeństwa polskiego lat osiemdziesiątych poczucie bezsensu rodziło się – najogólniej rzecz biorąc – z przekonania o rozerwaniu wszelkich naturalnych związków między wysiłkiem a jego efektami, między celami a sposobami ich realizacji, między pragnieniami a ich spełnieniem” [6].         

Jednak jak udowadnia ta sama badaczka: “Radykalne odrzucenie socjalizmu jako ideologii określającej kształt systemu społecznego następuje dopiero w drugiej połowie lat osiemdziesiątych (..). Jeszcze w 1987 roku na zadane w badaniach CBOS młodzieży pytanie: “Czy po dotychczasowych doświadczeniach warto, według Ciebie, dalej budować socjalizm w naszym kraju?”, 58 proc respondentów udzieliło odpowiedzi twierdzącej a jedynie 28,8 proc odpowiedzi negatywnej. Dwa lata później w kwietniu 1989, rozkład odpowiedzi na to samo pytanie był dokładnie odwrotny – 28,8 proc “tak” i 60,4 proc “nie” (CBOS 1989). Co szczególnie znaczące radykalnej zmianie uległa również ocena przeszłości.  Jeszcze w 1987 roku 69,9 proc młodzieży uważało, że socjalizm przyniósł ludziom w Polsce więcej korzyści lub co najmniej tyle samo korzyści co strat, podczas gdy 23,2 proc uznawało, iż więcej strat niż korzyści. W kwietniu 1989 roku dwie pierwsze opinie były już akceptowane tylko przez 39,7 proc badanych podczas gdy opinię o przewadze strat nad korzyściami popierało 55 proc respondentów (CBOS 1989)” [7]. 

Mizeria dnia codziennego w znacznej mierze się do tego przyczyniła. Slogan o tym, że celem socjalizmu pozostaje maksymalne zaspokajanie potrzeb społecznych na tle praktyki wydał się szyderstwem.

Bankructwo oficjalnej gospodarki sprawiło, że daleki od liberalizmu gen. Jaruzelski przystał na tworzenie firm polonijnych i z kapitałem zagranicznych. Uzupełniały niedobory systemu nakazowo-rozdzielczego. Stały się zarazem kuźnią wolnego rynku. Nierzadko tworzyli je ekonomiści uniwersyteccy, którym przestało już wystarczać podawanie abstrakcyjnej wiedzy studentom. Zaś ci ostatni powracali z wakacyjnych saksów: truskawek w Norwegii czy winobrań we Francji z zarobionymi kwotami przewyższającymi w przeliczeniu roczne zarobki rodziców, obojętne, czy byli oni lekarzami, nauczycielami czy wykwalifikowanymi robotnikami.

Za granicą – co zdumiewające – Polacy odnosili się zwykle do siebie nawzajem… lepiej niż w kraju. Pamiętam, jak na dworcu szybkiej kolei TGV w Grenoble podszedł do mnie, słysząc język polski, student architektury z Krakowa, przywitał się, przedstawił i wypytywał, jak mi się wiedzie we Francji. 

W kraju obowiązywał wciąż inny standard kontaktów międzyludzkich. Gdy w pospiesznym “M” na Bródno młody siłacz wracający zapewne z modnego wtedy kursu karate bezceremonialnie nadepnął na nogę inwalidy, a ten sklął go słowami nawet w dawnej partyzantce Gwardii Ludowej uchodzącymi za obelżywe, za co wysłuchał jeszcze dłuższej wiązanki – niespodziewanie uspokoiła ich emerytka, podsumowując smutnym głosem: 

– Jak wyście obaj nisko upadli.

W autobusie zapadła długa cisza, jeśli nie liczyć odgłosów charkoczącego silnika.   

Nie w środkach komunikacji miejskiej szukał oczywiście Polak w trudnych latach 80. inspiracji i nauki.

Pokolenie znalazło swoje Westerplatte

O ile pierwsza pielgrzymka Jana Pawła II do Ojczyzny w 1979 r, kiedy na placu – nomen omen – Zwycięstwa Ojciec Święty wypowiedział pamiętne słowa “niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi, tej ziemi” – kojarzyła się z rodzącą się wspólnotą, ale też ze stylem wzniosłym i podniosłym – to przesłanie z Westerplatte, w trakcie spotkania z młodzieżą w 1987 r. pozostawiło słowa, które wkraczające w dorosłość pokolenie odebrało jak osobiście skierowane do każdego młodego Polaka.

– Każdy z Was ma swoje Westerplatte.

Nigdy za wiele przypominania, jak to literalnie brzmiało 12 czerwca 1987 r. w Gdańsku: “Każdy z Was, młodzi Przyjaciele, znajduje też w życiu jakieś swoje Westerplatte, jakiś wymiar zadań, które trzeba podjąć i wypełnić, jakąś słuszną sprawę, o  którą nie można nie walczyć, jakiś obowiązek, powinność, od której nie można się uchylić” [8].

Tu zapewne da się znaleźć punkt zwrotny, na który naprowadzają nas socjologowie.

Słowa te zapadły głęboko w pamięć pokolenia, dla którego 13 grudnia 1981 r. oznaczał głównie wcześniejszy początek świątecznych ferii w szkole lub co najwyżej ganianie się z milicją w trakcie późniejszych demonstracji ulicznych przeciwko stanowi wojennemu. Kojarzył się z podchodami, bibułą i konspirą a nie, jak starszym, ponuro z masakrą górników ze strajkującej kopalni Wujek w Katowicach. 

Nie potrafił słowom papieskim dorównać nie tylko mizerny przekaz rządowy (monotonnie państwowotwórczy i eklektyczny, bo Jaruzelski oprócz rocznic rewolucji październikowej kazał obchodzić nawet 300-lecie odsieczy wiedeńskiej), ale także podobnie jednostajna propaganda osłabionej podziemnej Solidarności, bez końca i umiaru wzywająca ludzi, by narażali się każdego 3 maja, 31 sierpnia, 11 listopada i 13 grudnia. Mało kto słuchał. Przy okazji jednego z alternatywnych pochodów pierwszomajowych rzecznik rządu Jerzy Urban drwił z uwolnionego już na mocy “kiszczakowskiej” amnestii z września 1986 r. Zbigniewa Bujaka, że wódz ten nie ma już nawet ludzi, skoro transparent musi dźwigać osobiście. Za to próby traktowania Lecha Wałęsy jako “osoby prywatnej” wedle określenia tegoż Urbana spaliły na panewce za sprawą papieskiego gestu: w trakcie najtrudniejszej z pielgrzymek, po stanie wojennym w 1983 r. Jan Paweł II spotkał się z przyszłym pokojowym noblistą w Dolinie Chochołowskiej.  

Na późną jesień 1987 r. Jaruzelski dość niespodziewanie zarządził referendum z pytaniem o reformy gospodarcze i polityczne, w tym wprost o to, czy obywatele zaakceptują kolejne związane z nimi niedogodności. W związku z tym przebrani za krasnoludki animatorzy Pomarańczowej Alternatywy w ramach wrocławskiego happeningu wypytywali przechodniów: – Czy jesteś za ciężką zimą, nawet jeśli miałaby trwać pół roku?

Nowy lekki styl młodej opozycji różnił się od cechującej “stary” NZS dewocji i bigoterii. W odrodzonym Niezależnym Zrzeszaniu Studentów w miejsce leserów na urlopach dziekańskich zapamiętanych z 1981 r. pojawili się młodzi ludzie nie tylko normalnie studiujący i rozpoznawalni na macierzystych wydziałach, ale też organizujący proakademickie akcje w obronie niszczejącej biblioteki uniwersyteckiej oraz na rzecz poprawy warunków w akademikach.

Podobnie młodym rocznikom robotników obca była trauma stanu wojennego, związana z bezsilnością, kiedy to w grudniu 1981 r. milicja i wojsko jeden po drugim w mróz i ze wsparciem strumieni z armatek wodnych rozbijała kolejne zakłady pracy. Żywa za to wśród nich pozostawała legenda Solidarności: pierwszej, wielkiej i dziesięciomilionowej.

Wśród liderów strajków, zwłaszcza pierwszej fali z 1988 r. nie brakowało radykałów. Protestem w Nowej Hucie kierował Andrzej Szewczuwaniec, skazany wcześniej za próbę wysadzenia w powietrze tamtejszego pomnika Włodzimierza I. Lenina. Strajk prowadził rozważnie, co na niewiele się zdało. Władza dla niepoznaki przystała na rozmowy, wśród negocjatorów znaleźli się nawet mec. Jan Olszewski i red.  Józefa Hennelowa, ale niespodziewanie w nocy milicja i brygada antyterrorystyczna wzięły zakład szturmem. Od rana jednak zastrajkował Uniwersytet Warszawski. Stanowiło to sygnał, że papieskie przesłanie z Westerplatte na równi trafia do robotników i studentów. W sierpniu 1988 r. ci drudzy byli na wakacjach, za to dołączyli górnicy. Wtedy na jaw wyszła bezsilność władzy. Gdy ZOMO zdobywało jedną śląską kopalnię, strajk zaczynały dwie następne. Przymusiło to władze do rozmów. Z nich zaś przy Okrągłym Stole zrodził się pomysł wyborów czerwcowych. Co z perspektywy lat brzmi zabawnie – to władza chciała, by obywatele poszli na wybory jak najszybciej.

Efekt znamy: dokładnie 4 czerwca 1989 PZPR uzyskała dwa mandaty w liczącym 460 posłów Sejmie i ani jednego w stuosobowym Senacie. Ci, którzy posłami wedle kontraktowej ordynacji zostać musieli (większą część mandatów zarezerwowano bowiem dla “strony koalicyjno-rządowej”), poczekali na drugą turę 18 czerwca. Dotychczasowi “właściciele Polski Ludowej” zostali upokorzeni, chociaż nie o to szło głosującym, lecz o zmianę.

To nie geniuszowi polityków Polacy zawdzięczali werdykt tak jednoznaczny. Solidarność wygrywała nawet tam, gdzie przed 1989 r. zorganizowanej opozycji nie było. Wybory utrzymane zostały w konwencji plebiscytu, ale Polacy doskonale wiedzieli, za czym głosują. Politykom pozostało nie zmarnować efektu. Do historyków należy już ocena, czy im się udało.           

[1] W. Adamski, K. Jasiewicz, A. Rychard (red.). Polacy ’84. Dynamika konfliktu i konsensusu. IFiS PAN, Warszawa 1986

[2] Mirosława Marody. System realnego socjalizmu w jednostkach [w:] Co nam zostało z tych lat… Społeczeństwo polskie u progu zmiany systemowej. Praca zbiorowa pod red. Mirosławy Marody. Aneks, Londyn 1991, s. 254

[3] Krzysztof Nowak. Wartości i postawy robotników warszawskich, 1986, mss. 

[4] Anna Giza-Poleszczuk. Stosunki międzyludzkie i życie zbiorowe [w:] Co nam zostało z tych lat, op. cit, s. 75

[5] Giza-Poleszczuk, op. cit, s. 77

[6] Marody. Jednostka w systemie… op. cit, s. 222 

[7] Marody. System realnego socjalizmu… op. cit, s. 255  

[8] cyt. wg Apostol.pl

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 7

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here