Istotne, żeby wobec Białorusi warszawska dyplomacja nie powtórzyła błędów, które popełniła w stosunku do Ukrainy

Nie mamy polityki wschodniej. Pozostaje ona wyłącznie kalką amerykańskiej i niemieckiej. Dla obu mocarstw Białoruś i Ukraina to jednak kraje odległe. Dla nas – sąsiedzi i ojczyzny polskich mniejszości. Nie możemy więc płacić za cudze koncepcje geopolityczne. Żeby tego nie robić, czas mocno wyartykułować własne interesy: ochronę Polaków zza kordonu i wspieranie ryzykujących tam naszych przedsiębiorców. Zaś  działania na rzecz demokratów białoruskich mogą być trzecim celem, zresztą lepiej od rządzących już je prowadzą opozycyjny poseł Michał Szzcerba oraz marszałek Senatu Tomasz Grodzki. Ale świat pamięta też, jak poprzednik tego ostatniego Stanisław Karczewski chwalił Aleksandra Łukaszenkę jako ciepłego człowieka. Wstyd…

Gołym okiem widać słabości tej polityki. Poprzedni minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz przyjął liderkę opozycji Weronikę Capkałę, którą z Białorusi wydobył opozycyjny poseł Michał Szczerba. Zacny gest szefa dyplomacji? Tyle, że w zaledwie kilkadziesiąt godzin po spotkaniu złożył on dymisję. Ponieważ najważniejszych elementów tego typu rozmów rutynowo się nie protokołuje i żaden najsprawniejszy nawet urzędnik nie jest w stanie ich tez zawrzeć w notatce służbowej – nowy minister  Zbigniew Rau będzie musiał… ponownie spotkać się z Capkałą, jeśli coś poza kurtuazją ma z tego wynikać. Skoro dymisja Czaputowicza nie stanowiła zaskoczenia, bo zapowiadał ją w wywiadzie prasowym, można było przy układaniu kalendarza pomyśleć.

Z szachistą z anegdot łączy więc sterników rodzimej dyplomacji nie umiejętność przewidywania ruchów, lecz refleks.

Tym ostatnim nie wykazał się nikt z partii rządzącej, tylko opozycyjny poseł Michał Szczerba, który jako jedyny parlamentarzysta spoza Białorusi przebywał w Mińsku w gorącą wyborczą niedzielę, kiedy wbrew faktom (bo nastąpił bunt przy urnach) władza ogłosiła zwycięstwo 80 proc do 9 Aleksandra Łukaszenki nad Swietłaną Cichanouską, oraz w trakcie sprowokowanych przez tę deklarację manifestacji demokratycznych, brutalnie rozgromionych przez władze.

O ile mniej wpływowa Capkała znalazła się w Polsce, chroniąc przed aresztowaniem, co również stanowi zasługę zręcznego Szczerby, a nie zmieniających się jak w kontredansie szefów dyplomacji, to Cichanouska przebywa na Litwie a jej transfer z ojczyzny koordynujący operację Amerykanie uzgadniali z tamtejszymi służbami. Bo polskim – za obecnej władzy – nie ufają.

W lutym br. sekretarz stanu USA Mike Pompeo, ten sam, który gościł u nas na stuleciu Bitwy Warszawskiej – bawił w Mińsku, konferował z Łukaszenką i sądząc po późniejszych wydarzeniach… niewiele dla demokracji dokonał.

Żądają w Mińsku zasad, które łamią w Warszawie

Demokracji uczy Białorusinów nadająca z Polski telewizja Biełsat, której twórczynią pozostaje Agnieszka Romaszewska-Guzy. Z TVP pamiętam, jak jako redaktorka wydania nie dopuściła do emisji w głównych Wiadomościach mojego materiału o rocznicy 4 czerwca, bo za słabo przedstawiał racje obozu macierewiczowskiego. Tak pojmuje na własnym podwórku wolność mediów eksporterka tej idei za podatnicze pieniądze. Jeśli poda mnie do sądu za przypomnienie tej kompromitującej sytuacji, powołam na świadków współautorkę tematu Monikę Sieradzką, która teraz jako dziennikarka Deutsche Welle specjalizuje się w demaskowaniu zagrożeń dla demokracji oraz Adama Pieczyńskiego, ówczesnego szefa Wiadomości, później autora formatu informacji TVN. Wtedy wziął naszą stronę, a nie Romaszewskiej.

Rząd PiS pręży muskuły wobec sytuacji na Białorusi, ale nic nie robi, by ją poprawić. Misjonarstwo nie popłaca. Pouczeń Białorusini nie potrzebują. Nie zyskają też na propagowanych przez biurokratów z Mateuszem Morawieckim na czele szczytach ani konferencjach bez własnego udziału. Pamiętamy, jak pisowska dyplomacja z poduszczenia Amerykanów zorganizowała w Warszawie sabat w sprawie Iranu, na który nie zaproszono przedstawicieli najbardziej zainteresowanego państwa. Pogorszyło to naszą reputację w Trzecim Świecie, gdzie byliśmy szanowani nawet w czasach poprzedniego ustroju, nie poprawiło za to polskich notowań w obozie demokratycznym, gdzie rozliczani jesteśmy za politykę rządzących wobec opozycji, mediów i sądów.

Wobec Białorusi Polska pozostaje państwem frontowym – bo tak nas spozycjonowały tworzące wspólną politykę (własnej nie mamy) Niemcy i USA. Powinniśmy stać się wobec niej raczej pomostem, wykorzystać miękką siłę, która masowo przyciąga do nas tamtejszych biznesmenów, turystów i pracowników sezonowych. Przecież wypasionymi limuzynami ani  kilkudziesięcioletnimi rzęchami na białoruskich znakach, parkowanymi przy Trakcie Królewskim  nie wożą się urzędnicy ani milicjanci Aleksandra Łukaszenki, ci pierwsi zresztą mają już zakaz wstępu do państw unijnych.

Na Białorusi dzieją się zarówno misterium z „Dziadów” Adama Mickiewicza jak powieści Józefa Mackiewicza, pobratymstwo kulturowe jest faktem. Rozumiemy się nawzajem nawet, gdy każdy mówi we własnym języku. Jesteśmy nie tylko czterokrotnie od Białorusinów liczniejsi ale też kilkakrotnie zamożniejsi, co oddziałuje również na wyobraźnię tych, którzy do teatru nie chodzą ani książek nie czytają. Jeśli wyzbędziemy się mentorskiego podejścia – tylko na tym skorzystamy. Zadziała też element zaciekawienia.   

Ilia Ilf i Eugeniusz Pietrow w „Dwunastu krzesłach” opisują: „W domu studentów chemii, podobnie jak w większości domów akademickich w Moskwie, od dawna już mieszkali ludzie nie mający nic wspólnego z chemią. Studentów tam w ogóle nie było. Część dawno już ukończyła studia i wyjechała na posady, część za brak postępów w nauce została usunięta z uczelni. Ta właśnie wzrastająca z roku na rok część tworzyła w różowym domku coś pośredniego między zrzeszeniem użytkowników a feudalnym osiedlem. (..) W końcu machnięto ręką na ów domek. Uznano go za bezpański i wykreślono  ze wszystkich rejestrów Urzędu Kwaterunkowego, Jakby przestał istnieć. A jednak istniał i był zamieszkiwany” [1]. Podobnie Europa potraktowała Białoruś.

Zapomniana przez Boga i ludzi Białoruś, gdzie w polityce nie ma polityków, bo zastępują ich milicjanci i lokaje, ani nawet opozycjonistów, których pozamykano, więc ich rolę przejęły żony – przypomina ten akademik bez studentów, z czasów ZSRR.   

Na Białorusi wciąż trzy czwarte produktu krajowego brutto wytwarza sektor państwowy, co oznacza odwrotną niż u nas proporcję. Nie przeprowadzono tam podobnych reform rynkowych jak w innych europejskich krajach po komunizmie. Poparcie zwłaszcza na prowincji i wśród starszych obywateli Aleksander Łukaszenka zawdzięcza regularnemu wypłacaniu pensji i emerytur co gdzie indziej nie stało się regułą. Patologie transformacji nie zaistniały bo… jej nie było. Jednak za ostatnie kryzysy i politykę Rosji Białorusini zapłacili drastycznym obniżeniem siły nabywczej ich płac.  Lepiej jednak nie  eksportować na Białoruś jak niedawno na Ukrainę nie tylko następców Sławomira Nowaka ale nawet Leszka Balcerowicza, bo nawet krytyczni wobec własnego prezydenta sąsiedzi… zdają sobie sprawę, czego uniknęli.        

Polscy przedsiębiorcy, z którymi rozmawiałem, inwestujący w Mińsku, chwalą zarówno rzeczowość tamtejszych kontrahentów jak otwartość i serdeczność zwykłych ludzi. Warto też pamiętać, że – inaczej niż w wypadku Ukrainy – Polska nigdy w historii nie walczyła przeciw Białorusi. Zaś na białoruskich równinach jeszcze przed bitwami stalingradzką i normandzką rozstrzygnął się los II wojny światowej a tym samym biologicznego istnienia obu naszych narodów, bo odrzucenie Niemców spod Moskwy w grudniu 1941 r. nie było efektem geniuszu strategicznego Stalina lecz skutecznego przerywania linii komunikacyjnych wermachtu przez bohaterskich partyzantów białoruskich.       

O polskiej akcesji kolejno do NATO i Unii Europejskiej nie zdecydowała pomoc Zachodu dla obozu Solidarności, jak wiemy niewystarczająca i obłudna (skoro kanclerz RFN spotykał się z Erichem Honeckerem z NRD w czasie, gdy u nas gen. Wojciech Jaruzelski wprowadzał stan wojenny).   O przystaniu Polski do euroatlantyckiej rodziny rozstrzygnęła atrakcyjność wzorca zamożności i porządnej gospodarki, z jakim u nas identyfikowano Europę Zachodnią i Stany Zjednoczone. To soft power właśnie.  Powtarzanie komunałów o demokratycznych wartościach na kierunku białoruskim mija się z celem, również w sytuacji, gdy rząd PiS próbuje podpowiadać Mińskowi standardy, których sam nie przestrzega w Warszawie (wystarczy przypomnieć okoliczności uchwalania budżetu w grudniu 2016 bez porządnego policzenia głosów w bocznej sali Sejmu czy zwłaszczenie dawnych mediów publicznych).  

Były ambasador Polski w Kanadzie senator Marcin Bosacki zaręcza, że nie brak narzedzi miękkiej polityki: już przed laty powołano specjalny Europejski Fundusz na rzecz Demokracji, którego współtwórcą stał się polski dyplomata Jerzy Pomianowski. Zachodnim krajom, takim jak Francja służy wspieraniu demokratycznych środowisk w Algierii przeciw zagrożeniu fundamentalistycznemu. Ale dowartościowuje też rodzące się na Białorusi inicjatywy obywatelskie. Zdaniem Bosackiego warto również działać przez instytucje, z którymi liczą się białoruskie władze – jak OBWE czy Zgromadzenie Parlamentarne NATO.    

Nie potrzeba rozmów z ambasadorami, żeby uświadomić sobie jak działają prodemokratyczne projekty, gdy ukierunkować je na ludzi a nie ekspansję geopolitycznego porządku w wersji niemieckiej lub amerykańskiej. Z „Życia” zapamiętałem Algierczyka z działu zagranicznego. Gdy wyrzucono Janusza Tomaszewskiego, ministra spraw wewnętrznych w rządzie Jerzego Buzka, Arezki poprosił o dyskretną rozmowę na osobności: obawiał się, czy nie cofną mu obywatelstwa polskiego, skoro wnioskował o nie Tomaszewski. Jakoś go uspokoiłem. W wiele lat po upadku „Życia” spowodowanym przez nieudolnych następców Tomasza Wołka,  spotkałem Algierczyka  na warszawskim Nowym Świecie. Jak dziecko ucieszył się, że mnie widzi. Opowiadał, że właśnie przyleciał z Londynu, a pracuje w Brukseli, wszystko wciąż doskonałą polszczyzną, choć od lat już tu nie zaglądał. Soft power polega na tym, że promując osoby i środowiska o demokratycznych sympatiach zyskujemy dobrowolnych ambasadorów lub lojalnych partnerów biznesowych. W epoce globalizacji i międzynarodowego podziału pracy to rzecz pierwszorzędnej wagi.

Polska polityka wobec Białorusi nie może być jednak maczugą na Rosję w rękach państw zachodnich, bo zaszkodzi naszemu bezpieczeństwu, pozycji Polaków na Wschodzie, uprawnionym sentymentom i postulatom organizacji kresowych, przedsięwzięciom naszych biznesmenów – samej zaś Rosji najmniej. Znamy smutny przykład z Ukrainą. Z przyłączeniem Krymu do Rosji pogodziły się już kraje, które apodyktycznie nakłaniały nas do wsparcia Ukrainy w tym konflikcie. Prof. Witold Modzelewski udowadnia, że w tej akurat kwestii polskie władze wykazały się obłudą, bo: „bez naszego polskiego przyzwolenia nie byłoby pierwszego precedensu granicznego w Europie, czyli likwidacji Niemieckiej Republiki Demokratycznej i anszlusu jej terytorium do drugiego państwa niemieckiego. Przypomnę, że przeciwnikami tej operacji byli wszyscy ważni ówczesnego świata, łącznie z tak lubianą w Polsce panią premier Wielkiej Brytanii i prezydentem Francji” [2]. Ale jak Niemcy przyłączają – to dobrze. Gorzej, gdy czyni to kto inny: „Nasze protesty przeciw aneksji Krymu, której rządy polskie nigdy nie uznają są żałosne i przypominają skargę oszukanego dziecka – daliśmy wyprowadzić się w pole i jest nam z tym bardzo źle” – konkluduje prof. Modzelewski [3].        

Głównym dziś problemem Polski nie są Rosjanie na Krymie tylko wielomilionowa rzesza pracowników ukraińskich u nas, której nikt nawet nie policzył, chociaż destruują polski rynek pracy pośrednio wypychając nas, miejscowych z własnego kraju na emigrację zarobkową. Nikt też nie dysponuje wiarygodnymi danymi o rozmiarach ukraińskiej przestępczości w Polsce ani jej miedzynarodowych powiązaniach.              

Na trwałą i solidarną obronę przez Zachód rodzących się na Białorusi zachowań obywatelskich raczej nie ma co liczyć. Wojciech Giełżyński w „Budowaniu Niepodległej” opisywał powracającą postawę: „Solidarność obrońców praw człowieka była w XIX wieku nad podziw na Zachodzie rozwinięta. W literackich salonach ubolewano nad tymi, których zsyłano na Sybir albo trzymano w tiurmach. Pisały o nich demokratyczne gazety. Posłowie składali interpelacje. Ale czytelnicy studiowali notowania giełdowe i rubryki aktualnej mody” [4]. Jeśli będziemy nadgorliwi możemy pozostać sami na placu, wciąż jako państwo frontowe.                            

Prawdziwy koniec doktryny Giedroycia     

Doktryna Jerzego Giedroycia czy ściślej Juliusza Mieroszewskiego, promowanego w Maisons-Laffitte specjalisty od Europy Wschodniej zrodzona w ciężkich czasach ofensywy radzieckiej dyplomacji zakładała wspieranie niepodległościowych dążeń Ukraińców, Białorusinów i Litwinów przy równoczesnym wyrzeczeniu się marzeń o powrocie do wschodnich polskich granic sprzed 1939 r. To ostatnie naraziło Giedroycia na anatemę ze strony części emigracji, wywodzącej się z przedwojennych Kresów i kultywującej ideę powrotu do Wilna i Lwowa. Cechą doktryny paryskiej „Kultury” stało się również zaprzestanie akcentowania polskich krzywd historycznych z rzezią wołyńską włącznie. Koncepcje te podzialały największe umysły opozycji w kraju. Leszek Moczulski, gdy wreszcie komuniści dali mu paszport, spotykał się ze Sławą Stećko, żoną jednego z nacjonalistycznych liderów ukraińskich i ikoną niepodległościowej emigracji spod znaku Tryzuba.

Wtedy nie było to błędem. Każdy pomysł osłabienia ZSRR pozostawał słuszny. Liczono, że również nasi najbliżsi sąsiedzi dokonają podobnego rozrachunku z własną przeszłością, na jaki zdobył się pierwszy wyłoniony w wolnych wyborach polski Senat, potępiając w 1990 r. sławetną akcję Wisła przedsięwziętą przez komunistów po zabiciu przez Ukraińską Powstańczą Armię gen. Karola Świerczewskiego w zasadzce pod bieszczadzkim Baligrodem w 1947 r. W odwet za jego śmierć przesiedlili wielotysięczną ludność ukraińską z ojczystych stron na Ziemie Odzyskane, czemu towarzyszyło niszczenie cerkwi i symboli kultury. Gdy Senat uchwałę podejmował, młodzi potomkowie ofiar wysiedleń stali z transparentem „Łuny w Bieszczadach kłamią”, nawiązując do tytułu książki Jana Gerharda, osobiście zaangażowanego w sławetną „Akcję Wisła”, gloryfikującej pacyfikacje, podobnie jak czynił to film Ewy i Czesława Petelskich „Ogniomistrz Kaleń”.

Światowe Forum Ukraińskiej Diaspory nie zbiegiem okoliczności przecież  w sierpniu 1990 r. odbyło się w Polsce, we wzniesionym ze składek Ukraińców z całego świata centrum kultury w Białym Borze pod Koszalinem z liceum i internatem. Nie mogło jeszcze mieć miejsca w starej ojczyźnie, bo wciąż istniał ZSRR, ale też światli Ukraińcy uznali, ze nie ma sensu, wobec zmian, spotykać się po raz kolejny w Kanadzie czy Niemczech.   Forum relacjonowałem dla „Gazety Wyborczej”, słuchałem charyzmatycznego Wiaczesława Czornowiła, zwolennika pojednania z Polską i młodych Ukraińców w kuluarach, przekonanych o potrzebie nowego otwarcia w kontaktach obu narodów słowiańskich.

Jeśli jednak nastąpiło – miało jednostronny charakter. Zaraz była już niepodległa Ukraina. Polska poparła w kilkanaście lat później Pomarańczową Rewolucję, doprowadzającą do powtórzenia sfałszowanych wyborów oraz po prawie ćwierćwieczu – Euromajdan. W międzyczasie zorganizowaliśmy wspólnie z sąsiadami udane i podziwiane w świecie za wspaniałą atmosferę i doskonałą logistykę piłkarskie Mistrzostwa Europy Euro 2012 r. Nieraz rzecznikowaliśmy Ukrainie, gdy chciała do Unii i NATO.

Nie przełożyło się to jednak na status polskiej mniejszości, na realizację postulatów Kresowian, na godne upamiętnienie Orląt Lwowskich z 1918 r. ani ofiar rzezi wołyńskiej. Wprost przeciwnie, nowi ukraińscy liderzy – od Juszczenki po Poroszenkę – uczynili gloryfikację UPA elementem oficjalnej polityki historycznej a nawet wprowadzili sankcje karne za głoszenie odrębnego zdania. Poprzedniemu ambasadorowi w Kijowie, Janowi Piekło, kresowianie stawiali zarzut, że bardziej niż polskiej mniejszości słucha nacjonalistów ukraińskich. Nie mamy polityki wschodniej: stanowi proste przedłużenie działań Berlina i Waszyngtonu.

Co gorsza, do końca wspieraliśmy ekipę zwycięzców z Euromajdanu, odrzuconą z powodu arogancji przez własne społeczeństwo. Wybory prezydenckie a potem parlamentarne wygrał Wołodymyr Zełenski, odtwarzający w popularnym serialu postać nauczyciela, który rozgania skorumpowanych polityków. Gdy skutecznie zagrał tę samą rolę w realu – pamięta, że Polska do końca wspierała jego przeciwników. Zełenski sprzeciwia się gloryfikowaniu banderowców, więc to jego trzeba było poprzeć, zamiast do końca trzymać się berlińskich i waszyngtońskich wytycznych.        

Wysłuchać przedsiębiorców i Kresowian

Z Białorusią nie mamy krwawych historycznych zaszłości jak z Ukrainą, więc o porozumienie powinno być łatwiej. Istnieje jednak minimum kwestii, które trzeba uznać za priorytetowe, niezależnie od faktu, kto rządzi w Mińsku. To prawa polskiej mniejszości – a stanowczość Andżeliki Borys nie znajdowała dotychczas należytego wsparcia z Warszawy – a także działania polskich przedsiębiorców, którzy zaryzykowali na kierunku wschodnim przyszłość swoich firm oraz stworzonych już miejsc pracy, więc nie mogą płacić za awanturnictwo eksportu zachodnich wzorców ustrojowych. Zwłaszcza, że najmocniejsze państwa Unii Europejskiej interesy swoich obywateli chronią.

Z biegiem lat było coraz gorzej. Wcześniej politycy dbali o pozory. Gdy do władzy zmierzała AWS, głośnym echem odbiła się podróż jej przewodniczącego Mariana Krzaklewskiego na Białoruś, nieudana tylko w tym sensie, że nie został wpuszczony, gdy jechał wesprzeć tamtejszych związkowców. Również Donald Tusk jeździł na Białoruś nie by składać jak Karczewski z PiS hołdy Łukaszence, tylko żeby spotkać się z polską mniejszością. Jak na ironię dopiero głoszące hasło wstawania z kolan PiS doprowadziło do doszczętnego zwasalizowania polskiej polityki wschodniej z białoruską włącznie. A problem nie przeminie.

Jak bowiem zauważa Leszek Moczulski w książce „Geopolityka”: „Poszerzenie NATO o Polskę, Czechy i Węgry (..) nie rozwiąże geopolitycznych problemów tej części świata. Na wschód od głównej strujtury militarnej NATO istnieć będzie luka strategiczna, spowodowana słabością militarną nowych państw członkowskich. Większe znaczenie będzie miała luka geopolityczna we wschodniej i południowej części Międzymorza. W zglobalizowanym świecie Europa, ograniczona do terytorium dawnej monarchii Karolingów czy zachodniego cesarstwa rzymskiego, nie jest w stanie wypełniać funkcji samodzielnego podmiotu geopolitycznego, a pozostawiony poza obrębem integracji no man’s land ma wschodzie może stać się zagrożeniem jako strefa ciągłych niepokojów albo baza wypadowa odbudowanego mocarstwa (..)”  [5]       

Metr sewrski polskiej polityki wobec Białorusi wypracować musi nie Biełsat, dostarczający lukratywnych miejsc pracy pisowskiemu zapleczu medialnemu i ideologicznemu lecz organizacje kresowe, których dziś dyplomaci i decydenci pomimo deklaratywnego patriotyzmu nie chcą porządnie wysłuchać. A także Polacy zza kordonu, których uprawnień – do szkolnictwa, nazewnictwa, udziału w życiu publicznym – rząd ma obowiązek bronić, bo za to mu płacimy podatki.

Doktryna Giedroycia nie zawiodła, po prostu pochodzi sprzed kilkudziesięciu   lat i nie opisuje  już szybko zmieniającej się rzeczywistości. Dopasowana była do realiów świata, w którym drugim mocarstwem pozostawał ZSRR. Władze Polski mogą ją zastąpić kultywowaną dziś, równie przestarzałą bo pochodzącą z czasów I wojny światowej niemiecką koncepcją Mitteleuropy, zakładającą otoczenie, wtedy Niemiec, dziś Unii Europejskiej kordonem słabych państw narodowych, nie dopuszczanych do rzeczywistej wspólnoty ani partnerstwa, za to mających w złej chwili brać na siebie impet rosyjskiej ekspansji. Korzystniej jednak wypracować własną politykę wschodnią, skoro dotychczasowa, zapożyczona od mocniejszych,  zawiodła. Zachwyty Karczewskiego nad Łukaszenką i gromkie wezwania Morawieckiego do szczytu w obronie zasad demokracji naruszanych w Mińsku, które sam autor apelu lekceważy w Warszawie stanowią wyraz tego samego zjawiska. Bezsilności. A historia, co wiemy też za sprawą niedawnych rocznic, uczy nas, że akurat z pozbawionymi siły i koncepcji nikt w Europie Wschodniej się nie liczy. Nie mając nawet nadziei na tę pierwszą musimy więc postawić na tę drugą.                   

[1] Ilia Ilf. Eugeniusz Pietrow. Dwanaście krzeseł. Warszawska Oficyna Wydawnicza Gryf 1991, s. 130
[2] Witold Modzelewski. Rok 1919 – refleksje na minione stulecie. Warszawa 2019, s, 244
[3] ibidem, s. 245
[4] Wojciech Giełżyński. Budowanie Niepodległej. Instytut Literacki, Paryż 1985, s. 36 – 37 
[5] Leszek Moczulski. Geopolityka. Bellona, Warszawa 1999, s. 531         

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 5

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna
Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here