Ursus to więcej niż zakład przemysłowy, marka komercyjna czy symbol oporu społecznego. To legenda. Niemal w przeddzień rocznicy wydarzeń z czerwca ‘76 r, kiedy robotnicy dzielnie i zwycięsko przeciwstawili się drastycznym podwyżkom cen – rządowa biurokracja podejmuje decyzje, które mogą oznaczać koniec marki. Nowy zakład w Lublinie walczy o przetrwanie. Po 1976 mawiano, że komuniści mszczą się na Ursusie za opór, a teraz?

Łukasz Perzyna

Narodowe Centrum Badań i Rozwoju nie dopuściło Ursusa do produkcji autobusów elektrycznych. Chociaż historyczna marka wydawała się już uratowana za sprawą Andrzeja Zarajczyka i jego współpracowników, odrodzona w nowym miejscu w Lublinie – znów może przestać istnieć z winy państwowej biurokracji. Mimo że wciąż połowa pracujących na polskiej wsi traktorów – ponad 700 tys – nosi znak Ursusa. Tegoroczna rocznica pamiętnych wydarzeń czerwcowych okazuje się smutniejsza niż kiedykolwiek.

Zwycięski protest zamiast chleba z marmoladą

Gdyby nie Ursus, gdyby nie Radom, to byś jadł chleb z samą marmoladą – głosił wierszyk z końca epoki gierkowskiej. Vox populi, vox dei, anonimowy autor fraszki miał rację, co potwierdzi każdy poważny historyk. Wyłącznie za sprawą stanowczego protestu 25 czerwca 1976 robotników Zakładów Mechanicznych Ursus, załóg licznych fabryk z Radomia oraz płockiej Petrochemii i Fabryki Maszyn Żniwnych – władze cofnęły ogłoszoną dzień wcześniej przez premiera Piotra Jaroszewicza podwyżkę cen podstawowych artykułów żywnościowych, która przerzucała na barki społeczeństwa koszt manewrów i eksperymentów gospodarczych ekipy Edwarda Gierka. Mięso miało podrożeć o 69 proc, cukier o 100 proc, nabiał o połowę. Gdyby regulacje cenowe, jak wtedy określała je władza, weszły w życie – cofnęłyby standardy codziennej egzystencji Polaków do czasów poprzedniego sekretarza Władysława Gomułki.

Robotnicy udaremnili jednak podwyżki swoim stanowczym oporem. Nie podjęli pracy. W Ursusie próbowali negocjacji z liderami reżimowego związku metalowców, ale ci nie czuli się kompetentni. Strajkujący ruszyli więc pod biurowiec, do zakładowej siedziby partii i dyrekcji. Tam ich również zlekceważono. Usiedli na torach kolejowych. Liczyli, że gdy zatrzymają ruch tranzytowy – o proteście dowie się cała Polska. Jak się okazało, mieli rację: dane o poborze mocy i energii wskazują, że tego dnia niemal nikt w kraju nie pracował. Ale strajkujący nie mieli możliwości, żeby się porozumieć ze sobą nawzajem, nie znali działań kolegów z innych fabryk. Na stacji w Ursusie rozkręcili szyny linii kolejowej Berlin-Moskwa i w powstałą lukę wepchnęli lokomotywę jednego ze składów.

Wieczorem w telewizji wystąpił premier Piotr Jaroszewicz. Powiadomił, że władza podwyżki cofa. Oznaczało to zwycięstwo strajkujących. Robotnicy jednak już władzy nie wierzyli. Pozostali na torach. Późnym wieczorem z niebywałą brutalnością zaatakowały ich ZOMO i służba bezpieczeństwa.

„Wszystko w tym momencie prezentowało się bardzo spokojnie. Prawie piknikowo. I godnie, chociaż później propaganda wymyślała protestującym od chuliganów”. „Pociągi nie jeździły. Siedzieliśmy na torach, rozmawialiśmy z robotnikami. (..) Tylko śmigłowce latały nam nad głowami. Tak do wieczora. Gdy zaczęło się robić ciemno, dopiero ok. godz. 21, bo przecież był czerwiec – nagle zobaczyliśmy gigantyczny sznur cywilnych samochodów. Wysiadali z nich faceci, ubrani też po cywilnemu. Wzrost przeważnie około dwóch metrów. I zaczęła się jatka. Usiłowali nas wyłapać. Robotnicy wycofali się na teren zakładu, kibice, tacy jak ja z kolegami – do pobliskich ogródków działkowych. Trwała jeszcze walka na kamienie, których na torach i przy torach zawsze leżało dużo. Tajniacy wyłapywali każdego, kto im się na czas nie wymknął. (..) Widziałem budy, które wyglądały jak samochody spożywcze, do których wciągano ludzi” [2].

– wspomina Andrzej Kieryłło, wtedy student Politechniki Warszawskiej, który dołączył do robotników [1][2].

Zatrzymanych przepędzano przez ścieżki zdrowia – ta nazwa osiedlowych torów przeszkód, służących do ćwiczeń fizycznych szybko nabrała nowego znaczenia, tak określano odtąd szpaler bijących milicjantów, przez który przepędzano kolejnych robotników. Władza organizowała masowe wiece, potępiające protestujących, przezywanych „warchołami” oraz „burzycielami porządku publicznego”. Na warszawskim Stadionie Dziesięciolecia w wielkim mityngu poparcia dla władzy uczestniczyli urzędnicy i aktyw PZPR, bo robotników partia się bała. Tych z Ursusa skazywano w kolejnych procesach, często dobierając im do towarzystwa kryminalistów, żeby ich protest zohydzić w oczach społeczeństwa.

Marka Majewskiego, który czerwcowego dnia przywiózł na stację palnik acetylenowy do przecinania torów, skazano na trzy lata więzienia, ale przed sądem postawiono go dopiero po paru miesiącach. Wcześniej się nie dało, bo po zatrzymaniu miał złamaną szczękę. Inni dostawali nawet pięcioletnie wyroki. To wtedy, dla przeciwdziałania nadużyciom władzy ukształtował się ruch samoobrony społecznej, z którego wyłoniły się konkurencyjne, ale stawiające sobie podobne cele Komitet Obrony Robotników oraz Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela. Wspierały robotników Ursusa i Radomia przed sądem oraz organizowały pomoc dla ich rodzin.

Polska marka, polska duma

Już w 1893 siedmiu przedsiębiorców i inżynierów zawiązało spółkę produkcyjną, początkowo specjalizującą się w armaturze, przeznaczając na ten cel posagi córek. Produkcja silników pojawiła się później, zaś nazwa Ursus na cześć chrześcijańskiego siłacza z „Quo Vadis” Henryka Sienkiewicza – w 1907 r. W międzywojniu Ursus produkował sprzęt wojskowy, motocykle, samochody – i oczywiście ciągniki. W trakcie jednego z przetargów dla wojska polskiego funkcjonariusze kontrwywiadu specjalnie uszkodzili stojący na placu sprzęt francuski, żeby zwiększyć szanse, że Ursus wygra. Dziś władza postępuje dokładnie odwrotnie, dyskryminując ratujący markę polski kapitał. Szczególną zapiekłością odznacza się minister rolnictwa Jan Ardanowski.

Minister Ardanowski atakuje publicznie Ursusa

Minister rolnictwa Jan Krzysztof Ardanowski 24 stycznia w porannym programie „Money. To się liczy” zaatakował polskie przedsiębiorstwo przemysłowe Ursus, oskarżając je o „wyłudzanie pieniędzy”. Minister Ardanowski mówił o wsparciu Ursusa, którego propozycje ocenił jako „oczekiwanie finansowania firmy, produkcji i eksportu za pieniądze państwowe. Nie było żadnych sensownych propozycji. Chodzi o zaangażowanie wielkich pieniędzy państwa. A […]

Czytaj więcej

Fabryka dała nazwę miastu, które wokół niej wyrosło w miejscu dawnych Czechowic i pozostawało samodzielne w latach 1954-77, potem Ursus stał się dzielnicą Warszawy, a obok starej zabudowy wyrosło zamieszkałe głównie przez pracowników fabryki traktorów osiedle Niedźwiadek. Zakłady Mechaniczne w czasach świetności zatrudniały 14-23 tys ludzi. Znany stał się ursuski dom kultury, miejsce wielu ważnych spotkań. Zakładowy klub piłkarski RKS Ursus w jednym z sezonów w latach 70 walczył nawet z samym Górnikiem Zabrze o awans do ekstraklasy.

Każde dziecko w Polsce wiedziało, kto produkuje traktory. Ciągniki Ursusa były znane wszędzie, również w Trzecim Świecie, do tej tradycji lubelskie już zakłady nawiązały ostatnio, dostarczając Etiopii i Tanzanii linii produkcyjnych i sprzętu w ramach pomocy rozwojowej, do czego Polskę zobowiązuje członkostwo w OECD, organizacji międzynarodowej, skupiającej państwa rozwinięte. Marka już odżyła za sprawą tych kontraktów, teraz ponownie może zniknąć.

Wywalczyli wolność, więc ich rozwiązano

Po brutalnej pacyfikacji czerwcowych protestów Zakłady Mechaniczne pozostały ośrodkiem oporu społecznego. Ursus stanął już 1 lipca 1980 r, na długo przed Lublinem i Stocznią Gdańską. Z ursuskich liderów rekrutowało się kierownictwo Regionu Mazowsze NSZZ „Solidarność”: Zbigniew Bujak i Zbigniew Janas. Po wprowadzeniu stanu wojennego ZOMO 14/15 grudnia 1981 r. szturmowało protestującą fabrykę.

Do strajków w Zakładach Mechanicznych Ursus doszło ponownie w maju i sierpniu 1988 r. Składały się na falę protestów, która zmusiła władze do porzucenia polityki siły po stanie wojennym i nawiązania negocjacji, które poprzez Okrągły Stół doprowadziły do wyborów z 4 czerwca 1989 r. i w konsekwencji utraty władzy przez komunistów.

Jednak w nowej Polsce dawne twierdze Solidarności spotkał przykry los. Nawet liberał Jan Krzysztof Bielecki, gdy jako premier odwiedzał Ursus, wyjechał stamtąd szczerze zbulwersowany tym, co zobaczył. Padły wtedy słynne słowa: „jeśli tak będziemy zmieniać Polskę, do niczego nie dojdziemy”. Kolejne próby ratowania zakładu nie powiodły się, niektóre wiązały się z głośnymi aferami (zakup rocznej produkcji przez ART-B Bogusława Bagsika i Andrzeja Gąsiorowskiego). Na terenie dawnej warszawskiej siedziby wznoszą się supermarkety, hurtownie i biurowce.

Marka Ursus została jednak uratowana, wykupił ją Andrzej Zarajczyk. Uruchomił produkcję od nowa w Lublinie, wykorzystując potencjał dawnej fabryki samochodów ciężarowych. Nowy Ursus wciąż daje kilkaset miejsc pracy. I w rocznicę pamiętnych wydarzeń, wobec niechęci władzy, musi desperacko walczyć o przetrwanie. Pomimo społecznej presji, którą wywierają m.in. korzystający wciąż z ursusów rolnicy, zaniepokojeni o serwis i części zamienne – rządzący politycy nawet przed wyborami nie chcą przyznać, że legendarna marka zasługuje na ratunek.

[1] Trzy kule czuli kulisy upadku pewnej Rzeczypospolitej. Scenariusz filmu fabularnego oraz rozmowa Andrzeja Kieryłło z Łukaszem Perzyną. Akces, Warszawa 2014, s. 116
[2] ibidem, s. 116-117

Czytaj o Ursusie na pnp24.pl:

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen / 5. ilość głosów

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

PRZEZzdjęcie IPN
Łukasz Perzyna
Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here