Pustka po Giedroyciu

0
56

Szczyt NATO przyniósł z polskiego punktu widzenia fiasko, chociaż odbywał się blisko nas w Wilnie i dotyczył sąsiedniej Ukrainy, której udzieliliśmy największej po II wojnie światowej pomocy humanitarnej w Europie. Podobnie bez efektów zakończyło się spotkanie prezydentów Andrzeja Dudy i Wołodymyra Zełenskiego w Łucku tuż przed rocznicą rzezi wołyńskiej.

Paradoks polega na tym, że chociaż wysiłek całego społeczeństwa, otwierającego drzwi domów, serca i portfele przed wojennymi uchodźcami ukraińskimi powszechnie docenia się w wolnym świecie – dyplomacja i polityka obronna na tym nie zyskują. Dzień po dniu byliśmy sprowadzani na ziemię. Sternicy polityki zagranicznej Polski zachowują się tak, jakby chcieli potwierdzić opinię, zapamiętaną z niedawnego panelu, towarzyszącego promocji książki Roberta Kuraszkiewicza “Świat w cieniu wojny”: polska polityka zagraniczna nie istnieje. Trzeba ją dopiero stworzyć. 

Wiele mówi się o zawiedzionych nadziejach Ukrainy, wiązanych ze szczytem w Wilnie. Reakcje Sojuszu – to kolejny paradoks – limituje fakt, że… putinowska agresja trwa. Żeby zaś Ukraina została przyjęta do sojuszu – wojna musi się najpierw zakończyć. Każdy inny wariant oznacza konflikt globalny, III wojnę światową po prostu. Artykuł piąty założycielskiego dla NATO Traktatu Waszyngtońskiego, zobowiązujący państwa członkowskie do solidarnej obrony wojennej w razie ataku na którekolwiek z nich, jasno sprawę określa. 

Dlaczego Polska statystuje w Wilnie

Zbyt mało za to ocen po wileńskim szczycie odnosi się do braku zadowalających Polskę rozstrzygnięć. Nie doczekaliśmy się zapowiedzi refundacji pomocy humanitarnej dla uchodźców ukraińskich, której Polacy nadal będą udzielać, co słuszne – ale ze świadomością, że czynią to tyleż z dobroci serca i w imię racji stanu, co zupełnie bez wsparcia ograniczającego się do kolejnych frazesów demokratycznego Zachodu. Który zarazem w tych samych dniach – mam na myśli rezolucję Parlamentu Europejskiego – próbuje pouczać nas w kwestii standardów praworządności. Zapewne nie respektowanych należycie przez pisowską ekipę, ale czas do jej dyscyplinowania wybrano jak najgorszy. Podobnie znamiona prowokacji wspierającej “wojnę hybrydową” Władimira Putina ma próba przymusowego narzucenia Polsce przyjmowania fałszywych uchodźców z III Świata, w sytuacji, gdy więcej niż tymczasowe, a gościnne domy znalazło u nas ponad milion prawdziwych uchodźców wojennych z Ukrainy.

Zapowiedź powołania natowsko-ukraińskiej wspólnej komisji brzmiałaby śmiesznie, gdyby o kilkaset kilometrów od naszej granicy, ale też od miejsca szczytu w Wilnie, w bliskim naszym sercom Lwowie nie ginęli ludzie od kremlowskich rakiet. W tym kontekście okazuje się tragikomiczna. 

                            Wszystkie ofiary na Wołyniu były niewinne

Niewiele uzyskaliśmy też od samych Ukraińców przy okazji 80. rocznicy rzezi wołyńskiej, tradycyjnie obchodzonej 11 lipca dla upamiętnienia ofiar “krwawej niedzieli”, kiedy to zbrodniarze z Ukraińskiej Powstańczej Armii, współpracujący z Adolfem Hitlerem wymordowali tysiące Polaków, gromadzących się w kościołach. Gdybym powyższe zdanie napisał dla medium ukraińskiego – to chociaż jest prawdziwe, mógłbym być ścigany przez prawo, które chroni w sąsiednim kraju dobre imię banderowców a nie pamięć osób cywilnych przez nich pozabijanych. 

Wspólny przekaz polskich i ukraińskich prezydentów  oddaje hołd niewinnym ofiarom rzezi wołyńskiej. W istocie wszystkie ofiary ludobójstwa i czystki etnicznej zawsze pozostają niewinne, a cała odpowiedzialność spada na ich sprawców. Wiedzieć o tym zdają się wszyscy z wyjątkiem doradzających prezydentowi Andrzejowi Dudzie dyplomatów. 

Nie wolno też przystawać na żadną symetrię: potworności rzezi wołyńskiej przewyższają bowiem wszystko, co składa się na nieprawości powojennej już “akcji Wisła”, wysiedleń ludności ukraińskiej po zastrzeleniu w zasadzce przez UPA gen. Karola Świerczewskiego w marcu 1947 r. Senat Polski akcję Wisła potępił już w 1990 r.  W tym samym roku właśnie u nas, w zbudowanym ze składek Ukraińców z całego świata centrum kultury i szkole z internatem w Białym Borze w Koszalińskiem odbyło się Światowe Forum Ukraińskiej Diaspory, bo emigranci nie kwapili się jeszcze wracać do Kijowa w sytuacji, gdy wciąż istniał Związek Radziecki. W kolejnym roku Polska znalazła się w awangardzie państw, uznających niepodległość Ukrainy. Wszystko to stanowi dowód, że dobre stosunki ze wschodnim sąsiadem nie datują się dopiero od momentu, gdy 24 lutego 2022 r. padł on ofiarą kremlowskiej “pełnoskalowej” inwazji. Jeśli zaś mowa, że nigdy kontakty z Ukraińcami nie były lepsze niż obecnie – to tym bardziej żałować wypada straconej dla pełnej prawdy o Wołyniu okazji rocznicowej.  Wiwaty na cześć Polski publiczności zgromadzonej przed katedrą w Łucku zupełnie tego przeświadczenia nie zmienią. 

W ogniu wojny na Ukrainie, trwającej już prawie półtora roku – wypala się również doktryna Jerzego Giedroycia i Juliusza Mieroszewskiego. Jedyna od czasów przegranej koncepcji federacyjnej Józefa Piłsudskiego konsekwentna koncepcja polityki wschodniej. Nie dlatego, że okazała się zawodna. Wprost przeciwnie, wszystkim geopolitycznym projektom wypada życzyć podobnej żywotności. Wystarczyła bowiem na trzydzieści lat. Ale jej aktualność właśnie się wyczerpuje. 

Zrodzona na emigracji koncepcja, spisana przez Juliusza Mieroszewskiego a upowszechniana przez redaktora naczelnego paryskiej “Kultury” Jerzego Giedroycia przewidywała oddzielenie wolnej Polski, gdy już odzyska niepodległość, od Rosji przez przyjazne nam państwa narodowe. Zakładała dogadanie się z Ukraińcami, Litwinami i Białorusinami. Mapy, drukowane w latach 80. na okładce konfiskowanego w kraju drugoobiegowego wydania broszury Mieroszewskiego, stały się realnością w Europie po upadku ZSRR (1991 r.). 

Wspólnie z Litwinami wchodziliśmy do NATO i Unii Europejskiej. Razem z Ukrainą organizowaliśmy Piłkarskie Mistrzostwa Europy w 2012 r, udaną i największą masową imprezę w naszej części kontynentu. Wspieraliśmy Pomarańczową Rewolucję i Euromajdan. Najsłabiej udało nam się z Białorusią. Po krótkim okresie demokratycznych i życzliwych nam rządów Stanisława Szuszkiewicza nastała tam dyktatura Aleksandra Łukaszenki. Dawny dyrektor sowchozu nie tylko stał się najlepszym sojusznikiem Władimira Putina ale zagrożeniem dla naszych granic. Na Białorusi skupiają się teraz najemnicy wagnerowcy, którzy mają instruować przedzierających się do nas nielegalnych imigrantów i są w stanie inicjować inne nieprzyjazne akcje. Rosja rozmieszcza tam sprzęt wojskowy. Ochronny kordon przyjaciół, jaki marzył się Giedroyciowi i Mieroszewskiemu, już nie działa. Trzeba wypracować nowe koncepcje. I przygotować na rozmaite scenariusze rozwoju sytuacji. Niestety ani Łuck ani Wilno nas do tego nie przybliżyły.

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 3

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here